Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Do zeszłorocznej EP-ki Calm Down, Alison Wonderland dorzuca debiutanckiego długograja. I w zasadzie niewiele się zmieniło, bo album kontynuuje tropy (czy raczej trapy) poruszone właśnie na wydawnictwie z ubiegłego roku. A są to pełne potężnego basu i równie potężnych dropów trapowo-popowe (słychać zarówno Rustiego, jak i Katy B) bangery brzmiące całkiem świeżo i zachęcająco (nawet Wayne Coyne i Lido nie odmówili sobie wspomożenia Alison swoimi umiejętnościami). I choć czasem ciężko odróżnić jeden kawałek od drugiego i brakuje tu wyrazistych highlightów (najlepszym w zestawie jest chyba "Take It To Reality"), to i tak nie nudzę się podczas słuchania Run. A takie osiągnięcie w 2015 roku zdecydowanie jest warte propsowania. −T.Skowyra
Pamiętacie "Pass The Pain"? Autor tego kawałka – Niall Galvin – właśnie wydał album, który nie oddala się zbytnio od formuły przyjętej na zeszłorocznym singlu. W większości są to piosenki bazujące na chwytliwych i powtarzanych wielokrotnie temacikach, które razem z budującymi narrację quasi-rapowymi wstawkami i nonszalancko przygrywającymi gitarami tworzą w mojej głowie obraz opalającego się na leżaku młodzieńca, który, trzymając w ręku butelkę piwa, od niechcenia zapodaje kolejne linijki. Odmienne klimaty pojawiają się na bardziej neurotycznym "Petals" czy też na przedostatnim indeksie, którego główny motyw przypomina trochę twórczość Changes. Ważne jednak, że brak wyraźnie słabszych momentów i, jeśli miałbym określić całą płytę jednym słowem, to byłby to przymiotnik "słuchalny". Nie jest to bowiem muzyka, która wymaga odizolowania się od wszelkich rozpraszających bodźców i pełnego skupienia na dźwiękach, ale słuchana w drodze na uczelnię czy podczas SURFOWANIA po internecie sprawdza się bardzo dobrze i pozostawia we mnie wrażenie, że spokojnie mógłbym do niej wrócić chociażby za rok, otrzymując podobną dawkę przyjemności. –P. Ejsmont
Zrozummy się źle. Czuję się trochę jak Pierce Hawthorne na studenckiej imprezie przebrany za Beastmastera, ale ten właściwie debiut Ranger to jakiś piracki VHS z osiedlowej wypożyczalni, gdzie od początku przez japońskie bajki przebija nagrane wcześniej porno. Albo jak skatowana kaseta przegrana od kumpla, co tak się starła, że Dave Mustaine gra tu nagle jakiś atomowy speed metal, rozbijając stare Passaty na drodze gniewu. Jaram się każdą przebitką tych staroci, każdym thrash-trash łomotem w stylu niemieckich dewiacji, a przy maidenowskich wykończeniach "Defcon 1" czy "Black Circle" nawet dziewiczo się rumienię. Dziwnym nie jest. –W.Kowalski
Przejście z 100% Silk do labelu Matthew Deara oraz wożenie się po niemieckich klubach zaowocowały zdecydowanym przesunięciem się muzyki Fort Romeau w bardziej mroczne klimaty. Stąd też Insides porusza się w surowej stylistyce progresywnego house’u, przeciwstawnej do bardzo cielesnego charakteru debiutu. Zahaczające o generyczność, lecz pomimo to bardzo szykowne, szkieletowe beaty, dopełniane ciepłym samplem kobiecego wokalu, ustępują na drugim albumie skrzętnie projektowanym, spirytualistycznym wycieczkom. Insides jest bardzo pewnym siebie i świeżym hołdem dla m.in. muzyki kosmische czy klasyków katarktycznego house’u jak Orbital i Underworld. Momentami zahacza o microhouse (“Cloche”) czy przedostatniego Lone’a. Modne obecnie granie. Osobiście tęsknię za zmysłowym obliczem Fort Romeau, jednak gdy Mike Greene serwuje takie kinetyczne bomby jak “Insides” czy “Lately”, w których niepokojąco dobrze stapia i roztapia plumkające i chroboczące na analogowych synthach faktury dźwięków, nie będę się oszukiwać, że nie jest to, jak mawiają Brytyjczycy, moja filiżanka herbaty. –I.Czekirda
Przy okazji "Gone" Tomek namawiał do śledzenia Snakehips i najpilniejsi adepci porcysowego stylu życia pewnie już wiedzą, że było warto. Dość powiedzieć, że wspomniany singiel mógłby być miejsko zorientowaną odpowiedzią na Jessy Lanzę, a "Overtime" brzmi jak znacznie bardziej mechaniczna i brutalna, zaśpiewana ze ściśniętym gardłem wersja "Giving It All" Bondax. Pozostałe kawałki wcale nie odstają i w efekcie synth-funkujące r&b Forever (Pt.II) to świetnie wykorzystane 15 minut i istna pigułka na stres. Lubicie Chloe Martini, Tony Betties, The Internet i Lone? Polubicie również tę EP-kę. –W.Chełmecki
