Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Zastanawiałem się całkiem intensywnie jaki kształt Sport przybierze. Nie oszukujmy się – tego rodzaju muzyka zazwyczaj niezbyt dobrze znosi format pełnoprawnego albumu. Aby wyjść obronną ręką z tej sytuacji Powell nieco rozwodnił formułę i ograniczył intensywność znaną z EP-ek. Czy można mu mieć to za złe? Cóż, zdaje mi się, że dzięki takiemu zabiegowi całość jest strawna i nie przyprawia o ból głowy (a przynajmniej mnie). Brzmienie jednak dalej opiera się na sucho zdigitalizowanych bębnach i gitarowych samplach wspieranych kanciastymi syntezatorami. Łatka "industrial techno" jest o tyle prawdziwa, co myląca. Debiut londyńskiego producenta nie ma zbyt wiele wspólnego z na przykład rozdającym karty w tym roku Perc. To raczej forma specyficznego kolażu, w którym nawet typowa dla gatunku motoryka nieustannie jest cięta i miażdżona. Całościowo Sport może nie porywa tak jak "Insomniac" czy "So We Went Electric", ale dalej pozostaje ciekawą, a przede wszystkim bardzo inną propozycją dla wszystkich potrzebujących od czasu do czasu uwolnić się od melodii. Bęc. –A.Barszczak
Nie będę ukrywał i od razu na wstępie napiszę, że debiut norweskiego producenta (oczywiście pod aliasem Lido, bo już wcześniej wydawał on długograje jako LidoLido, heh) okazuje się rozczarowaniem. Nie jest to porażka na całej linii, ale mając w pamięci EP-kę I Love You oraz nagraną z Canblasterem małą płytkę Superspeed, liczyłem na kolejny rozdział wymiatania na future-bass-beatowym polu. Tymczasem Peder Losnegård nie zaskakuje właściwie niczym – jasne, realizacja wałków pierwsza klasa, doceniam trzymające poziom "Murder" z ciekawym igraniem smyczkowymi motywami czy "Crazy" przemycający ten sam ładunek chorej chwytliwości znany z wcześniejszych sztosów oraz kilka fragmentów rozsianych po Everything (rozwiązanie "Angel", środek "Catharsis"), ale większość indeksów to niestety produkcje noszące znamiona kreatywnego wypalenia. Pomijam już to, że nie spodziewałbym się po Lido takiego nudziarstwa jak "You Lost Your Keys" – kaman, ziom, kilka akordów na fortepianie nie zrobi z ciebie Jamesa Blake'a. Ostatecznie więc płytka jest zaledwie "okej" i wątpię, abym w przyszłości wracał do niej z przyjemnością. W końcu lepiej odpalić sobie "Money" albo "Superspeed". –T.Skowyra
Ta płyta to trochę taka wizyta na chacie kumpla za młodu, gdzie jego matka, perfekcyjna pani domu, w stroju jakby pichciła mete, pieczołowicie przeciera po raz piętnasty podłogę. Gdy w końcu usiądziecie, wpadnie wam do pokoju, aby zdzierając farbę przetrzeć jeszcze stół, z automatu rzucając, że ”u nas to zawsze tak brudno” (to zdanie i jego kontekst można połączyć z dominującą więzienną, depresyjną liryką). Wychodząc pozostawi jeszcze za sobą unoszący się w powietrzu zapach nienawiści zmieszanej z chlorem, związany z tym, że masz czelność naruszać to perfekcyjne sanktuarium. Tired to takie mieszkanie, z jednej strony jest tu ultra normcorowo, ładnie, czysto i przyjemnie, z drugiej mamy tutaj posmak drobnomieszczańskiej bezdusznej i zdezynfekowanej gitarowej atmosfery zabijającej jakiekolwiek życie. Wszystko irytująco na błysk, brak tu werwy, jakiejś autentycznej siły witalnej, czegokolwiek co wybiłoby całość z bycia westernową kartonową makietą filmową. Mimo tego, dla kilku naprawdę spoko szlagierów, płaczliwych ballad i świetnych shoegaze'owych momentów, w wydawnictwo z przyjemnością można się zanurzyć, wypić piwo, dwa, pogadać o życiu i wyjść spędzając bardzo miły wieczór, rzucając na pożegnanie kurtuazyjne do widzenia, zostawiając na wycieraczce trochę błota zmieszanego ze słomą. −M.Kołaczyk
czy "riki tiki"
to wciąż największy frazes o Gangu
a może... "ram pam pam"?
