SPECJALNE - Rubryka

Dillpack #1

20 października 2015

Pomysł na niniejszą rubrykę wziął się ze między innymi ze śledzenia polskiej recepcji DS2 Future'a – płyty, którą zachwyciły się niemal wszystkie wpływowe media ze Stanów, a która w Polsce – jeśli się nie mylę - na dziś nie doczekała się żadnej recenzji poza tą Marcina Flinta. Podkreślam – żadnej! I nie byłoby to może wielkim wykroczeniem, Porcys niejednokrotnie studził zapał podkupionych amerykańskich krytyków, lecz z drugiej strony, nie da się ukryć – patrząc nawet już nie na dziennikarską robotę, ale choćby na line-up najpopularniejszego wśród polskich fanów festiwalu hip-hopowego – krajowe RAPGŁOWY bardzo się krzywią, gdy im się miesza w truskulowym garze. Przykro patrzeć, jak twórcy, krytycy i słuchacze zmieniają rap w "oldies" dla Radia Złote Przeboje, a Yelawolf czy MGK nie są dla nich jedynie źródłem niepohamowanego rechotu, ale przecież "gdzie wtedy byłeś" i snobistyczne zacietrzewienie każą nawet tak powszechne narzędzia jak autotune zbywać stetryczałym mamrotaniem i, co paradoksalne, krytykę Małych Miast uznawać za przejaw zamkniętej głowy. Przypomina to "mem" o Ryszardzie Riedlu, który nagrywał płyty z Dżemem przed pojawieniem się obróbki studyjnej. Albo PiH-a wypowiadającego się w pijackim widzie o – fakt faktem – żałosnym kawałku Quebonafide. Albo Flavor Flava, twierdzącego, że Kendrick, Weezy czy Hova robią zajebisty rap, ale już nie hip-hop. Przywróćmy rzeczom należne im miejsce, synu. I jeśli nie kumasz, to najwyższa pora byś do moich tekstów, stosował Rap Genius.

Jakiś czas temu Jeff Weiss publikował na Pitchforku swoją rubrykę Rolling On Dubs. Wracał w niej pamięcią do płyt, które ukazały się 20 lat wcześniej – Eazy-E, Souls Of Mischief, Odd Squad itd. Zaglądam sobie do listy płyt z 1995 roku i ekipa urywa łeb – 2Pac, GZA, Mobb Deep, Raekwon, "Do you want more?!". To dlatego nikt poważny nie odczuwa potrzeby reagowania, gdy na forach pisze się czasem o 2015 roku jako najlepszym w historii rapu – bo i na co komu takie porównania, a i "czasy na bycie żywym" też pewnie bywały lepsze. Wybitny człowiek pióra Big Ghost dostaje wręcz jakieś konserwatywnej, melancholijnej histerii w związku z tym. Ale rap, trudno i nie darmo, to jeden z największych przemysłów w amerykańskiej rozrywce, a ja, prowadząc od marca skromną ewidencję płyt i widząc, że z ponad setki przesłuchanych przeze mnie rapowych albumów z tego roku wartych uwagi jest moim zdaniem ponad 50, przeżyję jakoś towarzystwo młodych słuchaczy, mimo że Koopsta Knicca czy Sean Price to moim zdaniem naprawdę wielcy raperzy i z żalem przyjąłem wieści o ich odejściu. Podoba mi się kierunek, w jakim poszedł rap mainstreamowy, podobają mi się niezależne mixtape'y po 1000 odsłuchów i nakłady Drake'a. Cóż, Fetty Wap, Young Thug, Future czy Sicko Mobb to może nie być hip-hop, ani nawet rap – ale, cytując autora Complex – nie jesteśmy martwi, żyjemy w przyszłości, z której warto wyciągnąć wnioski. A wnioski z Fetty'ego? Czasem warto sobie potańczyć.

