Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Po wysłuchaniu "Giving Up" od razu pomyślałem: ten ziom to niemal kopia Maca DeMarco. I takie wrażenie utrzymuje się przez całą długość krótkiego longpleja. Ale nie mogę typa zdissować, bo potrafi pisać fajne piosenki, a jak się w nie wsłuchać, to ukazuje się jeszcze ciekawszy obraz (przychodzą na myśl takie nazwy jak Ariel Pink, Real Estate czy nawet Deerhunter, ale w bardziej leniwej, słonecznej i radosnej wersji). Na przykład mój ulubiony w zestawie "The Bread" lekko spogląda w stronę Underneath The Pine, a poza tym ma mocno chwytliwy refren, więc props. Dalej singlowy "Promises", też udany kawałek, i też wbija się do głowy równie łatwo. "Lonely Heart" to właśnie ten wałek, w którym niemal słychać Bradforda Coxa z doklejoną solówką, w "Story Book" też pobrzmiewa deerhunterowa aura, ale bardziej chodzi o przestrzenny, rozmarzony vibe. No i mamy tu też jakieś odrobinę beatlesowskie momenty, do których mogę zaliczyć "Don't Forget". Wreszcie hajlajt "Lady Red" pokazuje, że Travis to niezły songwriter, który za jakiś czas naprawdę może wejść do tej samej ligi, co MdM i może być też hajpowany przez Pitchfork. Waxing Romantic to zdecydowanie spoko rzecz, idealna na letnie spacery czy wypoczywanie na leżaku, gdy temperatura przekracza 27 stopni. −T.Skowyra
Chiraq, Chiraq, Chiraq! Tajemnicą poliszynela jest to, że Vic Spencer, czyli gość z takim przebiegiem, biznesowym stażem czy pozycją w chicagowskim podziemiu dopiero teraz zaczyna pukać do drzwi szerszej siatki odbiorców, ustępując do tej pory miejsca młodszym (czy zdolniejszym? jeszcze nie wiem) kolegom: Mensie i Chance'owi. Na swoim bandcampie pisze, że The Cost Of Victory jest idealną propozycją dla fanów Dooma, Sean Price'a czy ODB i tak, tak, na pewno czuć tu pierwiastek każdego z nich, mimo że np. za tym drugim (poza Heltah Skeltah) w ogóle nie przepadam i nigdy nie kupowałem kultu jego ciętego języka. Inspiracja Doomem najbardziej uwydatniona jest w szkielecie podkładów do kilku pierwszych numerów na mikstejpie, gdzie zastosowane zostało to charakterystyczne, typowe dla Daniela operowanie samplami; zagęszczanie ich, powielanie, odtwarzanie, nakładanie na siebie i rozciąganie jednego motywu do granic możliwości, no i, co również bardzo istotne, poświęceniu kilku gościnek swojemu alterego – Vicowi Greenthumbsowi. Może nie skoczne, może nie energiczne, ale dzięki komiksowemu klimatowi dobre. Naprawdę dobre. –R.Marek
Pewnie zdążyliście zauważyć, że większość recenzowanych przez nas w ostatnich latach płyt z rubryki house można przynajmniej częściowo opisać przy użyciu takich przymiotników jak outsider, meta albo left-wing. Coś w tym jest, że pozycje z bardziej regularnego mainstreamu tego gatunku mniej nas obchodzą. I chyba nie powinno się to zmienić, jeśli będą do nas trafiać na tyle porządne wydawnictwa, jak to sygnowane przez Project Pablo. To prawdopodobnie nie najgłębiej sięgająca w pokłady podświadomości płyta jakiej słuchaliście, ale hasło 1080p powinno już otworzyć was na jakieś poczucie niedookreśloności. I Want To Believe jest dosyć równym zestawem taneczno-loungująco-płynących tracków, czasem bardziej ("Follow It Up", "Movin’ Out") , a czasem mniej ("Why, Though?", ogólnie końcówka) skutecznie potrafiących wykręcić coś własnego z niekoniecznie autorskiego ujęcia tematu, ale za to omijających płytkie wody kompozytorstwa rozleglejszego w skali czasu. Co w tym momencie powinno być chyba ważniejsze. –K.Pytel
