Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Podczas niedawnych ogłoszeń kolejnych artystów tegorocznego OFF Festivalu na falach radiowej Trójki doszło również do wymiany opinii Grzegorza Hoffmana i Artura Rojka na temat ostatniej płyty tej sympatycznej skądinąd szkockiej grupy. W skrócie: szef muzyczny PR3 był raczej na nie, natomiast dyrektor artystyczny katowickiej imprezy raczej na tak i ogólnie, że "fajne piosenki". I ja też jestem raczej na tak, choć niewątpliwie mamy tutaj do czynienia z "odgrzewanym kotletem", który serwuje nam dowodzona przez Stuarta Murdocha formacja. Otwierające album "Nobody's Empire", muśnięte elektroniczną farbą "The Party Line" oraz "Plan For Today" czy urocze "Ever Had A Little Faith?" to owszem fajne tracki, które niewątpliwie sprawdziłyby się jutro w niejednej kawiarni przy pączku z ajerkoniakiem i herbacie, ale ile razy mieliśmy już z podobnym indie popem do czynienia i to nie tylko w wykonaniu B&S? Zabraknie nam kalkulatorów, żeby to wszystko policzyć. I choć oprócz wyżej wymienionych utworów znajdziecie na Girls In Peacetime Want To Dance pewnie kilka innych niezłych momentów to zdecydowanie w te ponure lutowe wieczory stawiałbym bardziej na Tigermilk jeśli już o B&S mowa. -J.Marczuk
Field recordings, drone, noise, a w pewnym momencie nawet quasi–industrialne techno urwane tak nagle, jak niespodziewanie wkradło się pomiędzy kolejne silnie przesterowane dźwiękowe strofy – założenia Association For The Advancement Of Creative Musicians zrealizowane. Trzeci z dwunastu tomów COIN COIN zapowiedzianych przez charyzmatyczną, okupującą na stałe małą łódkę w Sheepshead Bay Matanę Roberts, to jej dotychczas najbardziej awangardowe i najbardziej odjazzowione dzieło. Artystka począwszy od pierwszej części stopniowo pomniejsza towarzyszący jej ensemble. Mendel muzyków z czasem zredukowała do liczby pięciu, tworząc tym samym kameralny chamberowy kwintet, by finalnie River Run Thee zarejestrować w studio zupełnie w pojedynkę. Tak oto wielotorowe nagrania głosu, które niejednokrotnie dodawane były w czasie rzeczywistym w trakcie obróbki materiału, korespondując z silnie przetworzonymi, hipnotycznymi saksofonowymi wyimkami konstruują elektroniczno–akustyczne tło dla kwestii w tym projekcie najistotniejszej – kolejnej przedłożonej słuchaczowi intymnej afro-amerykańskiej opowieści. –W.Tyczka
Breaking (EP), czyli kolaboracja producenta Jamesa Hintona, który półtora roku temu zadebiutował jako The Range wcale niezłym albumem Nonfiction oraz wokalistki o pseudonimie Niia to tak naprawdę nic nowego. No bo ile razy słyszeliście zmysłowe, oszczędne i oparte na downtempowym bicie r&b? Ile razy mieliście do czynienia (chociażby biorąc pod uwagę naszą lokalną perpektywę) z jakże oryginalnym tandemem laska-facet? No własnie. Problem jest jednak taki, że ja w pełni kupuję każdy z tych pięciu numerów: synthpopowe "Body" mogłoby spokojnie konkurować z Journal Of Ardency Class Actress, "Breaking" uwodzi repetycyjną partią syntezatorów i subtelnymi wokalizami Nii, "Last Man" zahacza o melancholię debiutu Jessie Ware, a "Numb" i "David's House" są po prostu ładne i nie zdziwcie się, jeśli usłyszycie na zakupach w ulubionej sieciówce. Powiesz, że to ten duet to "taki lepszy xxanaxx" i ja się pod tym podpiszę, ale nic nie odbierze mi wieczornej przyjemności w słuchaniu właśnie takich fajowych EP-ek. –J.Marczuk
Opener Reality Show sugeruje, że Jazmine Sullivan wraca bez kompleksów po kilkuletniej rozłące z przemysłem muzycznym. Wydany już prawie rok temu singlowy "Dumb" powtarzanymi na przestrzeni całego utworu zaśpiewami tworzy w mojej głowie trudne do usunięcia skojarzenia z "Jesus Walks", ale to refren, w którym bogata produkcja synchronizuje się z chłodem repetycyjnych oskarżeń, stanowi fundament piosenki. Następującą po niej "Mascarę" również zaliczam do udanych fragmentów albumu. Minimalistyczny, lekko hipnotyzujący podkład pasuje jako baza dla satyrycznego, ale wyraźnie przepełnionego goryczą komentarza na temat powierzchowności i fałszu obecnego w otaczającym artystkę świecie. Obie kompozycje łączy osoba Key Wane’a – producenta znacznej części płyty. To właśnie on jest odpowiedzialny za najjaśniejsze momenty, bo oprócz wyżej opisanych kawałków pozytywnie oceniam też może niekoniecznie odkrywczy, ale bezpretensjonalnie ładny i melodyjny "Silver Lining" czy ewokujący lata 80. "Let It Burn".
