Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Jesień już stuka do okiennic, a tu wciąż balearyczna aura. Po cichu liczyłem na coś w rodzaju Pali, jednak Lemonade woleli postawić na bezpieczniejsze zagrania. Owszem, stylistyka i wnętrze Minus Tide zahaczają o album Friendly Fires (najbardziej chyba "Come Down Softly"), jednak rażą niezbyt wyszukanymi, dość koronkowymi kompozycjami. Oddajmy im, że "Stepping" czy "Clearest" mają całkiem fajny feeling (trochę Tigercity i bardziej udane fragmenty wypuszczonego niedawno debiutu Fair Weather Friends), a "Water Colored Visions", mimo rozwlekłości, wyglądałby całkiem nieźle na Kampie!, to jednak całościowo nuży mnie ta płytka. "Durutti Shores", "Reaches", "Awake" czy "OST", to kawałki, w których większy nacisk został położony na sound i obróbkę, spychając konstrukcję piosenek na drugi czy trzeci plan, przez co przez krążek przemawia efekciarstwo i widać, że goście próbują łatać słabości ułożonych numerów produkcją. A szkoda, bo kolo ma całkiem fajny wokal, pomysł na granie też wydaje się niezły, brak tylko dobrych refrenów. -T.Skowyra
Co prawda XOXO stuknie niedługo pół roczku, ale głupio by było o tej trzyutworowej EP-ce na łamach Porcys nie wspomnieć, bo to bardzo zacna rzecz. Alexander Goryachev – legitymujący się pseudonimem 813 – to kolejny uzdolniony reprezentant Mad Decent. Dzięki nieco większej przystępności, XOXO jest swoistym checkpointem dla każdego, kto czuł się odrobinę przytłoczony słuchając Sunshine Alizzza. To trapowo podbity, pękający w szwach od kolorowych hooków future-bass z lekko progowym zacięciem, którego budulcem i wizytówką są szalenie melodyjne, ledwo trzymane w ryzach partie syntezatorów, odsztafirowane następnie całą masą sampli, cukierkowych quasi-orkiestracji i schodkowych, pompujących ciśnienie przerywników. Te niecałe 10 minut muzyki skupia w sobie więcej skondensowanej treści niż niejedna dyskografia, więc nic tylko brać, słuchać i puszczać w świat. –W.Chełmecki
Po zakończeniu bardzo lubianego przez nas cyklu 777 Vindsval nowym albumem powraca do serii Memoria Vetusta, czyli w pamięci starej odmęty. Nie liczmy więc na bezpośrednią kontynuację eksperymentalnego wcielenia artysty, którą bez trudu dało się usłyszeć na wydanym kilka miesięcy temu splicie z P.H.O.B.O.S . Dostajemy przede wszystkim rasowy, poprzetykany pseudo-gregoriańskimi zaśpiewami i podbity całą kopą niezłych riffów black metal. Zgodnie z nazwą – po prostu krew z północy. Vindsval udanie kopiuje własne patenty z pierwszych części cyklu, nawiązuje też do strojnych klimatów Emperor lub do Immortal z czasów Serca Zimy, udowadnia, że ascendenci nie byli w ciemię bici, nie na mchu jadali. Always the old way? Raczej niecny podstęp, bo pod przykrywką swojskiej scenerii ukrywa tu również bardzo techniczne, repetycyjne i kompulsywne oblicze, w saturniczny sposób przycinając sympho-blackowe (heh) podniosłe elementy, zjadając je i wypluwając tak, aby pasowały pod jego wartki, czasem jednak nazbyt jednostajny sound. -W.Kowalski