Po odsłuchaniu zaległości w postaci mniej lub bardziej głośnych tegorocznych płyt w rodzimym rapie i uwzględnieniu płynności granic między niezalem a mainstreamem w rapie amerykańskim porzuciłem plan podziału rubryki na 4 działy: mainstream-świat, niezal-świat (#Wallernstein), polski rap i Taco Hemingway. Miejmy to już z głowy – w ciągu ostatniego miesiąca Taco zaliczył współpracę z najgorszym projektem okołorapowym na scenie i doprowadził grupkę szalonych desperatów do płacenia 150 zł za bilet na koncert w zatłoczonej Proximie. Osoby niezainteresowane rapem, który brzmi jak rap mogą zakończyć czytanie.

***

Kevin Gates znowu to zrobił – potwierdził, że jego szybkie odseparowanie od społeczeństwa może mieć zbawienne skutki dla funkcjonowania przestrzeni publicznej, ledwo zipiącej resztkami tzw. standardów. Koleś, który uprawiał seks z własną kuzynką, później obraził się na kobietę, która nie chciała, hm, obciągnąć jego psu (naprawdę szukałem eufemizmu, który byłby adekwatny), tym razem sam zaprezentował się jako sceniczne zwierzę, i nie jest to bynajmniej pozytywna historia. Jak pokazała tegoroczna płyta Boosiego, parę lat odsiadki nie musi źle wpłynąć na muzyczny rezultat – czekamy na follow-up do ”Murder From Hire” stworzony z obrożą dozoru elektronicznego na skłonnej do kopania kobiet nodze.

Zwłaszcza że raperów o podobnym delivery i umiejętnościach tworzenia plastycznego, bandziorskiego storytellingu nie brakuje. Przykładem choćby dziewiętnastoletni Lil Herb, a od niedawna G Herbo - nadzieja chicagowskiej sceny, jeden z najbardziej „conscious” tekściarzy na drillowym poletku. Po znakomitym Welcome To Fazoland wypuścił właśnie mixtape Ballin Like I’m Kobe, potwierdzając swoja pozycję w indie (?)-rapowym kręgu (wcześniej podpisując kontrakt z Cinematic Music Group, które ma w swoim katalogu m.in. Joey’a Bada$$a i Micka Jenkinsa). Dziewiętnastolatek brzmi już jak przetyrany przez życie mędrzec, strach pomyśleć, co to będzie, gdy przekroczy smugę cienia i oficjalnie zadebiutuje po dwudziestce. BLIK to szczyt chicagowskiego podium w tym roku i obok Drilluminati i debiutu Lil Durka dowód na to, że nie trzeba sięgać po ekipę SaveMoney, by posłuchać niegłupiego rapu z Chiraq.

Znacie rapera, którego hypemanem był kiedyś Kendrick Lamar i który wyróżnił się najlepszą gościnną zwrotką na Good Kid, Maad City? Sytuacja szybko się odwróciła – nie da się ukryć, że Jay Rock przespał swój moment, wydając w 2011 roku średnie Follow Me Home i czekając z następcą aż do września 2015 roku. A gdyby 90059 wyszło mniej więcej w czasie, gdy triumfy święcił „wczesny Lamar”, mogłoby narobić sporo więcej szumu, niż właśnie robi – to płyta o podobnym charakterze, może bez filmowego rozmachu, ale za to przemyślana, a w najlepszych momentach (”Money Trees Deuce”, ”Fly On The Wall”, ”Easy Bake”) dobijająca się do mocno obstawionej czołówki roku. Do tego znakomicie wypadli goście, m.in. pojawiający się zaledwie w jednym refrenie Isaiah Rashad, którego płytę możemy chyba zgodnie uznać za jeden z najbardziej wyczekiwanych albumów przyszłych miesięcy. Sam Jay Rock, uważany za najbardziej nasyconego pierwiastkiem ''gangsta” członka TDE, ładnie wpasował się w nowe i bardzo różne wcielenia tej zapomnianej szufladki – obok Vince’a Staplesa, YG czy Freddiego Gibbsa to najprawdziwszy zawodnik w grze, co dodatkowo podkreślają znakomite podkłady od gości, o których jeszcze usłyszymy: J.LBS-a, Flippy czy Antydote’a. Plus – dobra nuta do jarania.

