Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Srogo się zawiodłem tym albumem. Brawurowe melodie "Swirl" zapowiadały rzeczy wielkie w shoegaze’owej skali roku, a tymczasem mam wrażenie, że Szwedzi na tym półgodzinnym krążku grają w kółko jedną piosenkę i to na dodatek umiarkowanie lotną. Wciąż te same progresje, wciąż te same twee-popowe hooki nudzące się po jednym odsłuchu i kupa energii, która nie znalazła dla siebie kupy pomysłów. Wiadomo – w kilku miejscach ("0700", "Dishwasher") chce się rzec "fajne", ale w ogólnym rozrachunku nie ma tu nic nadzwyczajnego i ostatecznie po Last Forever pozostanie mi jedynie promujący singiel i nieprzyjemne uczucie goryczy w ustach. –W.Chełmecki
Tak o płycie piszą jej autorzy: "metaphorical narrative of the life of a girl who ages slow as mountains". W rzeczywistości: czterdziestominutowy festiwal repetycyjnego minimalizmu, rozkładające się na dęciakach i skrzypcach dziedzictwo Arvo Pärta. Colin Stetson nie ima się projektów wątpliwej jakości już od ponad siedmiu lat, kiedy to ukazał światu pierwszą część świetnej trylogii New History Warfare, a Sarah Neufeld (związana z Arcade Fire) od pewnego czasu żyje z neopoważką w takiej symbiozie, że to prostu nie miało prawa nie wypalić. Never Were The Way She Was nagrano "na raz", w trakcie jednej sesji i zdecydowanie warto polecić ten krążek tym, którzy ubóstwiają nie nazbyt skomplikowaną, urzekającą nastrojowością polirytmię. –W.Tyczka
Na froncie polskich minilabeli z muzyką eksperymentalną bez zmian: ferment nadal trwa. W marcu wystartowała Pointless Geometry – wytwórnia założona przez ekipę Trzeciej Fali, by szerzyć ducha kaset VHS. Ziomki mają rękę wyćwiczoną w selekcji, bo FOQL, IXORA (wspólne siły Micromelancolié & Gaap Kvlt) czy WIDT (którego wydawnictwo nadchodzi) to zdecydowanie uznane nazwy. Black Market Goods znakomicie spełnia się w roli pierwszej kasety z PG. Mocno łódzkie w duchu kompozycje są wypełnione motoryką mojego miasta, ale dzięki samplom i lekkości w ich układaniu całość nie przytłacza. Zwykle bywa inaczej (co też ma swój urok), dlatego warto sprawdzić i obserwować dalsze działania! –R.Gawroński
"Wystarczająco dużo, by tytuł 3 LP nie był spolszczeniem" pisał Łukasz Łachecki przy okazji drugiego długograja Venoma. Niestety się nie udało. Ale co my mamy z czwartym legalem? Klaud N9jn? Sorry, ale nie tak miało być V. Co z tego, że pod względem technicznym nadal jesteś w czołówce kraju, że ogarniasz i wciąż masz chyba najświeższe brzmienie w Polsce, nawet przerywając ProPejnowską hegemonię rewelacyjnego SoDrumatica ("Kupiłem bit od SoDrumatica za półtora koła, przebij!" Hmm.), bez obniżenia poziomu produkcji? No nic z tego, bo gdy wszystko na papierze wygląda rewelacyjnie, w rzeczywistości zwyczajnie nie porywa. I to nie jest tak, że coś się mocno zmieniło – jeżeli ktoś trawi styl tego gościa (np. ja), to nie powinien poczuć się specjalnie rozczarowany płytką. Wojtek Sawicki napisał mi: "podwójne, potrójne, ale to nie to", a mi pozostaje przytaknąć i powiedzieć otóż to. Jednak cały czas po cichu liczę, że najlepsza rzecz VNMa dopiero na nas czeka, czego Wam, Tomkowi i sobie życzę. –A.Barszczak
Pohukiwania sowy, dzwony bijące na powitanie mglistej wiosny, ruiny opactwa Valle Crucis – wszystko to pozornie kuglarskie sztuczki, które dobrze wpisują się w kaskadyjsko-pogański krajobraz wrzosowisk, druidów, lasów starszych niż ludzkość i jeszcze starszych widm. Tymczasem Obsequiae kolejny raz unikają typowej błazenady, znać w gościach pojętnych terminatorów, którzy zainteresowanie medieval folkiem i minstrelskim szansonem potrafią wpleść w swój rzemieślniczo zręczny black. Od czasów Agalloch nie było w tych puszczach takich hooków. Oprócz dawnego Alcest nikt też na tym polu nie nawiązał tak udanie do klimatu prowansalskich wagabundów. To herbowy płyta, która może być czymś więcej niż świetnym podkładem do zabijania smoków i twojej codziennej gry o tron. A może być też tylko tym. I choć brak trochę na tym albumie gitarowej rycerskości poprzednika, współpraca z harfistą Vicente La Camera Mariño dodała mu w zamian anachroniczną, nietypową w tych rejonach perspektywę. Całkiem urokliwe i wdzięczne te obsekwie. –W.Kowalski