ale tu są całą prawdą, jakby
magnetyczną poezją zmieszaną
przez Roberta M
Popek i Borixon, kochankowie
nigdy bardziej nieprzejrzyści, żargonowi
przemierzają ulice
białej mafii
wynalazcy, surowych rymów miotacze
(Popek miażdży w "Kapitan Kox")
ale Borixon
też daje z siebie to co najgorsze: choćby w
"Kocham Cię Robaczku"
szkoda że bity bywają nudne albo
bezwładne jak na poprzednim Gangu;
"Albańskie Kakao", "Wita Was Król".
–Elvis John
W przypadku EPDM to, jaki album będzie, można wnioskować już po samej okładce: na El Perro Del Mar stylówka z makijażem a'la lata 60, na KoKoro pół karpia i strój imitujący kimono. Na świeżo wydanym longplayu Szwedka powoli odwraca się od twee-popu przetykanego synthami i zwraca w stronę szerokopojętego world music. W "Breadandbutter" czy "Ging Ging" mamy dalekowschodnie instrumentarium, w tytułowym "KoKoro" – afrykańskie stukanie w bębenek, w "A-Bun-Dance" etno flecik, aż wreszcie element europejski – czyli umiłowanie sobotnich porządków w "Clean Your Window", choć też przeplatany egzotycznymi marakasami. A, jest jeszcze jeden taki element: w "Kouign-Aman", które brzmi jak zauroczenie j-popowej wokalistki polskim bigbitem. KoKoro chyba miało wyrwać Sarę Assbring z electropopowej strefy komfortu, no i niby jest to całkiem przyjemne wyjście, ale na dłuższą metę raczej mdłe. –A.Kania
Joyce Manor to zespół, który należało zauważyć już dwa lata temu, wraz z zajebistym "Christmas Card", wraz ze świetnym Never Hungover Again. Przy okazji wydania Cody o kalifornijczykach zrobiło się głośniej, i choć dla mnie płyta ta porównań do poprzedniczki niestety nie wytrzymuje, to i tak wypada całkiem nieźle. To weezerowe w duchu granie brzmi jak swoisty punkowy pastisz, z lekko midwestowymi odchyłkami i stadionowymi, pop-punkowymi refrenami (singlowe "Fake I.D"). Cody wydaje się zbiorem dość sztampowym, ale na tyle konkretnym, że – o ile typy odwalą się od Kanye Westa – dalej będę ich obserwował. Czy coś jeszcze? Jeszcze zaryzykuję, że fani Wrens w refrenie najfajniejszego w zestawie "Make Me Dumb" mogą znaleźć coś dla siebie. –W.Chełmecki
Styczniowy casus Portera "dynamizującego" swoją kategorię był pozycją na tyle zajmującą, iż nie bez wstydu przyznaję się, że Third Law absolutnie wyparło w mojej świadomości fakt wydawniczego powrotu zza światów innego zawodnika ze stajni Subtext – Paula Jebanasama. A skrępowanie spowodowane wyżej opisaną sytuacją jest tym większe, im częściej uświadamiam sobie o ile "do przodu" w kontekście muzycznego porządkowania orbitalnego świata poszedł Jabba w stosunku do swojego pobratymca.
