W kolejnym odcinku oglądamy pod mikroskopem rewelacyjny album Daniela Lopatina.
Tabloidy od razu wychwyciły dość oryginalną kreację, którą Nicki miała na sobie podczas Paris Fashion Week, ale chyba nie spostrzegły, że urodzona w Trynidadzie raperka wypuściła przed momentem trzy nowe kawałki. Oszczędny "Changed It", jeszcze bardziej minimalistyczny "Regret In Your Tears" oraz mój ulubiony z tej trójcy "No Frauds", gdzie pojawiają się również Drake i Lil Wayne. Murda i CuBeatz lepią pływający, wychillowany, ale i "mroczny" podkład, Nicki rzuca rapowaną zwrotkę i świetny, przekwaszony hook w refrenie ("I don't need nooo, frauds!"), Drake dodaje kilka wersów, ale i tak show kradnie wszystkim Weezy swoim nieludzkim, "gadzim", melodyjnym flow w ostatniej zwrotce. Myślę, że jeśli w przyszłości pojawi się nowy album Nicki, to "No Frauds" powinien znaleźć na nim swoje miejsce, a sama Minaj może pokusić się o koronę królowej trapu, choć konkurencja w tym roku jest spora. Tym lepiej dla nas. –T.Skowyra
Informacje płynące z obozu Modest Mouse nie nastrajają jakoś szczególnie optymistycznie. Wiemy już, że efektów słynnych sesji z Big Boiem na nowym krążku nie uświadczymy, a i odsłaniane kolejne kawałki tortu w postaci efektownie wypuszczanych singli stricte materiałowo już takie efektowne nie są. Ciężko wyzbyć się wrażenia, że mamy tu do czynienia z równią pochyłą. O ile "Lampshades On Fire" intrygował fajnym hookiem w chorusie, a "Coyotes" bronił się głównie ze względu na klimat – po części nawiązując gdzieś tam do aury debiutu – to "The Best Room" jest zwyczajnie nijaki, sprawiający wrażenie odkurzonego po latach odrzutu z We Were Dead. Wciąż wierzę, że z tej mąki będzie chleb, lecz coraz więcej znaków podpowiada mi, że prawdopodobnie Modest Mouse podzielą los D-Planu i nagrają płytę przyzwoitą, jednak poniżej swych możliwości. –M.Lewandowski
Nie ma innego zespołu na świecie, którego dyskografia tak łatwo potrafiłaby przywoływać najcenniejsze z klisz lat minionych, więc nic dziwnego, że już pierwsza wzmianka na temat płyty bardzo mocno podgrzewała mi atmosferę związaną z oczekiwaniami. Niestety, im dalej w las, tym większe było rozczarowanie. Wszystkie wydane do tej pory single nie posiadały żadnego punktu zaczepienia i brzmiały co najwyżej jak B-side'y z We Were Dead Before The Ship Even Sank. Całe szczęście, tak było tylko do czasu pojawienia się "The Ground Walks...", bo ten numer jest już dużym skokiem jakościowym. Najważniejszym faktem związanym z nim jest to, że bardzo intuicyjnie przegląda całokształt ich poprzednich dokonań: przebojowość w zwrotkach znana z Good News For People Who Love Bad News, egzystencjalizm, filozoficzne wyrachowanie i melancholijny refren przywołują na myśl The Moon & Antarctica, a surowa produkcja w niektórych partiach odwołuje się do cech debiutu. Wejście w głąb aranżacji mówi nam, że w końcu nie ma tu miejsca na ziewanie. Bas zadziwiająco groove'uje niczym w tanecznym funku, riffy z outro utworu ładnie zagęszczają przestrzeń, a Brock żwawo wypluwający z siebie następne frazy tekstowe chyba chce pokazać, że znowu ma dwadzieścia parę lat. Co tu dużo mówić, jeśli reszta albumu zostanie utrzymana w takim klimacie, to właśnie zostałem kupiony. –A.Konieczka
Kto z Kanye przestaje, ten potem wypuszcza utwory nie tylko będące jednym długim quasi-samplem – tu mamy do czynienia z piosenką D.J. Rogersa – ale też kontrowersyjne od strony produkcji, bo drastyczna ostrość, żeby nie powiedzieć deformacja, brzmienia “Ryderz” także jest tu czymś znamiennym i raczej nieprzypadkowym. Kolejna zapowiedź Lantern, drugiego albumu HudMo, stanowi krok w bok, ale całkiem interesujący, jeśli weźmiemy pod uwagę element albumowości czy konceptu. Brytyjczyk ma nowy singiel, a ja mam nowe, podejrzanie polsko brzmiące słowo do spółki z Kieszą. –K. Pytel
Londyński producent Hiko Momoji zapowiada swoją debiutancką epkę całkiem uroczym, choć niepozornym kawałkiem, na który zaprosił amerykański duet Father & Abra, na co dzień związany z Awful Records. To znaczy, że jest trochę rapowo, ale brzmienie Late Nights to coś innego niż Twój everyday trap. Mi ten kawałek kojarzy się z zespołem mum, który jakimś cudem poszedł w r&b, a także z tymi bardziej zrelaksowanymi podkładami Kitty (być może za sprawą delikatnego wokalu Abry). Nie wiem, czy będzie z typa kandydat na listy roku, ale chyba warto mieć na niego oko. –K.Michalak
