Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Squarepusher w formie, zresztą, jak wszystkie legendy szeroko pojętego IDM-u. Nie będę oczywiście porównywał czternastej propozycji wydawniczej Anglika z powrotami Aphexa oraz Boards of Canada, ale w kontekście inspirowanej footworkiem EP-ki Mouse on Mars zatytułowanej Spezmodia oraz ostatniego albumu Autechre Damogen Furies Jenkinsona nie stoi na straconej pozycji. Przestrzenny opener ”Stor Eiglass” czaruje swoją melodyjnością, w kalkulacjach takiego ”Kortenzjaz” nie można się połapać, natomiast rozwarstwiony, glitchowy kolaż "Baltang Ort” może rywalizować z niektórymi momentami z Syro. Warto sprawdzić również pozostałe tracki, bo moim zdaniem gościowi należy się za to dziełko atencja! -J.Marczuk
Moja bardzo dobra koleżanka powiedziała kiedyś, że lubi Mumford & Sons, bo to taka piękna, inspirująca muzyka drogi. Oj dziecinko. Drogi to jest czas, jaki straciłaś na słuchanie jednego z najgorszych zespołów na świecie. Na Wilder Mind Marcus Mumford skumał, że trochę słabo grać całe życie na banjo, więc schował je do komody i chwycił za jedyny słuszny instrument: gitarę elektryczną. No dobra, chwycił za nią już wcześniej, ale to i tak nie ma żadnego znaczenia, kiedy pisze się jedne z najgorszych piosenek na świecie. Jest wygrzew, są z punktu widzenia popkultury gallagherowskie inklinacje, jest "flircik z elektroniką", nie ma za to choćby sekundy, w której ten przychlast w wieśniackiej czapeczce i obleśnej koszulce na ramiączkach jest w stanie mnie zainteresować. No ale tak to już jest, kiedy jest się jednym z najgorszych songwriterów na świecie, c’nie? –W.Chełmecki
Uh, wczorajszy koncert Torche był dobry, że strach i pewnie to się tak łatwo nie przekłada, bo nie ze wszystkim to zasługa Restarter, ale jeśli ktoś miał wątpliwości, że goście to obecnie pierwsza liga wymiatania, że dzierżą, ekhm, pochodnię po pogrzebie Hydra Head, to, serio, ten miks jaskrawego popu, pirackich hooków i bardziej niż zazwyczaj muskularnej, hipnotycznej nawet, nadbudowy powinien te wątpliwości szybko rozwiać. To tylko starter przed naszą rozmową z Torczami, więc stay tuned! –W.Kowalski
Ciężko mi zrozumieć, że są tacy, którzy słuchają tej płyty i ze szczerością w sercu im się podoba. Nie chodzi nawet o to, że longplay jest tragicznie żenujący, tylko po prostu jest śmiertelnie nudny. Waxahatchee gra gitarowe indie przypominające formą jakieś szanty, a jeśli już próbują nieco łagodniejszych, folkowych form, to wychodzą bezbarwne szkice bez krzty pomysłu. Ani fajne się tego nie słucha, ani nie jest to poruszające, stąd dziwi w ogóle fakt, że komuś chce się przez to przechodzić. Zresztą przecież wychodzi tyle dobrych płyt, więc naprawdę nie ma sensu tracić czasu na słuchanie tego typu projektów. Smutne, ale prawdziwe. –T.Skowyra
Dacie wiarę, że od wydania ostatniego albumu Scuby, wyznaczającego wówczas granice transowej zajawki, minęły już trzy lata? Użyję tu kliszy: gdyby muzykę porównać do depresji dwubiegunowej, to okresem manii zdecydowanie byłby ekstatyczny materiał na Personality, a epizodem depresyjnym właśnie czwarty LP Paula Rose’a — gorączkowa Claustrophobia. Scuba przyznał, że ma za sobą ciężki rok, stąd też nie dziwi album poszukujący solidnych środków wyrazu, stawiający na najbardziej trwałe, odporne na sezonowe mody, filary muzyki elektronicznej — techno i nieśmiertelny idm. Claustrophobia zdaje się dominować podgatunki, w których się porusza, przez większość albumu jest jednak pasjonującą refleksją na temat techno spod znaku Kenny’ego Larkina i Richiego Hawtina, wzbogaconą o idm-owe pejzaże w duchu Tangerine Dream i trip hopu oraz trademarkowy reverb.
