W kolejnym odcinku oglądamy pod mikroskopem rewelacyjny album Daniela Lopatina.
Kolejna zapowiedź The Ooz prezentuje się równie dobrze jak "Czech One". Tym razem Krul(e) dostarcza szorstką, rwaną kompozycję, tradycyjnie ubarwioną ciemnym anturażem i jazzującymi trąbkami, które (o czym wspomniał już Tomek przy okazji "Czech One") przypominają wyładowania rodem z Amnesiaca. "Dum Surfer" to jednak Marshall bardziej rozbudowany, łączący kameralne wątki z poprzednich wydawnictw, ale jednocześnie poszerzający je o traumatyczny, wielowarstwowy, balladowo-barowy zombie-noir-jazz-rock, którego ślady mogliśmy wcześniej odnaleźć choćby w "A Lizard State". To wszystko w połączeniu z niskim, udręczonym wokalem nie mogło się nie sprawdzić. "Dum Surfer" budzi nadzieje, że The Ooz będzie nie tylko stylistyczną kontynuacją, ale i jednocześnie kompozycyjnym rozwojem w eksplorowaniu tej osobliwie idiosynkratycznej, niesłychanie stylowej i wyrazistej estetyki. Wyczuwam listę roku. –J.Bugdol
Pamiętacie jeszcze taką sympatyczną dwójkę jak AlunaGeorge, która zupełnie zaginęła w akcji? No właśnie. Ale ponoć w przyrodzie nic nie ginie, więc Nao w pewien sposób godnie zastępuje damsko-męski duet. Weźmy nowy kawałek: zaraźliwy, wściekle funkowy podkład ułożony z synthowych melodyjek, na tle którego Neo Jessica Joshua urządziła sobie melanż – tak w skrócie można podsumować całą "Nostalgię". Ale ktoś zapyta: to w takim razie gdzie ta nostalgia? Już odpowiadam: ostatnia minuta singla to fragment, w którym wokal Nao zostaje rozmazany, a temperatura całości stopniowo opada, wchodząc w zupełnie inny, neo-soulowy rejon. Cały zabieg, jak można się domyślić, zapisuję na plus i czekam na wieści o jakimś większym materiale. Może być naprawdę dobrze. –T.Skowyra
Charli to zakochana w 90sowym r&b songwriterka i singerka, która do tej pory była kojarzona z pisaniem numerów dla k-popowych wykonawców (np. Red Velvet czy Girls' Generation, a to duże nazwy w k-popowej grze). Nadszedł jednak czas na stworzenie czegoś własnego i wraz z mocno zaprawionymi w bojach przy pisaniu numerów dla wykonawców z Korei ludzmi: Danielem 'Obi' Kleinem (z duńskiego producenckiego teamu Deekay) oraz Andreasem Öbergiem (szwedzkim gitarzystą jazzowym), Charli wysmażyła swój pierwszy numer. I co tu dużo pisać: o takie r&b walczę – jest tu coś z Aaliayh, jest tu dużo z feelingu Amerie (Rick Harrison to jeden z ulubionych producentów Charli) i chodzi zarówno o pyszny, cudownie rozmiękczający podkład jak i wokalny performance. Już od pierwszego wejścia synthu wiadomo, że refren będzie siedział w głowie, a całość będzie ripitowana bez końca. Poza tym słuchanie "Love Like You" jest jak wehikuł czasu, który pozwala przenieść się do poprzedniej muzycznej dekady i pozwala oddychać całym wspaniałym r&b nagranym w tamtym czasie. Dlatego czekam na więcej, Charli. Dużo, dużo więcej. –T.Skowyra
Przy okazji "God Knows" redaktor Skowyra gdybał, czy droga do drugiej płyty Dornika usłana będzie samymi zwycięstwami i na poziomie "Bestie" uczciwie byłoby podjąć temat ponownie. Nie jest to bowiem utwór, któremu mógłbym z czystym sumieniem przyklasnąć. Od kogoś zdolnego do stworzenia takich albo takich cymesików oczekiwałbym więcej niż dość generycznego urban-r&b, nawet jeśli śmiga na solidnym, kojarzącym się z produkcjami Snakehips z okolic All My Friends bicie. Oczywiście nie ma co się za bardzo spinać, bo to bardziej symbol ostrzegawczy niż jakaś katastrofa, więc liczę, że zobaczymy się na lonplayu w dużo milszych okolicznościach. –W.Chełmecki
Gdy słucham "Alone", to automatycznie przypominam sobie i tęsknię za wszystkimi piosenkami Jessie, które kojarzą mi się z jej debiutem lub zaistnieniem. "Running", "Sweet Talk", "110%", "Imagine It Was Us" czy nawet największy hit "Wildest Moments", którego mam już dość – każda z tych piosenek broniła się jakimś hookiem, refrenem, melodią albo groove'em, co w połączeniu z głosem Jessie dawało bardzo miły rezultat. Niestety wygląda na to, że każdy kolejny krążek Ware będzie coraz bardziej rozwlekły, luz zostanie zamieniony na patos, a błyskotliwość ustąpi miejsca nudzie. Wracając do "Alone" – trzecia z kolei zapowiedź Glasshouse (premiera 20 października) to przewidywalna ballada w duchu tych od Adele, więc właściwie nie za bardzo jest tu co komentować. Gdyby nie wokal Jessie (gospelowy hook przy słowie "home" na propsie), nie potrafiłbym w żaden sposób wybronić tego numeru. Tyle. I tak, pełen obaw, czekam na kolejny longplay Angielki – może jednak stanie się coś, co mnie zaskoczy? Bardzo bym tego chciał. –T.Skowyra
