Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Skończyłem wczoraj oglądać Leftovers, miałem odczucia ambiwalentne. W soundtracku tego arcypompatycznego serialu pojawia się "Retrograde", obok, dajmy na to, "Nothing Else Matters" w wersji chyba bardziej łzawej i rozbuchanej niż ta z S&M, syf, Amerykanie na to pozwalają? Bardzo lubiłem ostatni album Blake'a, ale ryzyko osunięcia się w rejony męczenia buły godne jakiegoś Toma Krella mogło zniesmaczać tych, którzy nie za radioheadyzację cenili dokonania sprzed długogrającego debiutu. A tu znienacka fajnie, Kajnie, trzy zajebiste kawałki i bonusik, w sam raz, co ja gadam w ogóle że "200 Press" słabe. Dobrze by było jakby Kanye szedł w tym kierunku, to są dziwne, acz paradoksalnie kameralne struktury, a nie białasowsko-stadionowy Yeezus, wyczuwam potencjał na przemyconą dziwność (gdyby jeszcze West nie był takim imbecylem), to zresztą by było o tyle łatwe, że mainstreamowy hip-hop od lat idzie w kierunku rytmicznej dziwności i często kuriozalnego melodycznego minimalu. Takie ponure w gruncie rzeczy rzeczy bym aprobował w świecie, w którym Diddy spuszcza wpierdol Drejku za "kradzież" bitu do "0 to 100", na którym przecież nie mógłby zrobić nic ciekawego, chyba że zaprosić Jimmiego Page'a... -Ł.Łachecki
Za tym projektem stoi człowiek-orkiestra o nazwisku Zawiślak, który, jak się chwali w press kicie, wszystko robi sam, włącznie z odbieraniem telefonów. Zważywszy, że na skrzynkę przyszło mi 5 identycznych maili z prośbą o rzucenie uchem człowiek musi być bardzo zapracowany. Ale wcale mnie to nie wkurzyło, bo ta EP-ka przypomniała mi trochę początek ubiegłej dekady jak w modzie były różne sympatyczne bedroom popowe elektroniki i chętnie po nie sięgałem. I to jest coś takiego, tyle że bardzo wszechstronne i ogarnięte – od bjorkowych zaśpiewów i noworomantycznych melodii na dużej przestrzeni, poprzez przekwaszony pop oparty o klubowy bit z gatunku trochę Timberlake, trochę Tundra, po pościelowy dreamgaze. Nawet na ewidentne przymulenia trudno się wkurzać, skoro słucham i nie wiem czy to etno czy emo, czy Michael Bolton, czy mi zaraz Bono wejdzie z "With Or Without You" i nagle szlachetna trąbka ewokująca "Life’s A Bitch" – osobliwe ale fajne. –M.Zagroba
Niewiele wiem o tych dwóch gościach (nie wiem nawet, czy rzeczywiście to są dawaj goście), ale myślę, że ten błąd naprawię w najbliższym czasie. A to dlatego, że George & Jonathan ulepili całkiem sprawny minialbum, na którym mieszają chiptune, modern funk, electro funk, space funk, boogie funk, a nawet bardziej poszukującą elektronikę czy wpływy PC Music (coś z Maxo na przykład). Brzmią trochę jak Krystal Klear na amfie, a to już całkiem fajnie. Na razie nie ma co doszukiwać się tu rewolucji, ale większość wałeczków to prawilniaki. "Jamn" dryfujący po cybernetyczno-klawiszowych przestworzach, "R U In 2 It" wraz z "Everyday Problems" podróżują po meandrach oldschoolowych beatów, "Canopy", brzmiący jak soundtrack z gry video dla dzieci poniżej 12 lat, cyfrowy footwork "A Brief Moment Of Clarity", ślizgający się po wypolerowanych, klawiszowych sound-krainach "Hurtful Things", czy podniosły "Crystal", to rzeczy, które łatwo wchodzą do głowy i które się pamięta. Trochę mniej podoba mi się naspeedowany "Rock", ze słodkimi wstawkami rodem z Dana Deacona, ale w ogólnym rozrachunku III to interesująca pozycja z kilkoma "hitami na czasie". Będę ich pilnował. -T.Skowyra
In The Shower to idealna propozycja dla fanów zblazowanego gitarowego grania. Trochę w tym R. Steviego Moore’a, trochę Maca DeMarco (nieprzypadkowo, bo Homeshake to Peter Sagar, czyli gitarzysta twórcy Salad Days), ale na tym nie kończą się inspiracje Kanadyjczyka. Ma on również przeszłość jazzową i zajawia się r&b, co słychać najlepiej w rytmicznych elementach jego kawałków. Płyta na przemian buja i relaksuje, a wszystko spaja zaspany wokal. Innym integrującym całość ogniwem jest obecność pierwiastka lo-fi i wszechobecna slackerska atmosfera. Każdy indeks coś w sobie ma, ale mi szczególnie przypadła do gustu melodia ze "Slow". Nie jest to może album, który zmieni wasze życie, ale za to z pewnością dziesięć piosenek składających się na krążek zapewni sporo przyjemności tym, którzy od czasu do czasu potrzebują nieinwazyjnej muzyki. -P.Ejsmont
