Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
1080p wciąż dostarcza dobry kontent. Sam Beatch i Sebastian Davidson nagrali kasetę, na której pałaszują wszelkie odmiany technoidalnej materii. Precyzyjniej rzecz ujmując, ich Rubber Sole (śmieszny tytuł swoją drogą), to patchwork peryferyjnego techno ("bb"), parkietowego house'u ("Guu Yuu"), kojącego minimalu ("Sheffie"), umiarkowanie eksperymentalnej elektroniki (Restate), delikatnego, laboratoryjnego ambientu ("TRSX Moon"), czy klikowego cykania ("Future Goner"). Wachlarz interesujący, sztuką jest połączenie tego w jedną zgrabną całość. Duetowi Neu Balance się udaje, bo same tylko barwy dźwięków w spokojnym "Better Off Alone" świadczą o dobrym smaku i znajomości tematu. Najlepiej poszło kolesiom przy dance'owym edicie "Restate", gdzie ze sci-fi'owej powłoki wyszyli microhouse'ową serwetkę, dość wyraźnie wzorując się na technice Farbena. Także zachęcam do sprawdzenia tego, jak i kolejnych wydawnictw labelu Richarda McFarlane'a, bo zawsze jest co najmniej ciekawie, a często, tak jak w przypadku Rubber Sole, świetnie. –T.Skowyra
Singiel "End Of The Night", który przybliżał niedawno Wojtek w Singlowych Rekomendacjach, był na tyle świetną zapowiedzią, że na styczniowy debiut brooklińskiej formacji Phony PPL czekałem dość mocno. I choć składowi nie udało się utrzymać wysokiego poziomu przez całą jego długość, to i tak ekipa trzyma fason. Spodziewałem się nieco więcej przebojowego funku w duchu Jamiroquai, a dostałem rzecz odwołującą się do stonowanego Stevie Wondera, Foreigh Exchange i tego typu grania. I fajnie, melodyjki i pady w "Smoke To Get Sober", oldschool i organiczny sznyt "Take A Chance", symbioza jazzowej eteryczności i rockowego romantyzmu (przesadnego, przyznaję) w "So Much Better", czy rozbudowany, wysublimowany jam "Compromise" — to wszystko świetne momenty. Jest tego więcej, bo smyczki w "Heldze" dziwnym trafem przypominają o Sunchild Thiefa, a "Rexer" momentami wskrzesza słynny "Childern Of Sanchez" Chucka Mangione. Szkoda tylko, że PPL nie postawili akcentu na zażerające refreny (weźmy chociażby "Statue Of Liberty" — zajebisty vibe, można tu zdziałać cuda, a wyszło co najwyżej średnio, bo numer nie miał z czego "odlecieć"), bo wyraźnie tego brakuje na Yesterday's Tomorrow. Gdyby to uwzględnić i nieco bardziej skondensować materiał (mimo wszystko trochę zbyt rozwlekły), wyszedłby prawdziwy sztos na miarę Authenticity powiedzmy. Także na razie zachwyty muszę odłożyć przynajmniej do sofomora, ale i tak jest czego słuchać i do czego wracać, więc tak czy inaczej mamy wygryw. –T.Skowyra
Dwóch artystów związanych z szeroko pojętą sceną eksperymentalną postanowiło nagrać ni to hołd dla wczesnego, ulicznego hip hopu z polskich blokowisk, ni to pastiszową beczkę z czasów i środowisk minionych. Tyle planów, a jaki jest finalny efekt? Piernikowski brzmi jak Eldo parodiujący Bąkowskiego z Niwei, a Etamski jak lo-fi Szczęsny z Niwei parodiujący chłopaczków z Małych Miast, czyli kolejny galeryjny alt-rap do kolekcji. –K.Michalak
Ostatni raz tak zajebiście niewymuszonego, bezpretensjonalnego typa słuchałem w dniu premiery... <tu miał być spoiler>. Nie no, oczywiście najprostszym, a jednocześnie leżącym najbliżej prawdy punktem odniesienia dla zachwytów nad mikstejpem Tuta jest Cilvia Demo EP. I wiem, wiem, taka analogia może wydawać się na pierwszy rzut oka mało odkrywcza, no bo przecież mówimy o dwóch chłopakach wywodzących się z Atlanty, dwóch zajebiście dobrych ziomkach w muzyce i na co dzień. Nic jednak nie pradzę na to, że odpalam dowolny bit z pierwszej części Preacher's Son i słyszę IDENTYCZNE, warunkowane stosunkiem 1:1 patenty, którymi czarowały i stopniowo