Popyt na marzycielskie pitu-pitu zdaje się w równym stopniu tłumaczyć hype wokół Sharon Van Etten, jak i popularność takich artystek jak Lana Del Rey albo Marissa Nadler. Co ciekawe, u każdej z nich oniryczna otoczka skrywa zupełnie inne intencje. Marissę interesuje tworzenie baśniowych, eskapistycznych pejzaży, Lana zajawia się szeroko pojętą popkulturą, Sharon zaś w dalszym ciągu konfesyjnie opowiada o swoich doświadczeniach. Are We There to moim zdaniem odrobinę lepsze wydawnictwo od Tramp z 2012 roku, bo mimo że nie ma na nim perełki na miarę "Magic Chord", to trafia się kilka naprawdę fajnych melodii, jak choćby w "Taking Chances" lub "Break Me". Amerykanka z iście melodramatyczną narracją i właściwym sobie dream-popowym rozmemłaniem eksploruje tu rozmaite folkowe czy tam folk-rockowe tropy, jednak dosyć szybko następuje zmęczenie materiału, dlatego nie sądzę, żebym do tego krążka wracał. Znajoma zapytana za co lubi Are We There odpowiedziała, że za jej odstresowujące, terapeutyczne właściwości. Chcecie terapii na płycie z 2014 roku? Puśćcie sobie Bermuda Waterfalls Seana Nicholasa Savage'a. –W.Chełmecki
Night Marks Electric Trio są wyszkolonymi zawodowcami. To nie umyka uwadze od pierwszych sekund obczajki ich debiutanckiej EP-ki, którą w końcu wydali po uroczym śmiganiu tu i tam oraz wysyłaniu sygnałów "jak coś wydamy, to rozwalimy kosmos" na featach i remiksach. Wszystko brzmi jak z katalogu Brainfeedera, a przejścia basowe mogłyby się pojawić na Until The Quiet Comes, co na początku bardziej budzi chęć posłuchania sobie znowu FlyLo niż wgłębiania się w EP-kę. Potem jednak, przy przypadkowych spotkaniach ich utworów w radiowym eterze, człowiek zaczyna się łapać na pragnieniu obczajenia, kto napisał ten zajebisty kawałek. -R.Gawroński
Wokół tyle gorących i ekscytujących nowości (wystarczy wymienić krążki Thoma Yorke'a, Aphex Twina czy U2), a ja słucham płyty argentyńskiego bandu, pobranej za darmo (i legalnie) z Bandcampa. Ale skoro Apolo Beat pykają zwiewny dance-punk i grają niemal w tej samej lidze, co Tigercity czy Tesla Boy, to chyba nie ma się co dziwić, że ich polubiłem, i nie chodzi o to, że coś gdzieś kliknąłem (ależ to słowo straciło na znaczeniu these days). Jak to się przekłada na tracki? Ruszający z tematem "Magenta", to soczysty, fluorescencyjny disco-funk z refrenem zyskującym coraz więcej z każdym ripitem, "Nueva Ola" z falsetowymi zaśpiewami i luzacką sekcją rytmiczną orzeźwia swoim niewymuszonym feelingiem, a "Poltergeist" z riffem à la "Beat It" (zresztą wokalista Diego Ridao namecheckuje Jacko na 2:55), dokłada kolejny pyszny groove do całego Actriz. A są jeszcze inteligentnie rozegrany, elegancki jam "Separador", szybujący podobną parabolą do francuzów z Phoenix "Automática", zanurzający kotwicę w wodach The Rapture "Repetidor" i zabarwiony esencją !!!, tytułowy "Actriz". Całkiem nieźle to wszystko wyszło, a jeśli zdamy sobie sprawę, że dance-punk nie żyje od kilku ładnych lat, to już w ogóle nie mam pytań. –T.Skowyra
Xyloid tworzy muzak XXI wieku, inspirowany seapunkiem, footworkiem i ostatnią falą 8-bitu. Wykazuje przy tym duchowe pokrewieństwo z niedawno opisywanym w tej rubryce Lorenzo Sennim - jego kompozycje to intelektualne, a przy tym niesamowicie plastyczne, drobiazgowe rozkminy, w których dźwięki i struktury muzyczne osadzone są w niedookreślonej, cyfrowej przestrzeni. Nieco odrealniony, a przecież jakże naturalny ambient Internetu, który jest efektem tych eksperymentów, zachwyca swą muzykalnością - tak było już na zeszłorocznej, lekko jazzującej EP-ce Voyage, a The Crystal Sessions to krok jeszcze dalej, a przy tym w bok - powiedzmy, w stronę kosmicznych poszukiwań Göttschinga. Czyżby kolejny genialny przybysz z przyszłości? -K.Michalak
