Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
"Książę Toronto"? Raczej: "najbardziej amerykański gracz w Kanadzie". Ciężko bowiem wskazać drugiego takiego rapera, który przy całej tej megalomańskiej otoczce i osobliwym samozwaństwie byłby tak transparentny – nie wprowadził absolutnej żadnej innowacji na swoim podwórku. Jazz Cartier to wypadkowa południowych trapowych potheadów pokroju Travi$a Scotta, neurotycznego pop rapu z najlepszych czasów ćpającego Cudiego i jednocześnie mokry sen truskuli szukających w cloudzie uroczej toporności wczesnych dziewięćdziesiątych. I tu właśnie leży problem – recenzenci zachwycają się "elastycznością" Adamsa, a ja znajduję jego styl co najwyżej ciekawą interdyscyplinarną przejażdżką zbudowaną na podobnym do Drake'a patencie – stałej *EXCLUSIVELY* współpracy na linii producent-emce, tutaj z Lantzem. "Everybody in the states compare me to Drake / cause not many in the city can carry the weight"? Dobra typie, może w następnym odcinku, bo rok 2016 w rapie jest zbyt dobry by tracić więcej niż dwa popołudnia na nawet niezłe półprodukty (jeszcze) przeciętnego tekściarza. –W.Tyczka
Kurt Feldman nie próbuje swoją rewizytą miliony razy odkurzanych ejtisowych pop zajawek wywracać reguł zastanej gry. Designs In Rhythm, będący artefaktem żywcem wyjętym z adorowanej przez Kurta estetyki, paradoksalnie nie popada w zbutwiały posmak żerowania na uczuciu nostalgii do czasów, których nigdy nie było. W wysoce zintelektualizowanej grze dźwiękiem i konwencją tworzy raczej na starej mocno zdartej materii, alternatywną i naspidowaną wersję przeszłości w nieźle przekombinowanej i zmutowanej odsłonie (w stosunku do prostoty źródła). Klasyczne kompozycję naszpikowane połamanymi rytmami, nerdowskimi zagrywkami i syntezatorowymi krajobrazami potęgują atrakcyjność cukierkowej, ale niegłupiej melodyki, będącej w centrum dźwiękowej historii. Taka odświeżona odsłona powinna urzec słuchaczy − zarówno tych niedzielnych jak i tych bardziej zaangażowanych. −M.Kołaczyk
Fujita i Jelinek, świetny japoński wibrafonista i baron microhouse'u, mieli już okazję ze sobą współpracować – owocem tej kooperacji był album Bird, Lake, Objects. Sześć lat później spotykają się na improwizacyjnych sesjach i tym razem efektem tego artystycznego zderzenia jest Schaum. Dla mnie nie ma wątpliwości, że nad całością panuje niemiecki producent – to jego stylistyczne spektrum postrzegania dźwięków znajduje sugestywne odzwierciedlenie w odrealnionym mikro-świecie wytworzonym przez duo. Fujita wydaje się tylko dostarczycielem barw, elementów i tkanek, z których Jelinek lepi swoje charakterystyczne uniwersum. I co ciekawe, ten zawieszony w digi-czasie hologram do złudzenia przypomina kolejny, oswojony i mniej spektakularny rozdział historii znanej ze znakomitego Farben Presents James Din A4. Uwikłane w przenikające się nicie i pasma słuchowisko kusi onirycznym, baśniowym czarem, a jeśli zamknie się oczy, można wylądować w pełnym piankowych eksperymentów laboratorium na jakiejś nieodkrytej planecie w roku 2116. Są jacyś chętni na małą wycieczkę w czasie? –T.Skowyra
M.I.A. – wiadomo, cudowne dziecko multikulti. Były w jej karierze momenty świetne, lepsze i gorsze. Matangi sprzed trzech lat spotkało się raczej z mieszanymi opiniami, ale mi osobiście bardzo się podobało. Niestety teraz nie mogę powiedzieć tego samego. To w zasadzie ta sama płyta, tyle że odchudzona; pozbawiona pierdolnięcia i nośności. Słuchanie AIM to ciągłe szukanie czegoś ciekawego, jakiegoś punktu zaczepienia. Bezowocne. Ideologiczny przekaz nie ma żadnego znaczenia, jeśli nie idzie za nim ciekawa treść. M.I.A. anno Domini 2016 = wideo do "Borders". A reszta? Da się tego słuchać bez bólu, ale jeśli na Arular Maya kazałaby mi podkładać bomby, to nie miałbym już sposobności spisać tych słów, a cokolwiek chce mi teraz przekazać na AIM – mam to całkowicie w dupie. –A.Barszczak