Po artystycznym sukcesie i bardzo ciepłym przyjęciu DS2 przez krytykę media w Stanach szybko znalazły sobie nowego pupilka (w tym roku rap ani na chwilę nie zaznał próżni pod tym względem) – debiutującego oficjalnie Travi$a Scotta. Można się zastanawiać, w jaki sposób przypasować tego koleżkę do panteonu współczesnych innowatorów- bity recyklują pomysły Kanye Westa z 3 ostatnich płyt, tekstowo jest przeciętnie, nawet pomysły na słodkawe wokalizy, yeezusowe krzyki czy thuggerowe ad-libsy wyglądają na niewiele wnoszący patchwork. Ale z drugiej strony ten naszpikowany gośćmi album (od Justina Biebera po Toro Y Moi), okraszony obecnością Metro Boomina, DJ-a Dahi czy Southside’a na produkcji może stanowić zgrabny ersatz dla SWISH w razie intensywnego zaangażowania Westa w kampanię prezydencką.

(Zwycięstwo Westa, wyglądające na follow-up do Idiokracji, nie byłoby najgorszą rzeczą na świecie. Ten koleś jest naprawdę jednym z najśmieszniejszych ludzi na planecie, przemówienie na gali MTV było festiwalem beki, podobnie jak wywiad dla Vanity Fair. Dla muzyki bez wielkich strat, za to komedia może dużo zyskać).

OG Maco coś bredzi o tym, że Future zniszczył miliardy istnień, robiąc z uzależnienia czadowy styl życia – z mojej perspektywy wygląda to tak, że niepojęte ilości mroku i samotności w muzyce Hendrixa każdego, kto choćby otarł się o uzależnienie, skutecznie zniechęcą do wyrabiania kodeinowych receptorów, zwłaszcza jeśli ten ktoś pamięta, jak skończyli Pimp C i Asap Yams. Future to Jason Pierce rapu – ''official trapper”, który w tym roku wypuścił więcej jakościowego materiału niż polski rap w ciągu ostatnich lat. Drugie Dirty Spriter powinno doczekać się jakiegoś szerszego omówienia, 56 Nights to jego najbardziej zwarty mixtape (Southside definiuje, jak powinien brzmieć trap w 2015), a płyta z Drakiem? Jako efekt 6 dni pracy dwóch czołowych raperów świata brzmi to dużo sympatyczniej niż spięte Watch The Throne, highlighty takie jak ”Diamond Dancing” przekonują o sensowności współpracy, ale najlepsze, co tu można usłyszeć, to solówka Drake’a – miejmy nadzieję, że tak właśnie zabrzmi część Views From The 6.

Osobiście nigdy nie wierzyłem, by Young Thug chciał rozstrzelać Lil Wayne’a, a darcie mordy na ochroniarza w centrum handlowym jako powód oskarżenia o terroryzm też wydaje się odrobinkę przesadzone. Dlatego fajnie, że z aresztu ten sympatyczny wariat trafił prosto na Boiler Roomy i Fashion Weeki, a po wspaniałym Barter 6 wypuszcza tyle materiału, że chyba chciałby w dłuższej perspektywie przeskoczyć wynik Future’a (3 albumy studyjne i 11 mixtape’ów w 5 lat). Tym bardziej, że nagrywa takie rzeczy jak ”Pacifier”, pierwszy singiel z nadchodzącego, oficjalnego debiutu. Na marginesie: nie wracam zbyt często do znakomitej płyty Kendricka, choć np. zwrotki Leszcza na płycie Dre każą przypuszczać, że to koleś, który dojechał pod względem techniki do ściany, za którą nie ma już nic, osiągnął ostatnie stadium rozwoju rapera kompletnego. Tymczasem Young Thug to artysta z innej bajki, on po prostu do często absurdalnej, pozbawionej przymiotów „klasyczności” nawijki dopowiada osobne historie symfoniami adlibsów, wrzasków, przesterów, regałowych przyśpiewek i auto-tune’ów, do napięcia między bitem a rapem dodając DUSZĘ. Mike Will Made It to w ogóle postać godna solidnego artykułu – od czasów, gdy zaproponował Future’owi wcielenie się w rolę gwiazdy r’n’b w wybitnym ”Turn On the Lights”, systematycznie budował chore imperium. Po dziewiątkowym ”Pacifier” strach myśleć, co się wydarzy na H!TUN35, Slime Season 2, Metro Thuggin, czy co tam jeszcze zwycięzca wakacji obieca w międzyczasie.