Adamie Bainbridge, jak mogłeś nam to zrobić? Problem jest jednak szerszy, bo "próby drugiego albumu" nie przetrzymali również bardziej popularni krajanie Kindnessa, na których liczyliśmy: Jessie Ware i SBTRKT. Otherness zawiódł mnie jednak najmocniej, bo tak naprawdę nic tego nie zapowiadało. O znakomitym, nagranym w stylu retro pierwszym singlu na featuringu z Kelelą pisałem już wcześniej, ale i o utrzymanym w duchu World, You Need a Change of Mind "This Is Not About Us" nie mogę powiedzieć złego słowa. A co dalej? Ano dupa. W zdecydowanej większości mamy do czynienia z miałkimi kompozycjami o szkicowym charakterze, nie mającymi zbyt wiele wspólnego z wysublimowanymi i czarującymi kompozycyjnymi detalami "Cyan" lub "Gee Up". Brutalna prawda o przeciętniactwie sofomoru Bainbridge'a wychodzi na jaw szczególnie wtedy, gdy Bainbridge nie ma pod ręką sampli, ale również w miernych wałkach nagranych z Robyn ("Why Do You Love?") oraz kolejnym duecie z Mizanekristos ("With You"). Na pocieszenie powiem, że bronią się dwa ostatnie tracki: zmysłowe "Why Don't You Love Me", gdzie obok Kindnessa i Blood Orange czaruje nas Tawiah oraz przesycony nostalgią i kojącymi zagrywkami saksofonu closer "It'll Be OK". W ostatecznym rozrachunku Bainbridge wybronił się na środkową łapkę, ale srogi zawód pozostanie i jedno z rozczarowań roku też. -J.Marczuk
Gdzieś tak w 2012, longplay Roniki mógł być jedną z najciekawszych albumowych propozycji roku. Dziś, po przesłuchaniu debiutanckiego krążka, blondwłosa starletka nie wydaje się tak ekscytującym zjawiskiem. Owszem, kilka znanych wcześniej singli wypada tu całkiem dobrze ("Forget Yourself" czy "Wiyoo" wciąż bronią się jako sprawnie zrealizowany synth-pop w kolorystyce wczesnej Madonny), jednak większość Selectadisc to zwyczajnie toporny, męczący i dłużący się (chwilami niemiłosiernie) album. Brzmi to tak, jakby dziewczyna chciała zaśpiewać hiper chwytliwy hit, ale jakoś jej to nie wychodzi (choćby "Paper Scissors Stone" odzwierciedla ten stan). Zaczyna się jakiś motyw, a potem całość zwalnia i przychodzi nuda. A wszystko to wina dość lichych kompozycji, których nie da się naprawić obfitującą w vintage'owe klawisze i disco-patenty produkcją. Sorawa, ale o "Shell Shocked" czy "Believe It" zapominam 10 sekund po wybrzmieniu tracka, a przy irytującym "Earthrise" czy "Rough n' Soothe" ziewam jak Neil Tennant na okładce Actually. Pomijam takie PRZEBOJE, jak kuriozalny "Video Collection" albo przezroczyste "Clock" (mdli mnie od tych zmian akordów...), bo nie chcę się dłużej pastwić. Można było chociaż skrócić ten krążek i dodać "Marathon" albo "Automatic" i byłoby lepiej, choć to i tak nie zmieniłoby jakości całego materiału. Tak czy inaczej, wielkiej tragedii nie ma, ale porażających refrenów na Selectadisc też nie uświadczymy. A o to przede wszystkim chodzi w popie, right? -T.Skowyra
Kylie już za chwilę wystąpi w Łodzi – nie będzie mnie tam, więc z zawiści ponarzekam. Kiss Me Once jest najgorszym albumem Kylie od czasu jej wielkiej przemiany w 2000 roku. Oczywiście szczęśliwcy, którzy jadą do Łodzi, nie mają się czego bać. Jak zwykle będzie to show wycyckane do perfekcji, ale nie w stylu robotycznej Madonny, tylko pełne naturalnego uroku piosenkarki i jej największych hitów. Szkoda, że Kiss Me Once nie jest takie ani trochę. Brzmi, jakby garść przypadkowych osób próbowała napisać, coś co brzmi jak piosenki Kylie, ale nie skumało, że chodzi o melodie i