Nasza stara znajoma wraca po 2 latach. Moje nadzieje związane z muzyką Ellis-Bextor osłabły już dawno temu, ale całkiem niezła zapowiedź najnowszego krążka trochę zaostrzyła mi apetyt. Nie żebym oczekiwał cudów na miarę "Music Gets The Best Of Me", ale spodziewałem się przyzwoitego "powrotu do korzeni" ("zagrajcie Karla Malone!!!"). Co dostajemy? W większości zestaw uczniowskich ćwiczeń piosenkowych. Całkiem energetyczny opener (piano i synthy na początku jak w "Baba O`Riley") wcale nie zdradza tego, co będzie się dziać dalej. Bo potem mamy niestety tracki trzymające się ogranych motywów ("Death Of Love", "My Puppet Heart" – tutaj nawet spoko refren), niemrawe, akustyczne ballady kontynuujące wątki Wanderlust ("Crystallise", "Hush Little Voices", "Here Comes The Rapture", "Unrequited") i można by tak wymieniać, ale po co? Jesteśmy w Krótkiej Piłce, "kciuk ci prawdę powie".
Pytanie, czy ktoś naprawdę spodziewał się po Sophie popowego albumu trzymającego tak wysoki poziom jak "przysłowiowe" Fever Kylie? Brytyjka chyba już zawsze pozostanie artystką typowo singlową, celującą w środek tarczy za pomocą max. 2-3 potencjalnych singli na płycie. Niestety nawet pod tym względem Familia prezentuje się blado. –J.Bugdol
Warto łatać dziury w naszym archiwum, szczególnie jeśli ktoś dzięki temu będzie miał okazję poznać Imperial – jeden z najciekawszych tegorocznych rap-albumów. Denzel Curry, prawdopodobnie najbardziej kompletny raper z tegorocznych freshmanów, mimo młodego wieku nie jest już nowicjuszem. Ex-członek Raider Klan na koncie ma już mnóstwo muzyki, ale dopiero tegoroczny pełnoprawny album w pełni realizuje jego potencjał.
Imperial rozbija się o arcyciekawe zestawienie niezwykle uroczych, melodyjnych i delikatnych (estetyka "cloud" się kłania) podkładów z żądnym krwi MC na mikrofonie. Od cudownego "ULT" (jeden z ulubionych rapowych singli roku), przez niemal równie dobre "Pure Enough" (od 1:47 vs. Jay Rock w "Money Trees"), nawet po nieco inne "If Tomorrow's Not Here" album płynie niebezpiecznie bezproblemowo, a dzięki odpowiedniej selekcji ani przez moment nie utyka na mieliznach. Jeśli jeszcze go nie sprawdziliście, to radzę to zmienić jak najszybciej. "Came up in this game now my idols is my rivals". Ciekawe, co na to Bedoes? –A.Barszczak
Teraz, gdy muzyka popularna stała się platformą do głoszenia wyższych idei, Elysia Crampton czuje się jak ryba w wodzie. Z godną podziwu gracją żongluje odniesieniami do patriotyzmu, rasizmu i seksualności. Nie są to jednak głęboko przemyślane manifesty, a raczej krzykliwe hasła przemaglowane przez wrażliwość widza MTV. Ideologiczny chaos podkreśla intertekstualność utworów, będących pynchonowskim zlepkiem wszystkich skarbów popkultury. Niestety, post-postmodernizm nie wypada zbyt dobrze jako narzędzie propagujące społeczną rewolucję. Być może w tym szaleństwie jest jakaś metoda, ale ja jej nie dostrzegam. –Ł.Krajnik
Jest coś wyjątkowo urzekającego w dziecięcej fantazji, z jaka napisano tę EP-kę. Mamy tu do czynienia z trzema kompozycjami, które bez cienia sarkazmu nawiązują do kosmicznego disco sprzed kilkudziesięciu lat. Słuchając skandynawskiego retrofuturyzmu przenosimy się w cudownie kiczowaty świat gwiezdnych podbojów, międzyplanetarnych pościgów i cyberiady spod znaku ZX Spectrum. Najlepsze, że nie czuć w tym wszystkim ani krzty cynizmu. To jest po prostu taki rodzaj nostalgii, który sprawić może niekłamaną frajdę.