Dziś już tylko albo dekonstruujemy, albo wracamy. Albo też wracamy i dekonstruujemy, jak w przypadku Superimpositions. Mediolańczyk Lorenzo Senni na swoim najnowszym krążku, dziesiątej pozycji w katalogu Boomkat Editions, raz jeszcze pochyla się nad zagadnieniem pointylistycznego trance’u. Studium to stanowi kontynuację dźwiękowych rozważań podjętych przy okazji Quantum Jelly. Włoch przy pomocy syntezatora Roland JP-8000, rezygnując z jakichkolwiek innych, inwazyjnych dźwięków, tworzy stuprocentowy hardware-interference-muzak oparty na surowości i magii repetycji. Rozkładając na czynniki pierwsze upatrzony przez siebie, rave’owy gatunek, odkrywa jego zupełnie inne, bardziej progresywne oblicze pozbawione charakterystycznej klubowej ornamentyki wczesnych lat dziewięćdziesiątych. Tego rodzaju nowatorskie podejście zdecydowanie zasługuje na pochwałę. -W.Tyczka
Podczas gdy Ariel męczył się z pom pom, Chaz wykańczał beaty do Les Sins, a Kevin Parker coverował Jacko, sympatyczny band z Londynu nagrywał w spokoju swój pierwszy materiał, który właśnie ujrzał światło dzienne jako skromna EP-ka. Grupa ta nie tylko podebrała od trzech wspomnianych postaci trochę songwriterskiego budulca, ale i skierowała swoją uwagę na piękny czas lat sześćdziesiątych, zwłaszcza na jego psychodeliczny blask. Swim Mountain emanuje wręcz aurą tego cudownego okresu, a chłopaki traktują zapewne Beatli i Beach Boysów jak bogów. Słychać to w zasadzie w każdym tracku, bo introdukcja w postaci psych-jazdy "Ticket" trzyma się schematu, chwytliwe "Yesterday" również brzmi jak numer sprzed pięćdziesięciu lat, a w "Ornelli" pobrzmiewają jacyś The Byrds. A gdybym nie wiedział, że to właśnie Swim Mountain odpowiadają ze te piosenki, to o "Dream It Real" powiedziałbym, że to Chaz Bundick coveruje jakiś wałek z Lonerism albo że Tame Impala popełnili kawałek, w którym zagościł wokal okularnika. Z kolei "Everyday" brzmi jak spotkanie Underneath The Pine i Mature Themes, a końcówka "Nothing Is Quite As It Seems", w zamierzeniu prawdopodobnie mająca odpowiadać closerom płyt Beach Boys, też nie jest wolna od tego sikstisowego kompleksu, pochodzącego wcale nie z USA, a z Londynu. Ale odłóżmy na bok geografię – mocno obiecująca mała płyta pozwala na wyczekiwanie czegoś naprawdę dużego w przyszłości. Myślę, że tych gości faktycznie na to stać, a jak będzie – zobaczymy. -T.Skowyra
Całkiem niedawno, pełen entuzjazmu, z przyjemnością napisałem kilka zdań na temat niewątpliwego sukcesu Klavesa – dziś jednak znów zmuszony jestem załamać ręce nad polskim produktem. Tę straszną niesprawiedliwość zafundował mi krótkogrający materiał od chłopaków ze stołecznych Totemów. Cztery nijak mające się do siebie piosenki – napisane zapewne na kolanie w przerwie między wykładami – to prawie siedem minut muzyki, bez której rodzima, niezależna scena muzyczna wcale nie miałaby się gorzej. O ile potrafię sobie wyobrazić abstrakcyjną zasadę, za pomocą której korespondują ze sobą "Rower" oraz "Odmierzam czas nagraniami", o tyle zupełnie pomyloną wydaje się być lo–fi–tendencja w wyjącym, opatrzonym niespecjalnie zachwycającym tekstem "Źle". Rozumiem, że muzyka jest tylko zabawką, że twee pop ma czarować prostotą i ujmować nastoletnim wdziękiem, ale przydałyby się zauważalne ryzy, konkretny zamysł, pozwalający uniknąć wrażenia, że mamy przed sobą twórczy śmietnik, który jednocześnie pomieścić miał wszystkie nagromadzone ostatnimi czasy kompozycyjne pomysły zespołu. Podziękuję tylko za angielskojęzyczne "Girl (Clap Your Hands)", bowiem kawałek ten, prócz utwierdzenia mnie w przekonaniu, że opisywana EP–ka naprawdę nie ma sensu, przywołał luźne skojarzenia z, opierającym się na podobnym wokalnym patencie, catchy songiem The Drums. Cóż: w świetle nadchodzącego longplaya i jakości materiału – nie sądzę, że Będzie Dobrze. –W.Tyczka