hooki. Podpowiedź: najmocniej spieprzyła to Sia Furler, executive i zarazem autorka chyba najgorszego singla w karierze Australijki, która przecież ma patent na śpiewanie o seksie z klasą. ("Sexercize"? How much cheese is too much cheese?). Lubiłem cię kiedyś dziewczyno, ale teraz już lepiej trzymaj się Guetty i Rihanny. W miarę obronną ręką wyszedł Pharrell, paradoksalnie dzięki temu, że "I Was Gonna Cancel" brzmi jakby się w ogóle nie wysilił. Wyszedł w sumie ciekawy szkic. No i jest "Sexy Love", jej najbardziej chwytliwy numer od "Wow" (choć zamiast "You're such a rush / The rush is never ending" dostajemy tu zaledwie mierne "You're like fireworks / And it's the fourth of July"), który skatowałem w rozpaczy. A tymczasem nie oszukujmy się – w czwartek zaśpiewa w Łodzi ponad dwadzieścia hiciorów i jeśli będzie choć trochę tak fajnie jak tu lub tu (byłem!), to cholernie wam zazdroszczę. –K.Babacz
Jak każdy poczciwy naiwniak dałem się porwać magii "Heartbeat Overdrive" i uwierzyłem, że oto na moich oczach powstaje zespół, z którym będzie mi się obcowało na bieżąco tak przyjemnie jak farciarzom wczutym w Cocteau Twins na przełomie 80s i 90s. Nie do końca się pomyliłem, bo i owszem, jest taka grupa, ale nazywa się A Sunny Day In Glasgow, a nie Ballet School. Debiutancki longplay tych drugich zawodzi na każdym poziomie. Bardziej niepotrzebna rzecz od albumowej wersji ich najlepszego singla to chyba tylko poznańskie zniczomaty. Gorsze jest jednak to, że cała reszta praktycznie w ogóle mnie nie rusza. "Lux" fajne fajne, ale odkrywczego songwritingu to ja tu nie słyszę, choć motywik oczywiście wart zapętlania. Narzekać też nie zamierzam, ale trochę szkoda życia na płyty na 5.0. -K.Bartosiak
Taylor Swift to bardzo sympatyczna dziewczyna, która już kilka razy pokazała swój potencjał, ale jakoś do tej pory nie udało się jej go w pełni rozwinąć. Mocne hooki przeplatane kompozycyjnymi mieliznami, brak szczęścia do wizjonerskich produkcji, w efekcie zawsze środek skali. Ale David Rees udowadnia, że mogłoby być inaczej - "T4oube" albo "We Are Never Ever Getting Girl/Boygether" nie tracą nic z radiowości oryginałów, a zaczynają przy tym brzmieć niczym futurystyczne produkcje z PC Music, zaś "Twengerbibbytwo" ze swoim post-ironicznym sznytem z pewnością dałby radę podbić parkiety w hipsterskich lokalach. Spojrzenie na ten mashupowy eksperyment z drugiej strony jest równie ciekawe - oto okazuje się, że Aphex Twin wcale nie jest taki wymagający i trudno przyswajalny, jak go malują, a w jego szaleństwach drzemie ekstremalnie zażerający pop. Oby więcej tak odkrywczych zestawień! -K,Michalak
Mike Scheidt zbudował swoją karierę na klarownych pryncypiach. W muzyce Yob brak jakiejś brzmieniowej wolty, utwory przesuwają się w tempie glacieru, wyciskając ze sluge/ doom metalu całą jego zastygłą i medytacyjną esencję. Proste zasady. Mimo to, zespół, który zaczynał pod wyraźnym wpływem Sleep, sam cieszy się dziś estymą, jaką mogą się poszczycić może dwie, trzy inne ekipy. To wcale niejednoznaczny status legend z początków czasu, który mimowolnie uchwycił Tom Breihan ze Stereogum: "The band has been making music like this for a long time, and they’ve got six albums to their name — albums that I always kept in the mental >>that sounds cool, I’ll check that out<< file and then never got around to checking out". Cóż, lepiej sprawdź je sobie, kolego, bo przecież, choć nowa płyta to czołówka w rankingu wagi ciężkiej, to i tak nie ma startu do Elaborations Of Carbon i jego najntisowych wycieczek, gdzie Scheidt śpiewa miejscami jak Perry Farrell albo do monolitycznego Catharsis, który właściwie zdefiniował brzmienie grupy na lata. I teraz już nie wiem: czy muzyka Yob jest tak dobra, bo zespół gra według niezmiennego przepisu i dosyć ściśle się go trzyma, czy po prostu nadal utrwala na tym polu własne reguły gry. -W.Kowalski