Lindstrom, podobnie jak jego norwescy kumple, odpowiada za renesans najbardziej bezpretensjonalnej muzycznej filozofii. Apostołowie nu-disco zachęcają do zatracenia się w tańcu i przeżycia katharsis na parkiecie. Jest w tym podejściu coś z funkowego hedonizmu, ale przefiltrowanego przez euforię urwisa szalejącego na placu zabaw –Ł.Krajnik
Co tam u Rangers? Po czterech latach spędzonych w San Francisco Joe Knight powrócił do Texasu i dźwiękowym zapisem tej zmiany ma być najnowszy krążek Texas Rock Bottom. Muszę przyznać, że po świetnych Suburban Tours i Pan Am Stories kolejne albumy typa jakoś mi umknęły. Może dlatego, że od pewnego czasu pozostaje gdzieś na uboczu, w zupełnej izolacji i ta sytuacja chyba nie do końca działa na korzyść jego muzyki. Mimo to, od kiedy Rangers wypisał się z drużyny prog-popowej hauntologii, wciąż poszukuje nowych tropów i próbuje swoich sił w różnych stylistykach. Owszem, efekty nie są tak intrygujące jak w przypadku dwóch pierwszych krążków, jednak muzykowi wciąż nie brakuje pomysłów co potwierdzają utwory z Texas Rock Bottom. W założeniu są mini-suitami nawiązującymi do eksperymentów formalnych Marquee Moon i Van Dyke Parksa. Oczywiście porównania są nieco na wyrost, jednak nie można zarzucić Rangers braku umiejętności nadawania pozornie zwyczajnym piosenkom nowej jakości dzięki repetycji, ozdobnikom i modyfikacji formy.
Texas Rock Bottom określiłbym jako autorski blend wielu gatunków nad którymi unosi się duch indie rocka i americany. Mamy tutaj niełatwą do sklasyfikowania mieszankę wątków korzennego southern rocka z gitarowym indie i baroque popem ("Bored To Tears" przypominające Real Estate), akcenty psych-rockowe ("On The Way To Work") i przybrudzony power-pop ("Never Again"). Chociaż za pierwszym razem ten zestaw jakoś mnie nie powalił, to kilku przesłuchaniach zmieniłem trochę perspektywę i okazał się być growerem. Wielowątkowość tych tracków oraz ilość ciekawych momentów sprawiają, że chce się wracać. –J.Bugdol
Scott Walker to twórca, którego właściwie nie da się zdefiniować. Jego skłonność do artystycznych metamorfoz od lat dostarcza bólu głowy słuchaczom decydującym się na zwiedzanie wykreowanej przez niego dźwiękowej rzeczywistości. Najnowsze dzieło amerykańskiego muzyka oferuje nam wycieczkę do świata porażającego jeszcze większą obcością i niecodziennością niż na poprzednich płytach. Ponieważ tym razem dostajemy instrumentalną ścieżkę dźwiękową, niebezpieczna wyobraźnia autora jest poparta całkowitą abstrakcją. Brak tu tekstowego naddatku wsadzającego tę nieposkromioną wizję w ramy zrozumienia. Zamiast tego, zostajemy sam na sam niedającym się uchwycić koszmarem.
Interesujący jest również fakt, iż ta ścieżka dźwiękowa stanowi kluczowy element filmowej historii o życiu faszystowskiego dyktatora. Po chwili zastanowienia się, można dostrzec analogie między emocjami wywoływanymi przez oba dzieła. Walker zręcznie manipuluje naszymi reakcjami, skupiając się zwłaszcza na poczuciu lęku. Któż więc inny mógłby napisać nuty ilustrujące genezę społeczno-politycznego terroru? –Ł.Krajnik