Pozostańmy przy nadaktywnym protegowanym Birdmana: zapowiadany jako efekt współpracy z LondonOnThaTrackiem mixtape Slime Season okazał się być zbiorem wakacyjnych leaków z różnymi producentami, a nawet wyciągniętym jeszcze z zeszłego roku featuringiem Lil Wayne’a. Świetny przedsmak dla H!TUN35, pokazujący rozwój Młodego Zbója jako rapera (”Draw Down”), wokalisty i autora hooków (”Power”, ”Best Friend”, ”Calling Your Name”) i gościa mającego dostęp do najważniejszych nowych producentów (Southside, London, Metro Boomin).

Niestety nie zdążyłem sprawdzić, jak brzmi Fetty Wap na debiucie – za każdym razem, gdy odpalam płytę, zawieszam się na ”Trap Queen” na pół dnia. Wiecie, słyszałem ten kawałek jakieś 1000 razy, w wersjach koncertowych, telewizyjnych, remiksach, mash-upach, i nic, nie do zdarcia, poziom ”Asereje”. To znaczy wiem, że są tam jeszcze zajebiste kawałki, bo się otarłem, to nie jest jakiś O.T Genasis, który nagrywa 7 wersję ”Coco” i tyle z niego zostanie – po prostu nie mam siły zmusić się do głębszego zastanowienia nad płytą tak ewidentnie radosną, przyjazną, przebojową, że problemy przyszłości świata i przyszłości Future’a zdają się schodzić na drugi plan.

Podczas gdy 300 ent. celebrowało komercyjny sukces Fetty’ego i samonakręcający się buzz wokół Thuggera oraz toczyło boje z Migos, bez przesadnych fajerwerków w labelu wyszła płyta, którą powinniście sprawdzić – Triflin’ Nickelusa F. Raper współpracujący wcześniej m.in. z raperem Drake i z producentem ''ukrywającym się” pod pseudonimem Shawn Kemp (Lil Ugly Mane, tęsknimy) jest trochę jak Rome Fortune i Forte Bowie – szorstki głos uzupełniany przez zgrabne wokale, większość (często wielowątkowych) kawałków na własnych produkcjach, dobre teksty. Taki niezal popieram, nabijcie ziomkowi z Richmond więcej wyświetleń niż nowym kawałkom Jorge Elbrechta, co?

Co warto obczaić w najbliższym czasie:

Kirk Knight – debiut ziomka Badassa z Pro Era, sprawdźcie znakomity singiel z gościnnym udziałem Grzmotokota i Bezimiennego Cygana : |

Ty Dolla Sign – debiut ziomka Kanye, sprawdźcie zwariowaną listę gości : |

P.S: Jeśli interesuje was, jak to było naprawdę z N.W.A, a nie chcecie oglądać wypłakującego oczy Dr. Dre (Dra Dre?), darujcie sobie Straight Outta Compton i przypomnijcie sobie tekst Jeffa Weissa o ”It’s On (Dr.Dre) 187um Killa” ze wspomnianego wyżej cyklu.

Łukasz Łachecki    
BIEŻĄCE
Porcys's Guide to Polish YouTube: 150 najśmieszniejszych plików internetowych
Ekstrakt #2 (kwiecień-grudzień 2022)