Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Michael Greene nagraniami z ostatnich lat pokazuje, że na dobre odszedł już chyba od stylistyki znanej ze swojego debiutanckiego magnum opus, ale na szczęście nie schodzi poniżej solidnego poziomu, więc jego kolejna EP-ka zdecydowanie warta jest uwagi. Niczym wąż z okładki melodie na Secret & Lies wiją się bez końca. Łatwo wsiąknąć w te powoli rozwijające się motywy, które zanikają w tle, bo po chwili znowu się odrodzić. Ten muzyczny uroboros najbardziej hipnotyzuje w "Seventyfour ". Mimo bezustanności w powtarzaniu głównego motywu, ani na chwilę nie przestaje być on obcy, a w połączeniu z sugestywnym teledyskiem sprawia wrażenie doświadczania dźwięków pochodzących z innej cywilizacji. –P.Ejsmont
DIIV debiutowali w 2012 całkiem udanym Oshin. Na sofomorze Is the Is Are nowojorska formacja rozwija pomysły z pierwszego LP przy znacznie mroczniejszych kompozycjach, przez co płyta jest o wiele ciekawsza. Jako przykłady posłużyć mogą gęsta środkowa część "Take Your Time", która rozwija się jak coda, żeby chwilę przed końcem utworu powrócić jeszcze raz do głównego tematu, kontrolowany chaos w "Mire (Grant's Song)", czy agresywne, przesterowane partie gitary w przedostatnim "Dust". A w takim "Blue Bordom" Ferreira serio brzmi jak Gordon z jakiegoś wczesnego Sonic Youth. Mamy tu jeden WTF moment w postaci zupełnie niezrozumiałej próby sprzętu w "(Fuck)", ale ogólnie album utrzymuje naszą uwagę bez większych mielizn przez godzinę z hakiem, a to dziś nie lada osiągnięcie. –S.Kuczok
Od bardzo chwalonej drugiej części tryptyku swojego czasu się odbiłem i po trójeczkę sięgnąłem bez żadnych oczekiwań. I tu nastąpiło miłe zaskoczenie, bo całość ze smakiem pochłonąłem, a potem puściłem mixtejp jeszcze raz i jeszcze raz. Jeśli ktoś słuchał już tego duetu to wie czego się spodziewać i polecać nie trzeba, jeśli nie to powinien pójść po rozum do głowy i zapoznać się z tymi wariatami z "Czikago". Wersja dla opornych? "Spazz On Ya", "Expensive Taste" i "How U Do Dat" – najlepsze fragmenty z tego materiału i jeśli to nie jest przekonujące, to nie mam bladego pojęcia co jest. Teraz wracam sobie do poprzednich taśm i czekam na pełnometrażowy, "profesjonalny" materiał, bo Saiyanów już wystarczy (przypominam – czwarta forma jest niekanoniczna)! –A.Barszczak
Dziewczyny z Hinds przy swoim debiutanckim LP Leave Me Alone popełniły zasadniczy błąd. Proponują nam dwanaście prostych, nieinwazyjnych utworów, brzmiących jak soundtrack do przejażdżki cabrio przy pobliskiej plaży czy kacowania po całonocnym melanżu u znajomego z basenem w ogródku. Gitary płyną tutaj słonecznie z manierą późniejszych dokonań The Walkmen czy wolniejszych momentów dyskografii Lady Lamb. Takie "Easy" czy "Castigadas En El Granero" to nawet całkiem przyjemne piosenki, z tym, że album ten wydany został w środku zimy! Ja wiem, że w Madrycie, z którego kwartet pochodzi, w połowie stycznia pewnie jest trochę cieplej niż u nas, ale Panie mogły pomyśleć też o reszcie Europy! Jak tu słuchać takiego "Chili Town" przy trzynastostopniowym mrozie za oknem? Dwa wyżej wspomniane bandy wydawały swoje płyty w bardziej sprzyjającej aurze. Wrzucało się takie rzeczy na słuchawki i do rowerowych wycieczek były jak znalazł, a i same kawałki jakieś bardziej zapamiętywalne. W każdym razie, do wakacji to ja już o tej płycie zapomnę, a kciuk może skierowałby się wtedy trochę wyżej. –S.Kuczok