Kolejny raz (po Essa Sound…/Bóg Jest Miłością) bliźniaczy patent – dwupłytowe wydawnictwo i zauważalny dysonans pomiędzy treścią pierwszego krążka a tematyką drugiego. Mówiąc najprościej – swawolna teologia, narkotyczny messiah-rap na pierwszorzędnych bitach Matheo w wersji XXL (dosłownie). Szalikowcy szczecińskiego gracza będą wniebowzięci. Malkontentów natomiast zniechęci długość omawianego materiału, bo auto-tune'owane ćpuńskie jazdy Winicjusza to zdecydowanie nie sielskie dożynki powiatu kaliskiego. Dzisiejszy Wini to już nie ta sama charakterystyczna dla poprzednich płyt pokręcona weiningerowska mizoginia, której nie powstydziłby się sam Świntuch (w moim odczuciu Tymon zawsze stanowił dla reprezentanta Stoprocent swoistą inspirację). Teraz mamy po jednej stronie przede wszystkim bogate w metafizyczne melodeklamacje sacrum-piosenki: "Głodny Duch", "40 Dni", "Przepraszam Boże", "Proszę Cię Boże", zestawione na zasadzie kontrastu z kolejnymi dziesięcioma stricte imprezowymi bengerami, dla których słowa kluczowe to: rapujący freak-impertynent, arogancja, buńczuczność, inteligentny prymitywizm. Dodajmy do tego jeszcze kilka bombowych, nietuzinkowo złożonych indeksów traktujących o szeroko pojętej kondycji świata i egzystującego w nim społeczeństwa. Ponoć każdy mężczyzna przeżywa kryzys wieku średniego na swój sposób, ale Bartków zdecydowanie wymyka się wszelakim kategoryzacjom. Stąd jeśli kochasz tę postać, kciuk w górę. Nie przepadasz? Oczywisty minus. Z mojej strony ten pozbawiony ryzyka osądu złoty środek. –W.Tyczka
Kolejna odsłona współczesnej poszukującej elektroniki w wykonaniu Lotica jest produktem znacznie ciekawszym, niż może się wydawać za pierwszym przesłuchaniem. Szczególnie gdy weźmie się pod uwagę, że otwierający tę EP-kę "Suspension" zwiastuje raczej ciężką muzyczną rzeźnię. Utwory różnią się jednak od siebie dość znacznie mimo koherentnego brzmienia całego wydawnictwa. Moim ulubionym w zestawie pozostaje "Slay" – ciężko zawiesisty, rozpływający się w dźwiękowej magmie kontrowanej industrialnym pierdzeniem twór o trudnej do zdefiniowania atmosferze. Z każdym przesłuchaniem Heterocetera, zamiast nudzić, intryguje coraz bardziej i zyskuje w moich oczach, co jest czymś raczej rzadkim w gatunku, jaki reprezentuje, zwłaszcza że nie ma tu żadnego podparcia w postaci zaraźliwych motywów czy refrenów. Jest to więc spore osiągnięcie, a płytka zasługuje na rekomendację. –A.Barszczak
Pochodząca z Kyoto artystka to kolejne potwierdzenie programowej linii Cascine. Japonka proponuje skąpany w sennej aurze, muśnięty elektronicznym pędzelkiem i uwodzicielskim głosem, urodziwy pop. Dzięki temu pasuje do zadomowionych już w katalogu labelu Youmi Zoumy czy Eriki Spring, a jednocześnie wprowadza nowe tropy do żeńskiego indie-popu Cascine. I tak opener "Tie" lśni niczym opiłki kryształków pozostawione na plaży, "Shadow" zachęca eterycznym groove'em do wstania od komputera i pobujania się, po czym korzysta z posiłków digi-glitchu. W "Daze" słychać z kolei tęczowy post-dubstep bez wytchnienia, a całość kończy chyba najbardziej stonowany, płynący na ambientowym tle "We Can't Stop". Bardzo przyjemna rzecz, zapowiadająca całkiem ciekawe rzeczy, bo nie ukrywam, że Night Lines to jednak trochę za mało, żeby powalić. Choć oczywiście polecam z czystym sercem ten mały zbiór piosenek. –T.Skowyra
Pod tym osobliwym manifestem Benjamina J. Powera, traktującym o kruchości ludzkiego ciała, tak naprawdę kryje się mniej spektakularne i nie tak psychodelicznie rozmyte oblicze okiełznanego hałasu na modłę Fuck Buttons. Po czterech latach od solowego debiutu Blanck Mass odszedł od ambientowej konwencji na rzecz szybszych, cięższych (względem Blanck Mass) i nie tak zmiennokształtnych jak zarejestrowanych choćby na Slow Focus elektronicznych sekwencji. I choć w ogólnym rozrachunku z tegorocznych wydawnictw zdecydowanie milej słucha mi się drugiej połówki bristolskiego duetu, to Dumb Flesh zasługuje na wzmiankę na przykład ze względu na frapującą perełkę, "Detritus", kompozycję będącą w zamyśle próbą udźwiękowienia procesu rozkładu martwej materii organicznej. Cokolwiek, do cholery, to znaczy. –W.Tyczka
Na drugim albumie Henry Laufer zupełnie odstawił zmiażdżony hip-hop i r’n’b, a zaserwował więcej IDM’owych monumentów w post-rockowych barwach, wyrywając poniekąd korzeń, który pozwala mu czerpać siły witalne. Delikatne ciepło pierwszego albumu zupełnie zastygło. Kalifornijczyk z początku emocjonuje się jak M83 na Dead Cities…, potem nieco odpuszcza i coraz częściej koncentruje się na smażeniu jungle’owych bitów, kreując przy tym atmosferę zmierzającą gdzieś w kierunku BoC czy The Future Sound Of London. Smog nad Vapor City. Napisać, że robi to porządnie, to za mało. Ale pomimo tego, że TEORETYCZNIE powinienem lubić ten album i doceniam znaczną jego część, nie potrafię przywiązać się tu do czegoś na dłużej. Co zrobić. Shlohmo przesadził też trochę z długością płyty, jednak mimo wszystko to bardzo solidna robota i warto się zapoznać z jej efektami. –K. Pytel