Autor Continuum z jednej strony zrezygnował z krótkich sekwencji post-industrialnego, agresywnego efekciarstwa na rzecz figur rozwleklejszych, pasażowych – abstrakcyjnie "rozlanych", a z drugiej postanowił nadawać na częstotliwościach bliskich IDM-owym eksperymentom rytmicznym. Pomimo doboru narzędzi w gronie producenckim powszechnych, Jebanasam uzyskał efekt dużo większej przejrzystości, uporządkowania i spójności nagrania, za który w moim odczuciu odpowiada zupełnie pozamuzyczny factor – najzwyklejsze wyczucie. Ale nie ślepy strzał głupca i zaskakująco pozytywny w swych skutkach wypadek przy pracy, gdyż datowane na rok 2013 Rites już przekazywało za pośrednictwem klawiszy pewną MYŚL, a w rozważny sposób zaplanowany stosunek hałasu do bezkresnych pętli i – wreszcie – do minutowego wymiaru całej płyty. Wydaje się więc, że power-ambientowy ruch posiadł nareszcie pozycję równie uniwersalną, co w pewnym stopniu definiującą, która stanowić może doskonały punkt wyjścia dla wszystkich producentów gotowych eksperymentować z tą formą. Pytanie tylko, kiedy z coraz odważniej ożywianych dźwiękowych plam uformują się monolityczne i rytmiczne konstrukcje, i czy historia zatoczy koło – wrócimy do beatowego punktu wyjścia? –W.Tyczka
Travis Stewart na swoim kolejnym albumie uwalnia się od miejskiego footworku, którym tętniły jego dwa poprzednie długograje. Tym razem bierze na warsztat nieco pogodniejszy odłam współczesnej elektroniki. Praktycznie wszystkie indeksy eksplorują kolorowe, plastikowe wonky, które kojarzy mi się ze świetnym debiutem Rustiego. Pomimo warsztatowej sprawności większość materiału zupełnie nie porywa. Brakuje mu nieco energii, mocy, wszystko zdaje się wyssane z sił. Najskuteczniej z zestawu przeciwstawia się temu twierdzeniu "Dos Puertas" – trapowy banger z pociętymi wokalami i warstwami synthów. Cała reszta, mimo że przyjemna, mnie nie przekonuje. Ostatecznie Human Energy to solidna płyta dostarczająca sporo frajdy, ale jednocześnie duże rozczarowanie (zwłaszcza biorąc pod uwagę rewelacyjny set na tegorocznym OFF Festivalu) i rzecz, do której już raczej nie wrócę. –A.Barszczak
Na debiutanckim longplayu Francis and the Lights Prince bierze na warsztat "Owner Of A Lonely Heart" Yes (fenomenalne "I Want You To Shake"), Phil Collins przybija piątala panom z Rhye (kojące "May I Have This Dance"), a 4AD-owskie synthy wkraczają na teren sypialnianego r&b (lukrowe "See Her Out (Thats Just Lie)"). Wszystko to odbywa się w głowie nadwrażliwca ery digitalizacji, wyraźnie zajawionego zarówno Jamesem Blakiem, jak i Kanye Westem, stąd sporo tu sterylnej produkcji i wycieczek w stronę minimalizmu. Starlite mógł co prawda wyciągnąć z tych kruchych, rozpadających się około-piosenek znacznie więcej, ale i tak zasłużył sobie na – choćby i nieśmiały – kciuk w górę. –W.Chełmecki
Piosenkowy etap Jack Latham ma już chyba za sobą, ale nie znaczy to, że wraca do brzmienia znanego z na przykład Classical Curves. Na tegorocznym mixtejpie oddaje się cięższej, bardziej agresywnej tkance dźwiękowej, nie rezygnując jednocześnie z wplatania gdzieniegdzie swoich wokali i unurzania całości w specyficznej mgle. Pierwsze trzy utwory brzmią jak logiczna kontynuacja Dream A Garden, jednak już mocno bitowe "Boundry" zmienia sytuację, prowadząc do kulminacji w postaci yeezusowego "City Hummingbird". Potem klimat nieco się uspokaja, aż w końcu wszystko wygasa zostawiając nas z chęcią ponownego naciśnięcia play. Jam City biorąc na warsztat UK Bass, cokolwiek by z nim nie robił, jak bardzo by go nie wykrzywiał i dostosowywał do swoich potrzeb, oferuje nam specyficznego rodzaju duchowość i zwyczajnie ciekawą muzykę, której chce się słuchać. I to właściwie tyle. –A.Barszczak