Utrzymana w niepoprawnie marzycielskim, lekko smutnym tonie piosenka uprawiana przez kogoś o takiej nazwie jak Destroyer może kogoś niewtajemniczonego dziwić, jednak dla tego, kto choć raz spotkał się ze specyficznym głosem Bejara taka znaczeniowa sprzeczność pod żadnym względem nie powinna wprawiać w zakłopotanie. "Tinseltown Swimming In Blood" to kawałek dla ludzi, którzy tęsknią za czasami, w których nowo powstający New Order od podstaw budował swoją pozycję bycia cool-przebojowym zespołem z różnicą skupioną wokół wycofania się, pomimo wyraźnie akcentowanej linii basowej, z bardziej tanecznych konotacji w imię melancholijnego oraz spokojnego klimatu (w pełni uderzającego słuchacza w okolicach 41 sekundy). Może trochę boli brak jakiegoś wyraźniejszego punktu kulminacyjnego, mocniejszego, nacechowanego silnymi emocjami refrenu, ale jeśli ktoś nie posiada obsesyjnego nakazu posiadania w każdej słuchanej piosence takich struktur, droga do cieszenia się nowym Destroyerem stoi jak najbardziej otworem. −M.Kołaczyk
Za pseudonimem Mery Spolsky kryje się Marysia Żak (wokalistka, producentka, autorka tekstów – szacun!), która trochę niepostrzeżenie może zrobić wiele dobrego w polskim mainstreamie. Jej pomysł na piosenki wygląda mniej więcej tak, że w zwrotce pojawia się partia quasi-rapowana, a refren to już część z krainy popu, a wszystko to osadzono w electro-popowym rejestrze. Jakoś umknął mi całkiem przytomny, kojarzący się z pierwszymi płytami Peaches (oczywiście bez tak radykalnego PRZEKAZU) singiel "Miło Było Pana Poznać", ale na "Alarm" załapałem się równo z premierą. I ten nowszy podoba mi się jeszcze bardziej: wciąż jest to electro-pop, w którym nawijka łączy się ze śpiewem, ale tym razem Mery udało się osiągnąć sporą nośność – wszystko dzięki refrenowi ("Wdyyyyyyyyyyyyyyyy-chaaaaaaaaam wiaaaaaaaaatrrrrr...") i przede wszystkim mostkowi ("HiperwentylacjaAaA... / Kosmiczna degradacjaAaA..."). Jestem zaintrygowany i czekam na cały debiutancki LP, który ukaże się już w ten piątek. –T.Skowyra
Kelela Mizanekristos powoli przymierza się do wypuszczenia oficjalnego debiutu (pamiętajmy, że Cut 4 Me to mixtape), bo już na początku października Take Me Apart wyląduje we wszystkich streamach i sklepach z płytami. Czego możemy oczekiwać po jednej z najważniejszych postaci współczesnego r&b? Znakomitego materiału, i piszę to nie tylko ze ślepą wiarą w Kelelę, ale na podstawie udostępnionych fragmentów longplaya. Tym najnowszym jest "Frontline" – wyprodukowany przez Jam City (stały współpracownik Amerykanki), dość mroczny jam, który oddycha pełną piersią modernistycznym r&b. Wokal kolejny raz urządza słuchającemu fantastyczny spektakl, a pulsujący tok kawałka z każdym kolejnym odsłuchem coraz mocniej siedzi w głowie. A więc wszystko wskazuje na to, że Kelela powróci z naprawdę mocnym materiałem. Kibicuję mocno. –T.Skowyra
Dziwność – a raczej taka urokliwa nietypowość – od zawsze stanowi silny faktor w muzyce Zosi Mikuckiej. "Chcemy" zupełnie wpisuje się w ten trend melodyką będącą jeszcze bardziej odrealnionym, przećpanym echem "Fantazi" i refrenem odsyłającym wprost do Animal Collective. Akustyczne flow utworu dodaje mu zaś lekkości, co w pakiecie z tekstem i kalejdoskopowym teledyskiem układa się w odę do wszystkich tych chwil, które gdzieś uleciały i wracają zaledwie jako mgliste wspomnienia. Nie będziemy żyć jeszcze raz, za to Sonięmiki znów można sobie zapętlić w nieskończoność, bo nagrała kolejny świetny kawałek. –W.Chełmecki
Niemal dokładnie za miesiąc ukaże się The Ooz, kolejny album Archy'ego Marshalla, tym razem pod pseudonimem King Krule. Od jakiegoś czasu mam jego zapowiedź w postaci singla "Czech One" – intymną, osadzoną w ciemnych barwach impresję klimatem przywołującą zrezygnowane oblicze Radiohead z Amnesiaca. Choć podczas słuchania mam przed oczami Anchy'ego snującego swoją opowieść na scenie w jakimś wyglądającym staromodnie klubie poza czasem. W każdym razie jest coś hipnotycznego w powolnie płynących dźwiękach przyprawionych jazzowym anturażem pod koniec. Ciekawe, czy to reprezentatywny track dla całej płyty, czy raczej osobny utwór jeśli chodzi o stylistyczny krój krążka. Ale bez względu na to, która wersja zdarzeń okaże się prawdziwa warto czekać na całość. –T.Skowyra