Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Rashada Hardena nie ma z nami już od ponad roku. Nie pamiętam, by śmierć któregoś muzyka przybiła mnie w podobny sposób – odejście twórcy u szczytu swoich możliwości, wizjonera i ogromnego talentu. Double Cup jest jedną z moich ulubionych płyt dekady, absolutnie wybitnym dziełem pozostawiającym w dali resztę footworkowych wydawnictw. 6613 to pierwsze pośmiertne wydawnictwo Rashada w barwach Hyperdubu. Cztery kawałki, jak mniemam dopieszczone przez jego Teklife'owych pobratymców, razem niespełna kwadrans muzyki. I jak to wyszło? Rashad jak Rashad, brzmi jednakowo – czyli wspaniale. To jest dokładnie to wcielenie, które pokochaliśmy i w zasadzie trudno jest coś więcej napisać. Jeśli ktoś lubił longpleja, to i to sprawdzić powinien. Choć rozgrzebywanie dorobku martwego kolesia może się komuś nie podobać, to, z drugiej strony, myślę, że sam autor nie miałby nic przeciwko temu. Szczególnie gdy jego spuścizna jest tak niesamowicie dobra. –A.Barszczak
Zabawne, że całą recenzję tej płyty da się zamknąć w jej dwóch tytułach – roboczym 74 Is The New 24 (tak określano płytę przed premierą) i finalnym Déjà Vu, pod jakim trafiła do sklepów. Dziadek Moroder pokazał, że umie tak jak jego wnuki, a efektem jest zbiór przypadkowych, nudnych, typowych EDM-popowych łupanek, które sprawiają wrażenie, jakbyśmy już je kiedyś słyszeli (nie wspominając nawet "Tom’s Diner"). Jedyny utwór z tej płyty, który warto znać, to numer z Kylie. –K.Babacz
Mam wrażenie, że Stephen Bruner na swoim najnowszym wydawnictwie nieco nam ”znormalniał” i uładził swoje kompozycje. Tym razem bez basowej ekwilibrystyki i rwanej narracji właściwej dla swoich poprzednich wydawnictw, ale za to z dużą dozą subtelności i wyciszenia po raz kolejny eksploruje rejony soulu, psychodelii i fusion. Ha, mógłbym wrzucić tutaj tysiące innych gatunków i podgatunków, ale po co − doskonale przecież wiemy, że próba łatwej kategoryzacji muzyki Thundercata z góry skazana jest na porażkę. Współprodukowana przez FlyLo, który notabene wymiótł ostatnio w Teatrze Studio, The Beyond / Where The Giants Roam to tylko szesnaście minut muzyki i sześć kawałków, ale nie sposób nie docenić refleksyjnej, rozleniwionej ballady ”Song For The Dead” czy eleganckiego w kontekście produkcyjnych detali ”Them Changes” (Kamasi Washington na saksie!). Największą robotę robi tutaj jednak ”Lone Wolf And Cub” (pojawia się Herbie!) z czarownym refrenem i przepięknymi gitarowymi plecionkami. Na początek lata nie znajdziecie lepszego wydawnictwa do popołudniowej sjesty na hamaku, więc bierzcie tę EP-kę w ciemno. −J.Marczuk
Jak na "moje ucho", pochodzący z Murmańska kolo wydaje się być rosyjskim Fortem Romeau czy Leonem Vynehallem. Z tym że: przy Music For The Uninvited nie ma srania po krzakach, to za wysoka półka. Ale niewątpliwie AL-90 plasuje się w podobnym stylistycznym przedziale, gotując całkiem syty wywar o smaku outsider house'u czy tape house. Na razie wypuścił to mały label Fuselab, ale z takim materiałem można było uderzać do 1080p, bo to "ich granie". Sami sprawdźcie, jak "mglistą", "nocną", "smolistą" (trop Buriala nieunikniony), a jednocześnie jak relaksującą muzykę, zawiera sofomor CODE-915913. Początek snuje się może nieco bez polotu, tonąc w klimatycznej zawiesinie, ale za chwilę wszystko się rozkręca. Już od "Experienced Girl", gdzie odzywają się wokal-sample uduszone w lo-fi-dance'owym sosie, po czym wątek kontynuuje "Melancholia Staroy Pornozvezdy", doprawiony żałosnymi smyczkami, a następnie duszny ambient-house "Vectornaya Eyforia". I w zasadzie producentowi nie brakuje pomysłów aż do końca, bo "Samoudovletvoris' Suka", "Pandora 9.0", "913" czy "Ona Hochet Eshe", to tracki nie dość że z własną tożsamością, to jeszcze misternie uzupełniają cały nakreślony tok. Oczywiście, mam świadomość, że techno czy house wciąż "wciera niemiecką maść", ale może czasem warto sprawdzić, co wyrabia się na wschodzie, bo tam też są w temacie. −T.Skowyra