Tortoise wrócili z nową płytą. To zawsze miło, bo to na luzie jeden z moich ulubionych zespołów, ale nie będę się za bardzo wgłębiał w ich twórczość, bo znacie ją przecież dobrze. Na siódmym albumie tej zacnej grupy z Chicago nie ma katastrofy jak chce część krytyków, ale daleki jestem również od stwierdzenia, że The Catastrophist może w jakimkolwiek stopniu równać się z wybitnym tryptykiem tej grupy z lat 90., a nawet wydanym na początku ubiegłej dekady Standards. Z jednej strony redukcja progresywności charakterystycznej dla Beacons Of Ancestorship wyszła im na dobre, ale cały czas odnoszę wrażenie, że obcuję z kliszami starych kompozycji, no ale tego mogliśmy się przecież spodziewać. Kiedyś robili to lepiej, o kilka poziomów lepiej. Są jednak na tej płycie numery, które zahaczają o świetność, jak chociażby nasycone wieczorną neurozą "Hot Coffee” czy avant-jazzowa impresja "Tesseact”, gdzie w końcówce zespół z Wietrznego Miasta brzmi tak, jakbym sobie tego życzył (ach ta skwiercząca gitara Jeffa Parkera, perka McEntire’a i basowe podrygi McCombsa). To zdecydowanie najmocniejsze numery na tym krążku, ale jest tego więcej. Weźmy chociażby takie "Ox Duke”, "Shake Hands With Danger” czy tytułową kompozycję – wciąż są to dobre numery! Pięć udanych kompozycji z jedenastu to i tak spoko, ale wciąż pozostaje niedosyt. Po co był panom bluesujący "Rock On” czy napisana na wzór numerów Yo La Tengo senna ballada "Yonder Blue”? Tego nie wiem, ale zdecydowanie nie są to utwory, o których będziecie śnić nocami. Reasumując: niezła płyta, ale czy wnosząca coś odkrywczego, świeżego i w końcu świetnego pod względem kompozycyjnym do i tak znakomitego katalogu wydawniczego Amerykanów? Z pewnością nie. –J.Marczuk
Tworzenie mash-upów, które brzmią dokładnie tak, jakby na jednym odtwarzaczu puszczo jednocześnie dwie niezależne i niezwiązane ze sobą ścieżki powinno być surowo zakazane. Melanż coltrane’owskiego saksofonu z dronowymi pasażami składu O’Malleya musi stać się czymś więcej niż ciekawostką – to powinno być spójne, przystawać do siebie nawzajem na całej rozciągłości, a nie tylko w jednym, zaskakujący dobrze zestawionym "Peace For Bathory Erzebet” (Bohren sięgający wyobraźnią dalej niż wyimaginowane soundtracki do neo-noir movies). Pożywka dla melomanów kochających egzotyczne konfiguracje figurujące na okładce albumu, ale nic poza tym. A jeśli chodzi o solidny mash-up artystów z dwóch zupełnie różnych muzycznych światów, to odsyłam do wzorowego Aphex Swift z poprzedniego roku. –W.Tyczka
Nie było jeszcze na Porcys wzmianki o najgorętszym ostatnimi miesiącami wokaliście, manifestującym wyrwany żywcem z lat 90 hedonistyczny światopogląd zakapiorze, człowieku, który robi coś tak stylowo i po swojemu, ale jednocześnie pamięta o korzeniach – najwyższy czas to zmienić. Anderson Paak, bo o nim mowa, do niedawna kojarzyć mógł się nam wyłącznie z godnością typową dla bohatera sitcomu, a dzisiaj? Dzisiaj zgarnia wszystko. Przełomem była oczywiście współpraca przy Compton, gdzie na spółkę