rozkochiwały w sobie moje poczucie estetyki podkłady na ubiegłorocznej EP-ce Rashada. Mocne werble wspomagane raz po raz saksofonem, przenikające się zmysłowe wokale soulowych wokalistek, nawet większość motywów melancholijnego, nienachalnie pobrzmiewającego w tle pianina przywołują obraz atmosfery debiutu Rashada i, wbrew pozorom, nie powiedziałbym, że tak wysoko postawiona poprzeczka działa na niekorzyść Tuta. Podsumowując: choć rap do tej pory nie dostarczył słuchaczom jakiejś spektakularnie dużej ilości fajnego materiału, to i tak nie przeszkadza mi to wyróżnić Preacher's Son pisząc, że na tę chwilę jest to dla mnie najbardziej wciągający materiał roku, bardziej nawet niż Drake czy Lupe. Warto dać szansę, zapewniam. –R.Marek
Spadkobiercy szkoły dysonansu spod znaku Jesus and Mary Chain na Transfixiation nie sprostali pokładanym w nich nadziejom. Owszem, skroili naprawdę solidne, doskonale przylegające do siebie gitarowe ściany hałasu oraz nagrali melodie dokładnie z pogranicza podręcznikowego shoegaze’u, goth rocka i garażowego noise’u, które strawi prawdopodobnie każde ucho (zaznaczmy tutaj, że przymiotnik "lekkostrawny" nie był najczęściej używanym do opisu ich twórczości epitetem), doprawiając je stricte punkowymi perkusyjnymi blastami, ale zabrakło polotu. Słuchając czwartego studyjnego albumu A Place To Bury Strangers trudno wyzbyć się wrażenia, że momentami można było docisnąć pedał do podłogi jeszcze mocniej, puszczając przy tym wodze fantazji i kierując w stronę najlepszych bangerowych odjazdów towarzyszących dotychczasowemu opus magnum trampkarzy z Brooklynu – Exploding Head. Za grzecznie i zbyt zachowawczo, by zapracować na plusa, ale pamiętajmy, że to wciąż fajne, rytmiczne piosenki, o które w tej konwencji w 2015 roku raczej nie będzie łatwo (patrząc na kalendarium zapowiedzianych premier), a ich koncerty zapewniają niezapomniane, euforyczne doznania. –W.Tyczka
Przewrotność historii życia dwójki braci pokazuje, że jeśli naprawdę się chce, to jednak można. Swego czasu ponoć bezdomni próbujący wedrzeć się do szerszej świadomości za pomocą filmików wrzucanych na YT, dziś autorzy kilku totalnie nośnych hiciorów, które bez problemu jesteś w stanie z miejsca zanucić ty, ty i ty. Najsilniejszą bronią debiutu Sremmurdów są naturalnie bity – większość utworów została wyprodukowana przez takiego jednego kolesia o ksywce Mike WiLL Made-It, a że Mike słabych bitów nie ma w zwyczaju dawać, ba, na tym etapie żadnym faux pas nie będzie mówienie w jego kontekście o podium w klasyfikacji mainstreamowych producentów obecnej dekady, to i tutaj nie było opcji, żeby zawiódł. Poza singlowymi pozycjami (jeżeli ktoś jakimś cudem nie słyszał, to niech pod żadnym pozorem nie odpala "No Type" – obrzydliwie zaraźliwe ścierwo z ósemkowym refrenem) na szczególną uwagę zasługują jeszcze: ostatni indeks, czyli beztrosko kretyńskie "Safe Sex Pay Checks" oraz rapowana quasi-ballada w postaci "This Could Be Us". Naprawdę ciężko przewidzieć, jak potoczy się dalsza kariera tego duetu, jedno jest jednak jasne – choć "SremmLife" nie będzie okupować końcoworocznych rankingów, to z pewnością stanowi bardzo ciekawą zapowiedź dalszych poczynań chłopaków. –R.Marek
