Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
W Krakowie, gdzie pcham to gówno od paru lat, można spotkać wielu muzykujących ludzi. Pod każdym krzaczkiem piosenka, wiadomo. Mimo to, poza projektami wychodzącymi ze Stajni Sobieski, nie udało mi się w tych latach namierzyć prawdziwie obiecujących rzeczy w żadnym stylu gitarowym. Spod powierzchni składów niezłych, których nazwy szybko zapominam, nagle wyskoczył projekt, o którym jeszcze wczoraj nie wiedziałem nic poza Bandcampem, do którego przedwczoraj na fejsie zalinkował kolega. Zajawiłem się w przysłowiowy chuj pierwszym z brzegu “Reminiscences”. W roku, w którym na sceny świata powracają zreaktywowani At The Drive-In, w mieście pojawia się Stay Nowhere, którego frontman dzieli z Cedrikiem Bixler-Zavalą podobne myślenie o ekspresji wokalnej. Akurat ten numer najbardziej przechyla się w stronę emo i skojarzył mi się również z niedawno przeze mnie przesłuchiwanymi La Dispute, ale też – żeby poszukać zacniejszych odniesień – Fugazi. “Undefined”, “Fragile” i “Decadent” są już mocno podkręcone dynamiką post hardcoru, lo-fi’ową surowością, jak również chwytliwą melodyjnością. Zamykające z kolei zestaw “Don’t Lie” jest krótką balladą z tłustym przesterem.
Co do faktografii, zasadniczo mamy do czynienia z duetem na gitarę i bas, wywodzącym się z punkowych składów Whale Heart Music i W Kilku Słowach. Do niejakich Emila i Dafiego na potrzeby zarejestrowania tej demówki dołączył żywy trzeci człowiek na perkusji. Zanosi się na to, że w bliższej przyszłości usłyszymy o nich coś więcej, choć niekoniecznie będzie to podążanie w kierunku obranym na [Demo] (2014). Majaczy to ciągle w oparach tajemnicy, niemniej warto się zainteresować. –Michał Hantke
Pochodząca z Portland w stanie Oregon jazzowa kontrabasistka to niewątpliwie zdolna i utalentowana songwriterka, która w dodatku potrafi korzystać ze wspaniałych wzorców. I wcale nie świadczy o tym playlista ułożona przez Esperanzę, gdzie można znaleźć między innymi takie nazwy i nazwiska jak György Ligeti, Phillip Glass, John Cage, Urszula Dudziak czy Hiatus Kaiyote. Raczej chodzi o to, że w jej poszytych jazz-art-pop-rockiem numerach przejawia się estyma dla songwriterskich legend. Najbardziej dostrzegalna jest obecność Joni Mitchell – raz przez wzgląd na wokal Spalding (i może trochę storytelling), a dwa przez kompozycyjny krój utworów. Weźmy math-narrację o biblijnym zdrajcy "Judas", znakomity, brzmiący jak mariaż Joni i Kate Bush "Earth To Heaven" czy ślizgający się gdzieś po powierzchni stonowanych fragmentów Hail To The Thief, "Noble Nobles". Poza tym warto zrobić głośniej przy zainicjowanym glassowskim minimalizmem, trochę ociężałym "Rest In Pleasure" z kapitalnym, wybuchającym hookiem à la Charlotte Hatherley na 2:29 i przy dychotomicznej, pomykającej w zwrotkach po beatlesowsku gorączce "Elevate Or Operate".
