Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Waxing Romantic towarzyszyło mi przez dłuższy czas jako soundtrack wiosny 2015. Było to luzackie, DeMarcowskie w swojej filozofii granie, w sam raz na cieplejsze dni, choć w swojej prostocie niepozbawione sophisti-momentów i barok-popowych ambicji. Tegoroczne wydawnictwo po części kontynuuje ten kurs. Większą rolę pełnią synthy, pojawia się też trochę zabaw z lo-fi, lekką psychodelią à la Mild High Club, ale niestety kawałki są nieco mniej wyraziste niż na Waxing Romantic. Bretzer to jednak wciąż typowy piosenkowicz-beatlesowiec, co zresztą słychać wyraźne w "The Snooter" parafrazującym w zwrotce "And I Love Her". Choć jego kawałki czasem posługują się kliszami, a na przestrzeni jednego tracka mogę się jednocześnie zanudzić i wkręcić, to ogólnie Bitter Suites trzyma równy poziom. Bretzer nie przeskoczył tym albumem Waxing Romantic, ale klasyczna popowa nośność której hołduje udowadnia, że ma trochę atutów, które ciężko zlekceważyć, zwłaszcza w perspektywie następnych wydawnictw. –J.Bugdol
Prawdziwy samuraj nieustannie myśli o śmierci. Każdego dnia budzi się, czując jej ciepły oddech na plecach. Nigdy jednak nie spuszcza głowy i zawsze znajduje w sobie siłę by spojrzeć w otchłań. Ta odważna postawa związana jest również z niezwykłą umiejętnością obserwacji otaczającej go rzeczywistości. Ponieważ wyznawca kodeksu Bushido śpi z otwartymi oczami, jego zmysł obserwacji jest wyostrzony jak u myśliwego polującego na zwierzynę. Taki wojownik potrafi w szczery i bezpretensjonalny sposób opisać otaczający go świat.
Prawdziwy samuraj nieustannie myśli o życiu. Każdy dzień to kolejny etap jego samorozwoju. Zamiast oglądać się na innych, skupia się na szlifowaniu swoich indywidualnych umiejętności. Zawsze z dumą idzie pod prąd. Nie jest stworzony do pracy zespołowej ani też do kontynuowania cudzego dzieła. Doceńmy więc tego samotnego wilka, albowiem indywidualizm i wierność własnym zasadom to wartości, których brakuje wielu jego kolegom po fachu. –Ł.Krajnik
26 września minęło dokładnie 10 lat od wydania debiutanckiego pełnoprawnego albumu The Changes, do którego nieprzerwanie wracam, ze szczególnym naciskiem na znakomite dawkowanie łomotu w “Her You And I”, oraz “When I Wake” – jedna z moich definicji kapitalnego, zwiewnego strunowego popu. Niekoniecznie z okazji jubileuszu, ale panowie z Chicago wydali właśnie całkiem udany świeży materiał, w którym jednak brak takiej wyrazistości jak na Today Is Tonight. Nie umieszczę na pudełku naklejki “all killers, no fillers”, jednak wciąż uważam, że na płycie są udane momenty. “Aurora” w duchu The Sea and Cake, “Leo” przypomina mi grzeczniejsze Je Suis France, a tytułowe “Closer Than You Know” to idealna ballada dla wrażliwych mężczyzn w grubych swetrach. Szkoda, że chociaż w jednym numerze zespół z Darrenem Spitzerem na czele nie zaszalał, wycinając na gitarach coś nieokrzesanego w duchu Pavementu, a przecież mogli czerpać inspiracje z samego źródła, bo na trasach koncertowych wspomagali kiedyś Stephena Malkmusa. –A.Kasprzycki