Wymowne "All I Think About Is Death" udanie przywraca do życia formuły napoczęte na Triangulation, natomiast przywodzące na myśl Incunabule i dobrego starego Aphexa Twina, szlachetnie wyprodukowane, dynamiczne, nieco obłąkane i po prostu pięknie melodycznie repetycje w "Drift" to najlepsze cztery i pół minuty w dotychczasowym katalogu Scuby. –I.Czekirda
Słucham, podoba mi się, ale wciąż jestem trochę zawiedziony. Wyszli Coś Zjeść jest jak zapowiadające album "Nie Jestem Raperem" – ma świetną produkcję, energię, flow i linijki okraszone fajnymi panczami, ale w tym wszystkim nie pojawiają się porywające refreny. Jest tutaj wszystko oprócz tej chwytliwości: atmosfera pierwszych albumów Kanye, dobrze dobrani goście i doskonale dozowany luz. Jednak te wszystkie dobre wrażenia ściga ciągle myśl, że w charyzmie Rasa i umiejętnościach Menta słychać potencjał do zrobienia klasyka melanży na następne pięć lat, a wydali oni po prostu bardzo dobrą płytę. I to trochę wkurza. –R.Gawroński
Trochę mi zajęło wgryzanie się w tę kolczastą płytę. Ostatecznie jednak, gdy "scaliłem rozproszoną wiedzę", to ukazały się nareszcie wszystkie "przerażające perspektywy". Jef Whitehead wrócił do całkiem przedwiecznej formy. Nie będę was zadręczać opowieściami o grzechu i występkach typa, bo o tym traktuje każda pierwsza recenzja, poza tym o zawirowanych losach chłopaka z okładki Skate Or Die powstawały już filmy. W kontekście eonów ważne jest to, że po kilku średniej jakości nagrywkach, a zaliczam do nich dwa ostatnie albumy pod tym MONIKEREM, Scar Sighted znów oferuje skrzydlate rozpasanie Tentacles Of Whorror przesycone dodatkowo niepokojącą atmosferą znaną z Lurker Of Chalice. Jest to ten rodzaj kalifornijskiego blacku, który Wrest sam pomógł ukonstytuować na Verräter, lecz z nieco mniej niewyraźnym brzmieniem (Billy Anderson i Sanford Parker). Black żywiący się kontrastem, przemykający gdzieś w ostrym słońcu i rozłożony w plamach ambientowego cienia. Sporo powiedziano przy okazji o demonach: osobistych i tych z głębin czeluści. Rzeczywiście trudno przejść do porządku DZIENNEGO nad tym lovecraftiańskim skrzywieniem. Houellebecq nieźle uchwycił zanurzenie Lovecrafta w dźwięku – te wszystkie mlaskania, charkoty, rzężenia, które doprowadzały jego prozę na skraj onomatopeicznego obłędu. To ten sam pierwiastek. Skrzek, krzyk, szelest, naśladowanie i zwielokrotnienie echa w korytarzach starożytnych piramid. –W.Kowalski
Z warstwy lirycznej Więcej wynika mniej więcej tyle, że ”więcej” to i tak zawsze za mało. Dla Małolata Więcej wydaje się z kolei jak w sam raz – 10 lat po ”klasycznym” (dla tych, którzy w 2005 roku byli dzieciakami), ale nierównym debiucie młody Kapliński wraca z płytą, która z jednej strony bombarduje przestrzennymi, czasem wręcz pompatycznymi i przegiętymi bitami (w ”Dobrze Żyć” to prawie jakaś footworkowa mutacja), z drugiej sięga po rekwizyty i motywy znane z Muzyki Rozrywkowej i Dziś W Moim Mieście – kluby, dupy, hajs, ich błahość