Ale niestety nie wszystko na Emily's D+Evolution śmiga tak pięknie, bo w reszcie tracków Esperanzy trochę się gubi i momentami przesadza z popisami oraz ekspresją, stąd zamiast Joni Mitchell mamy oszczędniejszą Mars Voltę. Dlatego właśnie nie spotykamy się ze Spalding w rubryce Recenzje z notą powyżej 7.0. Nie zmienia to jednak faktu, że longplay jest solidy, a highlighty rządzą. –T.Skowyra
Ze sporym opóźnieniem Charlotte Emma Aitchison podczepia się pod sztandary PC Music. Powołała nawet do życia własny label Vroom Vroom, w którym to właśnie wypuściła swoją najnowszą EP-kę. Taki ruch, choć wydaje się odważny, uświadamia tylko, że Charli jakoś nie do końca wie, w którą stronę podążyć – przecież grała już chartsy, gitarowy pop czy coś w rodzaju cloud rapu. Vroom Vroom to jej kolejna wycieczka, do której na pewno dobrze się przygotowała (wzięła ze sobą takie postaci jak Sophie czy Hannah Diamond), ale której efekt jest daleki do porywającego. Jeszcze na wysokości openera wszystko zdaje się być interesujące: zmutowane, fakturowe wtręty udanie korespondują z niewinnym chorusikiem, tworząc toksyczny związek. Duet z gwiazdeczką PC Music w obłąkanym ecstasy party "Paradise" zdominował Sophie, ale nie wydobył z siebie niczego, co wwierciłoby się do głowy. "Trophy" sprzedaje kolejne przekombinowane struktury od Samuela Longa, a kończący całość "Secret (Shh)" sytuuje się gdzieś pomiędzy całym tym vroomowym wariactwem. No więc mój audyt o EP-ce brzmi tak: fajnie Charli, że spróbowałaś czegoś innego, ale weź się wreszcie za zajebiste numery ze sztos refrenami, okej? –T.Skowyra
Jeszcze bliżej światu nieznany producent z Kopenhagi kryjący się pod pseudonimem SIBA, wraz ze swoją debiutancką EP-ką prezentuje własne spojrzenie na... No właśnie, na co? Są tu cząstki jakichś "wonków", electro popu, czy nawet PC Music, ale wszystko podane jest tak lekko, delikatnie i bezpretensjonalnie, że nabiera to swojego własnego charakteru. Co prawda, nic na tym krótkim materiale nie zawładnęło moim umysłem, nic nie porwało w dziki taniec, ale nie zmienia to faktu, że Fruits bardzo mi się podoba, a szczególnie dwa pierwsze, wakacyjne kawałki. Poczuj owocową radość! –A.Barszczak
Wydaje mi się, że to do nieodżałowanego George’a Martina należeć by mogło puste siedzenie z okładki najnowszego albumu Quilt. Po przesłuchaniu retrospektywnego materiału nagranego przez zespół, legendarny producent pewnie nie spadłby z krzesła zachwycony innowacyjnością materiału, ale na pewno pomyślałby: "dobrze, że takie młokosy wciąż jarają się Revolverem". Nie oznacza to wcale, że Plaza to jedynie Beatlesowskie wpływy. Trzecia płyta Bostończyków sprowadza również reminiscencje power–popowych grup lat 80. Posłuchajcie sobie takiego "Searching for" – na luzie można wpleść ten utwór między numery ze Stand For Decibels, czy Afoot Let’s Active. Plaza jest jak sklep z antykami, który zdarza nam się sporadycznie odwiedzić – niektórych przedmiotów dziś byśmy nie kupili, ale fajnie czasem przyjść i tylko sobie na nie popatrzeć. –A.Kasprzycki
Ten londyński producent przypomniał o sobie w zeszłym roku bardzo przyjemnym numerem z niezalową królową Iranu – TĀLĄ, konkretnym współczesnym klubowym wygrzewem. Tegoroczna EP-ka uderza w bardziej nostalgiczne nuty i kojarzy się raczej z brzmieniem popularnym kilka lat temu – mi na przykład bardzo przywodzi to na myśl Night Slugsowe brzmienia, czy nawet nieodżałowany debiut Purity Rings. W tym wypadku nie jest to jednak w żadnym stopniu wada, każdy utwór jest godny uwagi, pełen produkcyjnego kunsztu, każdy ma rację bytu tak w pojedynkę, jak i w tym małym zestawie. Jeśli miałbym wyróżnić jeden kawałek, postawiłbym na zamykający całość "Scope", w którym najmocniej zaakcentowane są przebojowe, r'n'b akcenty. Świetna rzecz, której chce się słuchać i mam nadzieję, że na kolejne rzeczy nie będziemy musieli tak długo czekać. –A.Barszczak