Niestety nie obyło się bez wpadek. "Forever Don’t Last" dziwnym trafem został najlepiej przyjętym singlem z Reality Show, a zagraniczni recenzenci rozpływają się nad jego zawartością emocjonalną. Wydaje mi się jednak, że mają na myśli inne uczucia niż wywołane u mnie znużenie. Nie przekonują mnie też próby zastąpienia Amy Winehouse, jakie Jazmine podejmuje przy okazji "Stupid Girl". Z ciekawostek warto wspomnieć o samplującej "The Greatest Hit" Annie piosence "Stanley". Nieźle funkcjonuje jako funkująca, wyraźnie odmienna od reszty wałków propozycja, ale atrakcyjna stylistyka nie jest w stanie zamaskować nijakości kompozycyjnej.
Trzecia płyta Jazmine Sullivan to kawał porządnego R&B i fani tego gatunku na pewno znajdą na niej coś dla siebie. Brak jakiegoś jednego konkretnego wymiatacza i kilka wyraźnie słabszych numerów sprawiają jednak, że trudno mi nie odczuwać lekkiego niedosytu. –P.Ejsmont
Pierwsza myśl: materiał wypełniający Xe to nieźle pojebany stuff. Już otwierający "The Future Royality" z wymierzoną w słuchacza serią programowanych handclapów oraz na wpół digitalnym gitarowym noise'em, który w końcówce niemal rozpierdala tą całą chaotyczną quasi-strukturę, daje jakieś pojęcie, z czym mamy tu do czynienia. Jakieś, bo jak się za chwilę okazuje to jedynie preludium do "Wolf Government", w którym to z kolei hałaśliwe patenty zostają rozwinięte w jeszcze większe pojebaństwo. O dziwo, już na tym etapie bardzo dobrze się tego słucha, a jeszcze nie dotarliśmy do plat du jour Xe – "Corps". Utwór ten posiada już bardziej regularne fundamenty. Na tle plemiennych pochodów bębnów mamy miarowe gitarowe staccato odsyłające prosto do reichowskiego minimalizmu, pozostawiające przestrzeń dla intymnych, narkotycznych improwizacji sekcji dętej, które to z kolei w końcowej części utworu powielają ten medytacyjny temat wygrywany do tej pory przez gitary, robiąc tym samym miejsce dla szaleńczej pracy bębnów. Sporo się dzieje, a pozostała nam jeszcze ostatnia część, którą rozpoczyna wyjątkowo melodyjny temat saksofonu, by za chwilę już wszystko jechało na free i po raz kolejny zostało zamknięte saksofonową kodą.