Słuchanie Jlin nie należy do najprostszych czynności. Reprezentantka Planet Mu swoim debiutanckim albumem rzuciła wyzwanie wszystkim miłośnikom footworków. W niecałych 40 minutach i 11 kawałkach wywróciła formułę tego gatunku, biorąc z niego skomplikowane i gęste struktury rytmiczne, a usuwając całe ciepło, przebojowość i lekkość, przez co porównywanie jej do Rashada jest mocno nie na miejscu. Wszystkie utwory oparte są na podobnej formule: wściekle atakują słuchacza kaskadą dźwięków, nie rekompensując tej przemocy melodią. Narlei całe szczęście nie udaje, że to motywy mają grać pierwszoplanową rolę w jej muzyce i w zamian oferuje całe spektrum kłujących, industrialnych repetycji. Album rzeczywiście brzmi futurystycznie i świeżo, czego oznaką może być to, że nie potrafię nazwać atmosfery, jaka tutaj panuje, przy jednoczesnym wyraźnym odczuciu, że jednak jakaś ściśle określona unosi się nad nagraniem. Choć to płyta bardzo frapująca i ciekawa, jest niestety bardzo męcząca i na pewno dobrze zrobiłoby jej większe zróżnicowanie intensywności i dynamiki poszczególnych indeksów. Niemniej jednak – dobre gówno. –A.Barszczak
Andrew Hung postanowił nie być gorszym od Blanck Massa, swojego kompana z Fuck Buttons, i zdecydował się wydać pierwszy sygnowany własnym imieniem i nazwiskiem materiał. Abstrakcyjna debiutancka EP-ka Rave Cave popełniona jest niemal w całości na przenośnej konsoli do gier Nintendo Game Boy i doskonale koresponduje z niedawno publikowaną przez nas bitową propozycją na poniedziałkowy wieczór. To mezalians rozczłonkowanej brytyjskiej elektroniki z nostalgią prymitywnego chiptune’u w nieco bardziej pesymistycznym, mniej cukierkowym (aczkolwiek wciąż silnie dyskotekowym) wydaniu niż absolutny faworyt początku tego roku w pokrewnych dźwiękowych kombinacjach – Leno Lovecraft. –W.Tyczka
Jeżeli Nils Frahm nie gra akurat szczotką do toalet na strunach pianina, to prawdopodobnie forsuje właśnie wzniosłe idee jak wczorajszy dziewiczy Piano Day. Celebrowaniu nowopowstałego autorskiego święta towarzyszyła niespodziewana premiera darmowego albumu artysty – ośmiu impresji składających się na długogrające Solo. I choć nie jest to krążek wybitny, a raczej miejscami bliżej mu do beznamiętnych urywków kompozycji Frahma z czasów złamanego kciuka (Screws) niż przepychu i gracji choćby Wintermusik (nie wliczając frapującego post-minimalismu w najbardziej wyrazistym "Wall" i rozbudowanego "Four Hands"), to wspomnieć o jego istnieniu warto. Bo zadeklarowany fan znajdzie tu kilka kojących sekwencji, a każdy zorientowany sceptyk wpisze w kajet, że za tym wszystkim kryje się jeszcze coś większego – chęć zebrania funduszy na zrealizowanie projektu instrumentu Klavins M450, na którego pobratymcu Solo zostało zrealizowane oraz Piano Day Berlin Festival w 2017 roku mający być ukoronowaniem całego przedsięwzięcia. –W.Tyczka
Już pierwszy riff na ich trzeciej EP-ce zdaje się krzyczeć, że Cheatahs po świetnym longplayu ani myślą łapać zadyszki. Sunne prezentuje zespół od każdej strony. W tytułowym "Londyńczycy" próbują skumać elbrechtowską myśl melodyczną, w "Campus" łapią noise za ryj i bawią się w namiętne uwarstwianie faktur, a punkgaze’ujący "No Drones" ujawnia przed nimi korzyści płynące ze szczypty nonszalancji. "Controller" brzmi z kolei jak zwieńczenie, efekt finalny i mix tych poszukiwań, zdany na piątkę egzamin zawodowy z shoegaze’u, dlatego dziwię się, że nie wylądował na ostatniej pozycji tracklisty. Być może miejscami kciuk chce odrobinę odgiąć się w bok, w stronę przeciętności, ale ostatecznie warto dać szansę. –W.Chełmecki
Nie bójmy się użyć tego słowa: pochodzący z Londynu Chris Ward, który ukrywa się pod pseudonimem Tropics to taka lepsza wersja Cheta Fakera. Zaznaczę jednak, że nie jest to bazowanie na hipsterskim looku czy tak zwanym "klimacie”, ale głównie na subtelnych i wyważonych kompozycyjnie utworach, choć przywołany wcześniej "klimat” też się znajdzie. "Rapture” jest co prawda ewidentną zrzynką z drugiego albumu Toro Y Moi, ale za drzwiami sypialni Warda czeka na nas wciąż wiele dobra. "Hunger”, "Indigo”, "Kwiat” czy "Home & Consonance” to świetne, podlane czułą melancholią kompozycje, które w zderzeniu z bedroom popem Shy Girls czy alt r&b braci Aged nie stoją na straconej pozycji. Jeśli nie macie pomysłu na wieczorny soundtrack, to bierzcie Blame w ciemno, mówię wam. -J.Marczuk