Nie wiem wielu rzeczy, ale wiem czym jest zabawa. Lawd Forgive Me to zabawa. Max McFerren, jeden z reprezentantów internetowego labelu 1080p dostarcza nam kolejną porcję kasetowego wygrzewu i przy pomocy swojego komputera oraz niczym nieskrępowanej wolności twórczej serwuje szaloną przejażdżkę przez najróżniejsze muzyczne pejzaże. Całkowicie nieprawdziwe są pogłoski o domniemanej nieprzystawalności soundu McFerrena do stylistyki wytwórni – ta czystość, wręcz suchość dźwięku, szczególnie zestawiona z brakiem spójności i dbałości o brzmienie jest bardzo lo-fi. Oczywiście w rozumieniu post-ironic (hehe). Na przykład ten patent z agresywnym cięciem wokali wstępujący kilkukrotnie na płycie. Wiele można by o nim powiedzieć, ale na pewno nie to, że brzmi profesjonalnie. Zresztą przez całą długość materiału czuć, że taki właśnie był zamiar i to jest fajne. A jak się broni sama muzyka? Czasem jest irytująco (" Lifeswork"), czasem nudno ("Acid"), czasem kozacko ("What Justifiable Confidence!"), a czasem klasycznie (closer) i mimo wielu mankamentów wrażenie po słuchaniu pozostaje dobre. Naprawdę dobre. –A. Barszczak
Gdy przy okazji wzmianki o poprzedniej EP-ce Andy’ego Smitha zachęcałem do obserwowania jego poczynań, nie spodziewałem się, że profity będą tak duże. Nowa propozycja londyńczyka pod banderą Greco-Roman ukazuje go wymykającego się wiecznym porównaniom do Disclosure i zawieszonego faktycznie "into the everywhere", z symptomatyczną dla siebie nerwowością wplatającego do house’owych struktur liczne elementy z peryferiów rozmaitych gatunków – od hiperpobudliwych jungle’owych pętelek po zamglone ambientowe tła. Centralnym punktem wydawnictwa jest nagrany z Deptford Gothem na wokalu "Square 1", zachwycający przede wszystkim świetnym, automatycznie wrzynającym się do głowy refrenem i będący najjaśniejszym punktem EP-ki, choć polecam przesłuchać ją w całości. Za gęstą, deep-house'ową ścianą dźwięku Smith przemycił bowiem mnóstwo pstrokatych, chwytliwych motywików i ogromne zasoby ciepła. Co ciekawe, w wywiadach zapowiada, że w najbliższych miesiącach ma zamiar nieco wyszczuplić swoje nagrania i skupić się na znacznie bardziej wymagających, minimalistycznych formach. Przy tekstualnym bogactwie Into The Everywhere oznacza to zwrot o sto osiemdziesiąt stopni; z ciekawością czekam więc na rozwój wydarzeń. -W.Chełmecki
Kto spodziewał się doznać na Hyperview więcej violent pop punku i post-hardcore’u, tego niestety rozczaruję – obejdzie się bez pięści w moshpitcie. Zamiast agresywnych gitar i wyrazistego wokalu kojarzonego z początkami działalności kapeli, na tę chwilę przychodzi nam zmierzyć się z ich niemrawą, gazingującą odsłoną wspieraną eksploatowanym dziś przez setki grup (aż do porzygania) rozmytym dreamy wokalem. Próżno szukać bardziej statystycznego i osowiałego kawałka wśród wszystkich dotychczas zarejestrowanych nagrań zespołu, niż pierwszy singiel z płyty – "Chlorine". Jamie Rhoden szczerze moduluje ku chwale lat ubiegłych tylko w najlepszym "Rose of Sharon", gdzie szczątkowo słychać tę charakterystyczną surowość Title Fight. Eksperymenty stylistyczne mające docelowo poszerzyć grono odbiorców, na gruncie muzycznym zdecydowanie im nie służą, dlatego kciuk w dół – bezdyskusyjny zwód. Chyba, że w 2014 lubiłaś/eś hasać do przeciętnych Cheatahs oraz grałaś/eś w bierki przy Nothing. –W.Tyczka
Kanadyjski producent i DJ Ryan Hemsworth powołał do życia swój netlabel Secret Songs już dobrych kilka miesięcy temu, ale wciąż brakowało mu dużego nie–singlowego debiutu. Puszczona w eter i udostępniona do nieodpłatnego pobrania EP–ka autorstwa Leno Lovecrafta zdaje się perfekcyjnie wypełniać tę lukę. Platinum Planet wciąż nadaje na tych samych częstotliwościach, na jakich grały poprzednie extended playe nowozelandczyka, czyli raz jeszcze maluje taneczną muzykę elektroniczną wykorzystując całą paletę najcieplejszych jej barw. Emocje w High Definition oraz holograficzne wodospady konstruuje sięgając po pitchowane na j–popowy wzór wokalizy (pozdro Manicure Records, szkoda, że idziecie w bubblegum bass), chiptune’owy pop, a momentami nawet skandynawskie przestrzenne disco. Słuchajcie tych cukierków na PC, oglądajcie w 1080p. –W.Tyczka