Następny w zestawie ”Weakling” sprawnie łączy dronowe inklinacje z improwizacją dęciaków, zapraszając nas do tracka tytułowego – prawie 20-minutowego epickiego rozpierdolu przeplatanego fragmentami jak gdyby żywcem wyciągniętymi z jakiś starych, zapomnianych słuchowisk, a co tam się dzieje od 14 minuty to ja może już nie skomentuję – sprawdźcie sami. Xe to materiał posiadający masę smaczków, których odkrywanie na własną rękę szczerze polecam już podczas pełniejszego kontaktu z tym szaleństwem. Na koniec dodam tylko, że wszystko zostało zarejestrowane NA ŻYWO bez żadnych cięć i powtórzeń, jedynie na bazie luźnych szkiców. Wprost niewiarygodne. –M.Lewandowski
Sprawa jest poważniejsza, niż mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. Jak się okazało, ten krótki mikstejp raczej nie jest zbiorem odrzutów pozostałych po współpracy z Björk nad jej nowym, przedwcześnie wyciekłym albumem. Owe szkice zostały wykorzystane do jakiegoś poronionego pokazu mody projektantów z Hood By Air (z którymi to Arca był już związany wcześniej). Swoją drogą, ta kooperacja dobrze koresponduje z jego lekko niedorzecznymi wywodami na temat seksualności. Jednak mniejsza o to, bo to, co nas interesuje, to ten zlepek pierdów, który mimo jego przeznaczenia zostanie jednak raczej zapamiętany przez ludzi jako plik na Soundcloudzie. Dzięki krótszej i luźniejszej formie Sheep znacznie bliżej do pozostałych po Yeezusie odpadów w postaci &&&&& aniżeli do zeszłorocznego Xen. Jedni się cieszą powrotem do bardziej przypałowych eksperymentów, inni narzekają na kolejne wydawnictwo niezorientowane bardziej bitowo-rapowo (jak obydwa Stretche dla UNO NYC). Ale warto jednak zauważyć, że jeszcze nigdy Arca nie był tak niebezpiecznie blisko cieszącego się obecnie dużą popularnością industrialnego techno.
Ciężko powiedzieć, czy to chwilowa zmiana kursu, efekt konieczności dostosowania muzyki do pokazu, czy może jednak kierunek, w jakim ten kolo zmierza. Charakterystyczne, maksymalnie intrygujące brzmienie, wykrzywianie rzeczywistości, osobliwa wrażliwość – to wszystko zostało po staremu, brakuje może jedynie klawiszowych, minimalistycznych wprawek, które pojawiły się na ubiegłorocznym debiucie. Nie ma jednak chyba sensu rozwodzić się nad pojedynczymi trackami (w ogóle podzielenie tego tworu na kawałki to niezłe wyzwanie) i wydaje mi się, że próba opisywania takiej muzyki skończyłaby się na tworzeniu rebusów w suahili, dlatego pozwolę sobie spasować. W dalszym ciągu jest to przejebany kolaż potłuczonych bitów, powykrzywianych sampli z przeróżnych źródeł, ambientu i testu nowych wtyczek VST. Ogólnie to "chuj nie funk", a jak ktoś lubi te klimaty, to polecam. Tak się składa, że ja lubię, chociaż te chóralne sample uważam za jego najgorszy pomysł po umieszczeniu Snoopa na poprzednim mikstejpie.
Warto trzymać kciuki i liczyć, że Arca jeszcze przyłoży swoje wenezuelskie dłonie do czegoś ciekawego, a nie popłynie, tworząc coraz bardziej nieprzystające do rzeczywistości szwindle. Obserwujmy sobie rozwój akcji w spokoju, a jak dobrze pójdzie, to w 2020 i w Polsce spotkamy skejtów w pończochach. –A.Barszczak
Na Ruins Liz Harris odłożyła akustyka w ciemny kąt, usiadła przy pianinie i wyobraziła sobie, że jest Erikiem Satie. Tak przynajmniej twierdzi zachodnia krytyka i ja się z tym zgadzam, o ile odpowiednio grubą kreską podkreślimy słowo "wyobraziła", bo skrajnie introwertyczna propozycja Grouper owszem, ma w sobie coś z nokturnowej, satie’owskiej melancholii, ale – cytując Borysa z jego ćwiartki o Syro – "kunszt jego motywików to inny kosmos". Początkowo miałem w ogóle nie słuchać tej płyty, w myśl tego, co pisałem w przewodniku po tegorocznym Unsoundzie, ale złamałem się pod wpływem wszechobecnego hype’u – jak się okazało, jednego z najbardziej nieuzasadnionych w przeciągu kilku ostatnich miesięcy. Nie chcę przez to powiedzieć, że to jakiś zły krążek. Chcę przez to powiedzieć, że Harris lepiej wychodzą gitarowe drone’y niż nie-gitarowe nie-drone’y i zeszłoroczne The Man Who Died in His Boat cenię sobie znacznie wyżej. Szanuję wyciszenie, pewną harmonię tego nagrania, szanuję również dość ciekawą narrację w "Lighthouse", ale na dłuższą metę laska trochę przymula i z szacunku do swojego czasu raczej nie skuszę się na kolejne odsłuchy. -W.Chełmecki