i znienacka rodzina, przemijanie, albo i – kto wie – śmierć. Uczciwie rzecz biorąc, Małolat już w wieku 14 lat obrał drogę, która polegała na wyciąganiu słusznych wniosków z patentów brata – nie jest to droga najłatwiejsza, a na tle podziemia naśladującego Mesa, Laika czy Smarka nie aż tak oczywista. Uwikłany w niezwykle przykrą przygodę ciała Pezet daje tu zresztą gościnną zwrotkę, niemal równie gorzką, jak ta z ”S.O.S” Borixona – choćby dla niej warto sprawdzić ten zaskakująco fajny materiał. –Ł.Łachecki
Kilka miesięcy temu o Ghost Bath mówiło się jedynie w kontekście chińskiej nadziei hipsterskiego black metalu. Dziś wiadomo już, że był to jedynie epigoński zabieg mający zapewnić zespołowi niezbędny medialny rozgłos, a kolektyw faktycznie nadaje z Dakoty Północnej i cholernie blisko im do wizji muzyki kalifornijskiej paczki wieślarza Kerry’ego McCoya. Tegoroczny Moonlover to bowiem pokłosie popularności patentów wykorzystanych przed dwoma laty na Sunnbather wymieszane z groteskowością ich utrzymanego w konwencji depressive blacku debiutu – Funeral. Podgatunku, którego ostatnie dzieci brzmią bardziej satyrycznie niż samobójczo-groźnie, jak w pierwotnym zamyśle dźwięczeć miały. Potrzebny dowód? Weźmy na przykład największy walec z Moonlover – "Golden Number". Utwór ten spokojnie mógłby w jakimś stopniu mierzyć się z kompozycyjną wielkością blackgazingowo-post-rockowych "The Pecan Tree" i "Dream House" Deafheaven, stanowić swoisty zgrabny pastisz, gdyby nie kiczowate pianinowe outro bawiące tak samo, jak nieudana inwokacja kryjąca się pod pierwszym indeksem, "The Sleeping Fields". W całym zestawieniu zdecydowanie najrówniej prezentuje się nie tak bogato przyozdobiony w ekspresyjność, ale wygrany ultrapoprawnie "Happyhouse". Reasumując: to nie jest zła płyta, ba – nawet dobra. Zanotowano tu najprzyjemniejsze riffy od czasów wspomnianego Sunbather, a użytkownicy sieci cieszą się niesłychanie, bo Ghost Bath jako trzeci dołączają do wąskiego grona zespołów zrzeszonych pod internetowym tagiem "pink-gaze". Tak więc w oczekiwaniu na trzecie LP Deafheaven słuchajcie tylko tego lub też dwóch ostatnich płyt holenderskich An Autumn for Crippled Children. –W.Tyczka
Nuda, panie. Niestety ten wyświechtany frazes ma rację bytu, szczególnie w kontekście tego, że Barnett wyraźnie zainspirowana jest PJ Harvey, Hole czy Liz Phair. A Ile razy, drodzy słuchacze, słyszeliście już kalkę PJ Harvey albo innej Liz Phair? Na pewno zbyt często. I choć zdarzają się na Sometimes I Sit And Think, And Sometimes I Just Sit utwory relatywnie udane ("Depreston", "Pedestrian at Best") to niestety płyta zbyt często grzęźnie w zalewie monotonnego, męczącego indie-rocka. Niech przykładem będzie tutaj chociażby wołające o pomstę do nieba "Kim’s Caravan", bo o pozostałych trackach nie chcę pamiętać. Wciąż wolę jednak Barnett od irytujących pieśniarek pokroju Angel Olsen i Waxahatchee i tylko dlatego moja ocena debiutu Australijki jest neutralna. -J.Marczuk