z Kendrickiem zjadł doktorkowi płytę. A dzisiaj? Dzisiaj chce go na gościncę kazdy. Trudno się skądinąd dziwić – obejmuje wzrokiem tegorocznych śpiewaków z pogranicza r&b i pod względem wdrażania pomysłów (metafora topienia się to mój ulubiony moment na wspomnianym Compton) czy siedzenia w bicie mało kto mu dorównuje, bo nigdy nie przewidzisz, w jaki sposób dany wers zostanie wyartykułowany. Nie jestem pewien, czy samplowane połamance Knxwledge to to, czego oczekuje od naszego rookie of the year, ale jako przystawka przed płytą? Jest dobrze. –R.Marek
Krótka piłka, bo taki mamy format, a i rzeczona płytka jest krótka: drugi album australijskiego zespołu Royal Headache to 28 minut power-popowego/pop-punkowego garażowego łojenia z brytyjskim backgroundem i w ideologicznym kluczu Guided By Voices. Słuchałem jakieś 20 razy i dalej nie mam dość – to właśnie dla tak esencjonalnie zajebistych kawałków jak tytułowy albo "Another World" przeczesuję rokrocznie tony naprawdę złego indie, więc doceńcie, że obok tej bandy nieprzytomnych łajdaków istnieją również zespoły takie jak ten – sypiące gitarowym złotem jak z rękawa. Rewelacja. –W.Chełmecki
Kiedy ostatnio słyszeliście płytę, na której każdy dźwięk jest świadectwem dobroci świata? Halo, halo. Nie wiem, o co biega. Potwornie długi (77 minut), pełen dancehallowych (mogę się mylić) zaśpiewów i wypolerowanej, pop-trapowej produkcji album jednookiego kolesia ze sztucznymi dredami podoba mi się jak mało co w tym roku. Okej, rozumiem, na pewno nie jest to najlepsza płyta roku, nie jest to czołówka, pewnie nie pierwsza dyszka. Ale jeśli rozpatrywać ją tylko pod kątem ripitowalności i czystej, niczym nieskrępowanej zabawy, to absolutnie wygrywa. Halo, halo. To nie jest ten rodzaj gówna, który powie wam, jak żyć czy ukształtuje waszą osobowość. Mniejsza o to, to nawet nie jest album, o którym będziecie myśleć. Nie będziecie rozważać zabiegów producenckich, rozkminiać linijek. Znacie "Trap Queen"? Pewnie, że znacie. No to wyobraźcie sobie, że reszta daleko nie odbiega od tego, kosmicznego przecież, poziomu. Łukasz trafnie zdiagnozował zjawisko w Dillpacku. Ja was tylko proszę – nie popełniajcie jego błędu i słuchajcie całości. Remy Boyz 1738, kochani. –A.Barszczak
Mam słabość do blondwłosej Norweżki i w zasadzie zawsze wyczekuję na jej każdy kolejny singiel czy EP-kę. Przy okazji Endless Vacation, z okładką kojarzącą się z eurodancem i wykonawczyniami pokroju Sandry nie było inaczej, choć zapowiadające całość dwa single zupełnie nie spełniły moich oczekiwać. "Cara Mia", to piosenka tak bardzo nijaka, nieposiadająca niczego, za co uwielbiam Annie: bezbarwny, letni song kojarzący mi się z przezroczystym remiksem kawałka "I Follow Rivers" Lykke Li popełnionym przez The Magician. Jeszcze słabszy okazał się "Dadaday", gdzie skradzioną melodię z "La Isla Bonita" wdrożono w niezbyt wyszukany, tandetny, obskurny beat. Sytuację ratują dwa ostatnie songi: pełen melancholii, podkreślony urokiem Annie "Out Of Reach" i napędzany 90sowym feelingiem, dance'owy "WorkX2", ostatecznie przywracając mi wiarę w potencjał mojej ulubienicy. Na kolejnym wydawnictwie (może czas już na LP?) nie chcę już wpadek, tylko same trafienia. Ok, Annie? –T.Skowyra