W kolejnym odcinku oglądamy pod mikroskopem rewelacyjny album Daniela Lopatina.
Członek hewrańskiego konglomeratu opiewa swoim retardowym, narkotycznym flow uroki znienawidzonego przez wszystkich ogólnych ludzi poniedziałku na hipnagogicznym, kosmologicznym bicie vvaltza, którego to typka możecie kojarzyć z kooperatywy z MFC. Może nie ma się czym specjalnie chwalić, ale u mnie ten soniczny, autotune'owy dzień Don Poldona kręci się na pętli od kilku godzin. Coś mi jednak mówi, że w tych okolicznościach przyrody prędzej zobaczę fluorescencyjnego jednorożca niż mońce w kiermanie.