Ramona Gonzalez chyba coraz bardziej chce się pozbyć łatki Ariela Pinka w wersji femme, dlatego wybrała się na randkę z Droop-E. Może to nie pierwszy raz, kiedy Nite Jewel brata się z tym raperem z Zachodniego Wybrzeża, ale akurat na tej euforycznej EP–ce zadbała o większe równouprawnienie. Więcej tutaj eterycznego wokalu Ramony, a mniej ekspansywnego rapu od Droop–E. Spotkali się gdzieś pomiędzy. Euphoria nie jest zbiorem typowych hip-hopowych czy electro–popwych kawałków. To raczej taka hybryda, choć tu jednak wszystko pasuje. Więc nie – to jednak nie hybryda, a przyjemny konglomerat. –A.Kania
Kamil Zawiślak pojawił się u nas przy okazji EP-ki Five Contemporary Songs. A że małe wydawnictwo się nam spodobało, to postanowiłem sprawdzić, co dzieje się na debiucie. I nawet nie odstraszyła mnie nazwa Nextpop, choć nie ukrywam, że jakoś jej nie ufam i jakoś jej nie kocham. No ale jak się okazuje Wait For Us ma kilka niezłych punktów. Weźmy całkiem przytomny "Break The Silence" pokazujący, że Milky mógł natknąć się na Palę i coś z tego spotkania wynieść. "Hidden" mógł powstać w oparciu o inspirację Junior Boys z It's All True (myślę o końcówce "Banana Ripple") połączoną z minimal techno. Wreszcie rozciągnięte pady w "The Only Rule" lekko ewokują Jamesa Blake'a. Te trzy tracki zwróciły moją uwagę, reszta już niespecjalnie. W pozostałych indeksach zbyt mocno na jaw wychodzą songwriterskie słabości, których nie ukryła poprawna produkcja (tytułowy, "Enough" czy "Games"), albo po prostu nie są zbyt wyraźne, więc pełnią rolę wypełniaczy. Wait For Us jest zatem płytą bez znakomitych piosenek, trochę nierówną, ale nie najgorszą. Czyli nie jest tak źle, jak przecież mogłoby być. –T.Skowyra
Brooklyński duet Washer otwiera tegoroczną stawkę zajebistego garażowego niezalu w duchu Sebadoh i Dinosaur Jr., czyli gdzieś w pół drogi między punkiem a Pavement. Czy mówimy o pixiesowym "Eyelids", bitelsowskim "This Land" czy weezerowskim "Beansy", Here Comes Washer to niespełna 30-minutowa seria popowych strzałów spod zakurzonej lo-fi przykrywki z zauważalnym odchyłem w stronę math-rocka. To dość ortodoksyjne granie, czyste mięsko bez obcych wtrąceń, ale na tyle wyraziste i intensywne, by nie zgubić się gdzieś w zalewie nieuleczalnej gitarowej przeciętności amerykańskiej DIY-dzielni. A jeżeli zastanawiacie się skąd się wzięła nazwa zespołu, intro "Got Drunk And Ate The Sun" może stanowić sporą podpowiedź. –W.Chełmecki
To być może jak na razie najpiękniejsze wydawnictwo 2016 roku. Odpowiada za nie niejaka June Moon, czyli połowa kanadyjskiego duetu Cafe Lanai. Ten ostatni projekt stawia na wychillowaną, ale wyraźnie zorientowaną tanecznie "elektronikę", natomiast Forever to muzyka duszy: snujące się niespiesznie, często statyczne, ambientowe r&b-pejzaże dopełnione zjawiskowym wokalem June. Ustaliłem trzy wokalistki, z jakimi możecie skojarzyć barwę głosu JM: FKA twigs, ta pani z Late Night Alumni i przede wszystkim Jessy Lanza. Bez wątpienia głos jest jednym z najważniejszych aspektów tych utworów, choć namalowane, wypielęgnowane, ale oszczędne tła są równie ważne.
Poznajemy Forever w sześciu odsłonach: w dostojnym "Every Second" spotykamy intymność wspomnianej już panny Barnett; w "Tonight", w mimo odczuciu, najmocniej rezonuje herbertowska narracja z okolic Around The House; "Michael" to eteryczny trip hop z akcentami w postaci fortepianowych akordów; "Heaven's Mouth" mógłby ze spokojem znaleźć się na Pull My Hair Back i wcale nie odstawałby od najlepszych momentów debiutu Lanzy; pełen delikatnej, synthowej tęsknoty "Sunset" zawiera nawet gościnny występ niezidentyfikowanego wokalisty (może Michel Brock?), ale atmosfera samotności jednak dominuje, a drugą część utworu nawiedza nawet aura Cocteau Twins; i wreszcie osadzony w wygładzonej, fenneszowskiej ilustracji closer "Tonight Is The Night" finalizuje całe Forever. Nie wiem, jak Wy, ale ja jestem oczarowany i na tym poprzestanę, bo przy takiej muzyce słowa są raczej zbędne. –T.Skowyra