Pierwszy longplay brytyjskiego producenta to kolejna część poszukiwań, mająca na celu odnalezienie się w rzeczywistości i stworzenie dźwięku na miarę obecnych czasów. Próba uformowania brzmienia, które mogłoby być uniwersalne dla 2015 roku. Oczywiście tylko w kategorii elektroniki "poszukującej”, "eksperymentalnej”. Choć być może jest to moja nadinterpretacja, bo przecież podobne rzeczy tworzone są od lat (industrialnie zabarwiony UK Bass, think Shackleton, a zresztą sam David Kennedy na scenie też nie jest nowicjuszem), to ulegam jednak wrażeniu, że ta muzyka bardzo mocno próbuje być aktualna, współczesna. I akurat ten zamiar spełnia dość skutecznie. Niestety – to bardzo ostrożna i bezpieczna próbka bardziej awangardowego podejścia do tematu. Utworom na debiucie londyńczyka brakuje indywidualnego rysu, charakteru, o nikłych wartościach kompozycyjnych już nie wspominając (co przecież wcale nie musi być regułą, co pokazał choćby nasz polski Phantom). Wszystkie kawałki są do siebie podobne, próżno tu szukać szerokiego zróżnicowania środków czy nastrojów. I nie zrozumcie mnie źle – nie jest to zła płyta, słucham jej z przyjemnością, faktury i brzmienia tu stosowane intrygują, a całość mimo wszystko potrafi wciągnąć. Nie upatrywałbym jednak w Pearson Sound tworu w jakikolwiek sposób istotnego, wpływowego czy po prostu rewelacyjnego materiałowo. Całkiem przyzwoita płyta. –A.Barszczak
Czy w 2015 roku wypada jeszcze trzaskać silnie laserowe soundtracki do dokumentalnych filmów o nieletnich dzieciakach ładujących wódkę w obskurnych, śródmiejskich bramach? Pewnie już nie przystoi, ale jeden z francuskich retro-rewitalizatorów, w prostej linii odwołujący się w swojej twórczości do kinematograficznej spuścizny Johna Carpentera, zdaje się być zgoła odmiennego zdania. Carpenter Brut, bo o nim mowa, w styczniu wrzucił do sieci kompilację Trilogy, na którą składają się jego trzy dotychczas wydane EP-ki. A cóż to za nagrania wypełniają te krótkograjki… Wiksiarskie, zakochane w ejtisach numery charakteryzujące się tym, że w kluczowych momentach poniżej 120 uderzeń na minutę schodzić im nie wypada. Na wokalach gościnnie vocoder, support stanowią głębokie, analogowe linie basowe, a gwoździem programu perfekcyjnie prowadzona, wysoka, syntezatorowa narracja. Szczerze, electro rytmy bez buractwa i z dansingiem. –W.Tyczka
Proces rozmieniania się na drobne jest w przypadku Gang Of Four ściśle powiązany z postępującym wykruszaniem się pierwotnego składu zespołu. What Happens Next zdaje się wpisywać w ten trend, bardzo wymownie dotykając dna i jednocześnie – po zwinięciu manatek przez Jona Kinga – będąc właściwie solową nagrywką Andy’ego Gilla. Wyobraźcie sobie wszystko, za co uwielbiacie Gang Of Four: bezlitośnie regulującą zasady gry sekcję Allem-Burnham, wściekle rozgoryczone szczekanie Kinga, maszynowo siekająca riff za riffem gitara Gilla, niepowtarzalne brzmienie i klimat, oszałamiające nowatorstwo. Na "ich" nowej płycie nic z tego nie ma. Są za to teutońskiej urody echa najbardziej obleśnych trendów najntisowego industrialu, tandetna produkcja i ciosane tępym tasakiem kompozycje, przy których trzeba się solidnie napocić, by znaleźć choćby zalążek czegoś ciekawego. Wraz z What Happens Next Gang Of Four definitywnie rozpada się jak domek z kart, a z tegorocznych powrotów legend post-punku znacznie lepiej wypada Pop Group. Panie Gill, niech pan tu kończy to spotkanie! –W.Chełmecki