No więc zostałeś/aś zaproszony/a na modną, EDMową imprezę. Stroboskopowe światła odpowiednio mocno gryzą w oczy, a uczciwa ilość alkoholu zamienia podłogę w wirujący podest. Niestety rzekoma muzyczna ekstaza, okazuje się być rozczarowująco przewidywalna. Niby jest przebojowo i energetycznie, ale bezbarwność rytmów ulatniających się z głośników momentami przyprawia o mdłości. Brakuje w tym wszystkim jakiegoś pieprzu, który zabiłby irytujący posmak banalności. Szkoda, że wyszło jak wyszło, bo potencjał imponującej listy płac można było wykorzystać w znacznie lepszy sposób. Jesteśmy więc zmuszeni do zadowolenia się kompilacją wałęsających się gdzieś na drugim planie, nieinwazyjnych melodyjek. –Ł.Krajnik
Okrzyk "Get back" i na otwarcie otrzymujemy odwołanie do złotych czasów disco, które w ułamku sekundy rozpada się na surowy bit. Temperatura spada poniżej zera, nie wchodząc jednak w paradę tanecznemu rozwałowi dziejącemu się na parkiecie. Alex Frankel dokonuje cudów poza łonem macierzystego kolektywu/duetu Holy Ghost! dostarczając wciągające 13 minut konkretnego grania. Mimo ograniczenia czasowego, znajdzie się tu miejsce na wyjątkowo nośne popowe refreny utrzymane we wrażliwym tonie, w szczególności w wymiatającym tytułowym utworze, a także na jedną niepotrzebną miniaturkę w stylu Vangelisa (tego utworu w kontekście całej EP-ki kompletnie nie rozumiem). Na zakończenie Alex przebija się numerem, będącym zagubionym soundtrackiem z alternatywnego Drive'a, w którym Gosling do rytmu skrajnie kiczowatego saksofonu, (który jakimś niepojętym dla mnie fenomenem wieńczy całość w bardzo urokliwy sposób) jest czułym, gadatliwym i wrażliwym kolesiem nie napier*alającym po ryjach napotkanych prostytutek. Jest bardzo dobrze, potańczmy sobie. −M.Kołaczyk
Kolaboracja jednego z założycieli The Walkmen z ex-członkiem Vampire Weekend to modelowy przykład przehype’owanego, pitchforkowego nu-indie. I Had A Dream… zaczyna się przyjemnie, bo od poguesowego w duchu "A 1000 Times", jednak stopniowo, indeks po indeksie, stajemy się świadkami kompozytorskiej niemocy oraz próby jej zakamuflowania natarczywym hippie fluidem i pozornym eklektyzmem. Pozornym, bo forsowany w zachodniej prasie revivalizm w wykonaniu duetu Leithauser / Rostam sprowadza się do grania jednego schematu w kółko, tylko trochę inaczej: gówniane plumkanie z banjo, gównanie plumkanie z wplecionym "shoo-be-doo", gównane plumkanie z gównanym plumkaniem, i tak dalej. Jasne, zdarzają się przebłyski, ale całościowo wypada podsumować w ten sposób: I Had A Dream… to najgorszy sort pozbawionego świeżości, koszmarnie nudnego indie-folku, którego każdy rozsądnie dysponujący swoim czasem człowiek wolałby jednak uniknąć. –W.Chełmecki
Pochodzący z New Jersey Topaz Jones pokazał się z dobrej strony przy okazji kilku tegorocznych kawałków, jak choćby "Tropicana" czy "Powerball". To taki rap, który powinni docenić fani Kendricka z "King Kunta" (chodzi o styl) – sporo groove'u, cała moc funkowych basów i bardzo przytomna, wyrazista nawijka. Obok oldschoolowego kroju Topaz stawia też na miękkie, zabarwione świeżymi nowinkami podkłady, zawsze jednak spoglądające na świat przez retro szybę (jak w "Get Lost / Untitled" czy w zaraźliwym "Sportscar"), a zdarzają się też takie niespodzianki jak podszyty cure'owymi gitarami hajlajt "Running Out Of Runway". Ogółem bardzo porządny zestaw, aczkolwiek kilka indeksów nie wnosi za wiele do całości ("Grass" i "Birds & Bees" jako odpowiedź na nowego Franka Oceana?), choć ostatecznie żaden track nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Fajny start przed czymś znacznie większym w przyszłości. Tak właśnie widzę Arcade. –T.Skowyra