Nie śledzę ze szczególną uwagą kariery Monáe, dlatego dziwie się zmianom, jakie zaszły w jej muzyce. To już nie kabaret i LAKIERKI, bob na głowie czy koneksje z >>Badoulą Oblongatą<<, tylko obowiązkowe ćwiczenia na macie w jaskrawej bieli, która równie dobrze mogłaby przyświecać prawdom O.T. Genasisa. Ogólnie sprawy jak z chartsowego generatora, ale w przyzwoitym wydaniu, czyli niby bez kompletnego blamażu, ale można było sobie darować. Wychodzi na to, że niestety i tym razem nie polubię Janelle bez zastrzeżeń. –K. Pytel
Nie mam zupełnie problemu z tym, że Giorgio Moroder całkowicie jawnie czerpie z komercyjnego sukcesu ostatniej płyty Daft Punk, i że z dużym prawdopodobieństwem można przewidzieć, z czym będziemy mieli do czynienia na Déjà Vu. Również plejada towarzyszących mu gwiazd zagwarantuje dokładnie to, do czego została powołana. Na przystanku z Sią jest może trochę słabiej od tego, co miało miejsce z udziałem Kylie, ale to wciąż solidny poziom. W kreowanych przez Włocha euro-popowych warunkach Australijka sprawdza się bardzo dobrze (w drugiej części zwrotek jest naprawdę fajnie), gitarka podcina, bo co innego miałaby robić, nadal towarzyszy jej dawka groove’u, i hajda, do przodu. Refren solidnie wyciska esencję tracka, więc możemy mówić o sukcesie. Osobiście czekam na piosenki z Kelis i Britney na pokładzie, jednak na tym etapie znów nie mam nic przeciwko rychłemu powrotowi tego pana z wąsami. –K.Pytel
To teraz czas pochwalić klawiszowy pop z naszej ziemi. Natalia Moskal nie jest już debiutantką, bo na swoim koncie ma EP-kę Anguana, która pokazuje, w jakim muzycznym obszarze porusza się wokalistka. Zgadliście: inspirowany ejtisowymi syntezatorami pop z przebojowym zacięciem. I wszystko wskazuje na to, że Natalia pozostanie przy tej optyce, czego dowodzi zapowiadający długogrający album singiel "Lustro". Umiejscowiony gdzieś między synthwave'owym vintage-popem ze ścieżki dźwiękowej Drive (za produkcję odpowiada znany z Flemings Łukasz Maron, więc wszystko jasne) i duchem rodzimego popu z lat osiemdziesiątych (tropy może nie do końca trafione, ale myślę o Kombi czy zapomnianym bandzie Roxa), a sekcja rytmiczna zahacza wręcz o stary polski post-punk kradnący piosence odrobinę lekkości (choć outro fruwa jak należy). No i jest też śpiewająca Natalia, która w wersji a capella mogłaby się załapać do chóru Mazowsze i to jest naprawdę interesujące. Tak jak całe "Lustro", więc wypatruję wieści o longplayu Songs Of Myself, który, mam nadzieję, ukaże się już za jakiś czas.
PS: fryzura w typie misia koala Natalii − 10/10. −T.Skowyra
Trochę rave'owych reminiscencji w postaci najntisowych breaków zupełnie niespodziewanie złamanych przez trącące poprzednią dekadą electro-house’owe accelerando suplementowane zmodulowaną pre-dropową wokalizą na modłę najświeższych i najbardziej nośnych EDM-owych hitów. Wszyscy, w totalnym zawieszeniu, czekają na gwóźdź programu – eksplozję radości, jakiś bezczelnie plastikowy hook (w końcu na featuringu Sonny Moore). A tu zbliża się wyczekiwany punkt kulminacyjny i… raz jeszcze od początku – ten sam schemat. I tak po trzykroć z kilkoma tylko subtelnymi zmianami, wśród których na pierwszy plan wysuwa się gładka syntezatorowa partia Skrillexa (począwszy od 2:30) przykrywająca oldskulowe pętle. Dla mnie bomba, bo dobrze zaadaptowana estetyka "lack of drop" w czasach produkcyjnie przeładowanej muzyki radiowej działa kojąco. Nie jest to co prawda poziom nośności (w tej "estetycznej niszy") choćby "Just Like We Never Said Goodbye” Sophie, a obok mistrzowskiego "Where Are Ü Now" duetu Jack Ü ta piosenka nawet nie stała, ale złapałem się na tym, że słucham jej (z różną częstotliwością) już drugą dobę. –W.Tyczka
Obiecałem, że napiszę coś o Pink Floyd, ale temat wyczerpali redaktorzy Teraz Rocka, pisząc o ich piosence (która, jak na mój gust, mogłaby kogoś przejąć jedynie wtedy, gdybyśmy potraktowali ją jako faktyczną relację z choroby Alzheimera) że jest ZNA-KO-MI-TA. "Znakomity" to jedno z najlepszych i najbardziej zazwyczaj adekwatnych słów na świecie, dlaczego ktoś postanowił je kompletnie wybebeszyć i postawić w jakiejś zupełnie nieprzystającej sytuacji – to mnie wręcz intelektualnie podnieca. Zastanawiam się, jak na równie wysoki poziom ironii – w ramach, powiedzmy, ćwiczeń stylistycznych – mógłbym wznieść się przy opisie nowego singla zespołu Muchy. Porywający? Wizjonerski? Kreatywny! 51% dwudziestoletnich Polaków uważa się za osoby KREATYWNE. Niektórzy też uważają, że wystarczy wiedzieć, jak napisać "rzeżucha", by uznawać się za osobę potrafiącą pisać – vide recenzujący Karma Market (dla mnie gorszy tytuł niż Yoko Eno, sory) Marcin Cichoński. Tymczasem, koledzy, sprawy mają się zupełnie inaczej. –Ł.Łachecki