W kolejnym odcinku oglądamy pod mikroskopem rewelacyjny album Daniela Lopatina.
Na przestrzeni dziesięciu lat rzadko mieliśmy do siebie szczęście. Natasha Khan lubi sobie pofolgować pośród synonimów terminu pixie, podrążyć domenę Kate Bush i zarazem wyprzedawać festiwale, i tak to sobie w najlepsze trwa. Dałbym jej spokój, gdyby co jakiś czas nie dawała znaków chęci ostatecznego ogarnięcia własnej estetyki i wydania porządnego wydawnictwa, na które w końcu zasługuje. “In God’s House” ma zapowiadać nową płytę. To ciągle typowe Bat For Lashes, ale na tyle spójne, że można się zainteresować – daje radę na przykład mostek w podobie przyśpiewki “Space Oddity” – choć nieco rozczarowujący jest sam wokal Natashy. Czy to wystarczy, żebym w lipcu sięgnął po The Bride? Nie wiem, ale w tym momencie nie będę jej przecież skreślał. –K.Pytel