Post-scriptum do świetnego zeszłorocznego longplaya My Skeleton. Tym razem Stuart Turner porzuca orkiestracje i nieco odseparowuje się od wątków poważkowych czy "post-muzycznych", podróżując szlakami wyznaczonymi przez elektronicznych herosów. Bo weźmy otwierający EP-kę "Traumzeuge" i od razu słychać Fenneszowski sposób obróbki muzycznej tkanki, choć Claude Speeed pod koniec doczepia do tej wiązki baśniową wokalizę skrytą w niebiańskich oparach dźwięku. Z kolei "Dr. Liz Wilson" czy "Fret" to referencja w kierunku Tima Heckera i jego lodowatych, syntezatorowych wędrówek. A wieńczący Sun Czar Temple "R U Sorry?" to pejzaż namalowany podobnymi dźwiękowymi farbami do tych, których używali Boards Of Canada na Tomorrow's Harvest (choć pod koniec znowu odzywa się Heckerowska maniera). Oczywiście, nie chcę tu wykazać, że Turner nie posiada własnego idiomu, bo choć widać, że odbiera sygnały od swoich wybitnych poprzedników, to widać również, że potrafi z tego korzystać, kreując własną soniczną powierzchnię, w którą z łatwością można wsiąknąć. –T.Skowyra
Gość, który zakamuflował sie pod brandingiem popularnego systemu płatności, startuje tutaj z poziomu podrasowanej samby i później leci sobie rześko wesołym obliczem teklife’u. Związany z Mall Music Inc. i LuckyMe Records jest w podobie propozycji estetycznej PC Music. Spiczowane wokale, dużo wciętego oldskulu z parkietów, szczypta soulu i synthowego żelu, do tego uk bassowe synkopy podkręcone do szybszych temp. Kup teraz. –M.Hantke
Wydanie mojego atestu dla głosu i twórczości Laury Groves miało miejsce przy okazji opisywania wyśmienitej EPki Nautic Navy Blue . Po kilku miesiącach pora na pozytywne wzmocnienie – jej kolejne solowe wydawnictwo sprawia, że sympatia tylko rośnie. Nie brakuje tam kawałków łączących oszczędność Johna K., przebojowość Ballet School i magię Cocteau Twins. ”Dream Story” urzeka hojnością melodii co jakiś czas wykradającą kompozycję ułożonemu rytmowi, ”Friday” ballada o pięknym smutku, a ”Mystique” wydaje się niezwykle udanym, wielowymiarowym i przestrzennym closerem. Punkt ciężkości osadzony jest jednak na pierwszych minutach płyty, kiedy ”Commited Language” rozbrzmiewa prostą melodią pachnącą kwitnącą wiśnią, wspiera się na silnych ramionach basu, i przechodzi w tak charakterystyczne dla Nautic wieczorne brzmienie refrenu. Piosenka wydaje się być kolażem zupełnie różnych pomysłów na piosenkę, coś jak połączenie fotografii, portretu, martwej natury i surrealistycznej twórczości Salvadora Dali. –M.Riegel
Takich wydawnictw właśnie teraz najbardziej potrzebujemy: kompletnie oderwanych od zasiedzenia w Warszawie i dokumentujących projekty zbyt mało opisane. Na drugim składaku Jakuba Knery spotykają się ze sobą weterani (Mikołaj Trzaska, Arszyn), artyści działający już dość długo, ale jeszcze bez odznaczeń (Miegoń) oraz stosunkowo świeże projekty (Trupa Trupa). Dzięki temu łapiemy obraz niesamowicie frapującej i różnorodnej sceny pełnej naprawdę świetnych rozkminiaczy na każdym poziomie doświadczenia. Interesujesz się polską muzyką? Obczaj. –R.Gawroński