Płytka z materiału izolacyjnego z połączeniami elektrycznymi: 0.000 645 16 metra kwadratowego, czarny mat. Do tego: Tristan Perich – mistrz minimalistycznym form na przecięciu galeryjnego sound artu i muzyki sensu stricto. Dźwiękowa materia wzięta na tapet: nie video-game chiptune, jak w przypadku 1-bitowej symfonii ze stemplem 2010, a hałas oraz estetyka clicks and cuts. Efekt: power noise Russella Haswella zapisany w kodzie binarnym. Noise Patterns to fascynujące słuchowisko stojące w opozycji do pompatyczności produkcji, maksymalizacji doznań słuchowych "trapiących" dzisiejszych artystów zarówno z peryferii mainstreamu, jak i tych znajdujących się w jego ścisłym centrum. To, co wskutek kiepsko przyswajalnej przez ogół gatunkowości miało pełne prawo spalić się na panewce i pozostać jedynie insajderską zajawką inżynieryjnie pojmujących muzykę głów, finalnie okazało się być niezwykle przystępnym materiałem – płytą pełną nieoczywistych rozwiązań rytmicznych, ciągłych zabaw z formą "cage'owskiej" nieokreśloności, w obrębie chałupniczej soft-kakofonii, która pochłaniana w całości – "na raz" – nie przyprawi o ból głowy nawet największych przeciwników jakichkolwiek struktur skonstruowanych tylko i wyłącznie z całej palety szumów i trzasków. –W.Tyczka
Zaledwie pół roku po wydaniu mixtape'u SECURITY Gaika, jako londyński przedstawiciel ponurego trap-grime'u z elementami jamajskiego dancehallu, zdołał podpiąć się pod wytwórnię Warp Records i wystrzelić z kolejnym materiałem – EP-ką Spaghetto. Ta krótkograjka, powiedzmy sobie szczerze, nie wprowadza żadnej nowej jakości na około-hip-hopowej wyspiarskiej scenie. Estetycznie leży bowiem niebezpiecznie blisko (z założenia) darmowego materiału wydanego w kwietniu. Stąd absolutnie nie dziwi brak nadmiernej ekscytacji mediów towarzyszącej premierze nowego wydawnictwa, skoro Brytyjczyk w podobnym stylu przerabiał plusy i minusy życia w gentryfikującym się w zawrotnym tempie, postmodernistycznym Londynie już kilka miesięcy wcześniej. Niemniej Spaghetto sprawdzić zdecydowanie warto. Choćby jako kolejny, wersyfikowany, przystanek na po-brexitowej ścieżce MC, który z niebywałą lekkością wykłada w dekadenckim stylu o procesach gnilnych zachodzących w tkance społeczno-politycznej dzisiejszej Anglii. –W.Tyczka
Trudno było nie czekać na debiut Katie mając w pamięci absolutnie wspaniałe "Pivot", trwający blisko kwadrans kawałek, który rozpalał nadzieję na wielkie rzeczy w przyszłości. Color, które ukazało się pod szyldem Tri Angle, niestety zawodzi. Choć herndonowski duch pozostał, muzyka niestety w jakiś sposób utraciła swój blask. Może chodzi o zanik tamtej fantastycznej narracyjności? Udział "organicznych" dźwięków i ich melanż z cyfryzacją niekoniecznie wychodzi na dobre całości, czasem brzmi to aż lekko kiczowato. Nie spodziewałem się, że użyję takich słów wobec Gately, ale niestety. Problemem może być też właśnie próba dodania zbyt dużej ilości tytułowego koloru do tych zdehumanizowanych konstrukcji. Zamiast eklektycznych, piosenkowych form życzyłbym sobie głębszą i opartą bardziej na szczególe penetrację zdigitalizowanych form życia (najbliżej temu jest chyba "Sift"), czyli właśnie tego za co tak polubiłem tę nowojorską artystkę. Ale pomimo tych wszystkich gorzkich słów, które biorą się przede wszystkim z niezaspokojenia moich oczekiwań, Color pozostaje bardzo ciekawą i ambitną próbą nieco innego podjęcia tematu, który rok temu przedstawiło Platform. Szkoda, że nie równie udaną. –A.Barszczak