Brawa dla Krakusów za to electro o gładkim brzmieniu. Na delikatnych klubowych pulsach i minimalistycznie powtarzanych tematach snute są nocne dumania w duchu lirycznego Junior Boys albo the Knife. Zespołowi zdarza się też spojrzeć w kierunku klimatów electro- popowych ("Bones"), ale w moim odczuciu powinni raczej kierować wzrok w mrok, bo im ciemniej, tym efektowniej im to wychodzi (szczególne wyrazy uznania za wersję radiową "In A Swoon", chociaż ambientowy pejzaż "Ecce Puer" też nie jest zły). –M.Zagroba
Chłopaczyna trochę zmiękł i znormalniał. Jego mixtape &&&&& był na tyle popieprzony i frapujący, że Kanye zaprosił go na ostatnią wieczerzę, a i FKA też mu sporo zawdzięcza. Nie dziwota, że mocno czekałem na longplej typa, zwłaszcza po tym, jak dziesięć miechów temu usłyszałem ten fragmencik (który swoją drogą koresponduje za sprawą motywu z "Failed"). Ale jak przyszedł czas na pełnoprawny album, to wenezuelski wizjoner Alejandro Ghersi zagrał nad wyraz zachowawczo. Nie wiem, czy dostał jakieś wskazówki od Mute, czy to jego własny wybór. Tak czy inaczej, na próżno szukać na Xen momentów iście porażających lub pokazujących coś zupełnie nowego. Arcę ratuje to, że jednak wytworzył swój unikalny styl, będący mieszanką poronionej, narkotycznej elektroniki w duchu Autechre, smyczków i hip-hopowej konwencji, stąd też takie wałki jak tytułowy, "Sad Bitch", "Slit Thru", "Lonely Thugg" czy "Fish", to rzeczy robiące wrażenie. Jednak mimo wszystko oczekiwałem czegoś więcej i dużo bardziej wolę poprzedni, odważniejszy mixtape. Ale nie skreślam Ghersiego, bo w przyszłości powinien rządzić. No i ciekaw jestem, co wykombinuje z Björk. Na pewno warto czekać. -T.Skowyra
Być może kojarzycie nieistniejący już band Women, pochodzący z miasta, w którym odbyły się zimowe igrzyska olimpijskie a.d. 1988. Jeśli nie, to była to załoga sprytnie kombinująca z rytmem, przy pomocy m.in. gęsto tkanych, gitarowych gobelinów. Rodzaj kreatywnego indie plumkania, w którym Luis "całe życie na kontrze" Suarez niespecjalnie by się odnalazł, bo jak tu grać na jeden dotyk, gdy kostka ciągle odskakuje ci na metr od instrumentu. Ale na drugim i ostatnim albumie kanadyjskich Kobiet (kapeli z mniejszymi osiągnięciami od naszych Kobiet, choć chyba równiejszej) wkradały się też inspiracje post-punkowe i ten trop kontynuuje doskonale nazwany projekt Viet Cong, założony w tym samym mieście przez basisto-wokalistę i bębniarza Women wespół z dwoma nowymi wieślarzami. A co są to za wieślarze… Chętnie wyciskają maksimum treści z matematycznych obiegów, ale na luzaku, niedbale, z rezerwą ("Throw It Away", "Unconscious Melody"). Reszta podtrzymuje tendencje dekonstruktywistyczne, żonglując nieraz "ilością taktów w taktach". Inne oblicze tego minialbumu to zamglony psych-pop z przełomu 60s/70s, nad którym jednak unosi się jakaś chwiejna aura współczesności ("Oxygen Feed", "Static Wall", pierwsza część "Structureless Design"); najbliższe skojarzenie to w tym przypadku Deerhunter z Rainwater Cassette Exchange czy konkretniejszych fragmentów Halcyon Digest. Utwory są deczko wielowątkowe, ale nie wyglądają na specjalnie przejęte tym faktem. Finał to miarowa, żałobna pieśń a la Walkmen, wtem przeradzająca się w pełne sprzężeń wyładowanie. Widzę tu parę potknięć, ale Viet Cong ponoć krygują się, że ta kasetowa EP-ka z 2013, wznowiona na winylu w 2014, to zaledwie zbiór odrzutów z sesji do longplaya, który ukaże się w 2015. Więc wpisałem se na przyszłoroczną listy życzeń. –B.Dejnarowicz