Nowy krążek Florence + The Machine nie zmienia ich statusu w moich oczach: Brytyjce i spółce nadal zdarza się nagrać dobrą piosenkę, ale w większości ich numery to dosyć przewidywalne odpryski, które zachwycą co najwyżej umiarkowanie obytego słuchacza. I ja mu tego nie odbieram, niech bierze, co jego. Osobiście mam jednak nieco wyższe wymagania i dla mnie How Big, How Blue, How Beautiful nie jest płytą ani wielką, ani potężną, ani piękną, a co najwyżej bezskutecznie silącą się na zasługiwanie na te określenia za pośrednictwem majestatycznego wystylizowania i wszechobecnych wątków religijnych. Więcej tu gitar i szarżujących bębnów niż wcześniej, choć obok szarpiącego gdzieś tam w głębi nerwów Screamadeliki "Mother" najlepiej wypada akurat ascetyczna balladka "Long & Lost". To nie jest jakiś szczególnie zły album, ale jedno jest pewne – z każdego kolejnego wydawnictwa Florence zostaje mi coraz mniej. –W.Chełmecki
Podstawowy problem Young Thuga uwydatnia się na obszarze społecznym: ludzie z racji przylgniętej doń łatki ksera Wayne'a i Future'a nie do końca mają cierpliwość i nie potrafią traktować go jak pełnoprawnego rapera z tysiącem pomysłów na flow, ciekawymi ad-libami, uchem do hipnotyzujących podkładów i przede wszystkim bardzo odważnym, często wymykającym się przyjętym standardom zmysłem muzycznym. Stylówka Thuggera na pierwszy rzut oka może oczywiście przytłoczyć. Wydaje się aż nazbyt enigmatyczna, dziwaczna, średnio odnajdująca się całościowo w realiach współczesnego mainstreamowego rapu, ale wbrew pozorom, już po odpowiednim oswojeniu, potrafi uderzyć ze zdwojoną siłą. Gość przy pomocy zestawu autorskich narzędzi stylistycznych, takich jak autotune'owe zaśpiewy, zmasowana neosemantyzacja, skrzeki, krzyki, podbicia czy z drugiej strony umiejętne zarządzanie szeptem, kreuje równoległą, przećpaną rzeczywistość totalnie na swoich warunkach i albo się ją kupuje, albo nie. Mnie się podoba i warto przy tym dodać, że jeżeli już Barter 6 potrafił tak radykalnie podzielić odbiorców na kilka grup, to aż strach pomyśleć, co się w stanie po premierze zapowiedzianego jakiś czas temu Metro Thuggin'. –R.Marek
Chcesz wejść w świat polskiego dub techno? Paide, Hatti Vatti i Fischerle (kolejno: Paweł Dunajko, Piotr Kaliński i Mateusz Wysocki) przygotowali dla ciebie Szmery. Ten składak to przede wszystkim propozycja pasjonatów skierowana do człowieka, który chce poznać jak najszersze spektrum gatunku. W ten sposób kolejni wykonawcy kładą inaczej naciski na "dub" i "techno" w metryczce: z jednej strony spotykamy tradycyjne zawodowstwo Session View, a z drugiej głębokie ukłony Echo_TM dla Upsetters i Kinga Tubby'ego. Szmery powstawały dwa lata, mają w trackliście wyjadaczy oraz świeżaków i przede wszystkim świetnie brzmią. Obczajcie, mega warto! –R.Gawroński
Całkiem dawno Dâm-Funk zapowiedział nowego longpleja, ale jakoś na razie nic się w tej sprawie nie ruszyło. Ponoć w tym roku wreszcie ukaże się Invite The Light, na co bardzo liczymy, natomiast chyba w roli miłego oczekiwania Damon Riddick podarował światu darmową EP-kę STFU. Tak chyba należy to odczytywać, bo te wyluzowane, sączące się jamy spowite damfunkową aurą może i brzmią jak odrzuty z Toeachizown, ale i tak można się przy nich solidnie wychillować. Najbardziej konkretnym wydaje się tu "Free", czyli zamykający wydawnictwo, elegancko skrojony, ponad ośmiominutowy joint kończący się gitarowym solo. No i fajnie, teraz czekamy na tego długograja, który powinien pokazać, kto już od jakiegoś czasu rządzi całym tym funkiem. –T.Skowyra
Drogi Morganie, długo kazałeś nam na siebie czekać, ale nie będę ukrywał, że warto było. Dwa kawałki z nie byle jakim gościem to zawsze coś! Ze strony współzałożyciela Metro Area nie ma tutaj żadnej wolty stylistycznej, ale w ogóle mi to nie przeszkadza. Znów mamy do czynienia z intensywnymi kaskadami synthów i powykręcanymi biciwami odwołującymi się zarówno do r&b i house’u, jak i do minimal techno, ale nowojorczyk scala to (jak zwykle) z taką klasą, że słuchanie "Calling Card” i "Mezzanine” (oraz ich dubowych odsłon) jest wielką przyjemnością. A Jessy Lanza? No cóż, jej Pull My Hair Back jest zasadniczo bliskie stylistyce Geista, więc chyba nie muszę dodawać, że Kanadyjka poradziła sobie znakomicie. Jeżeli ta EP-ka ma być wprawką do kolejnego Double Night Time, ale tym razem z wokalami Lanzy, to z miejsca jestem kupiony! –J.Marczuk
Niespodziewanie zeszłoroczna EP-ka Alexandra Goryacheva stała się dla mnie jedną z najbardziej przyjemnych i dających mi najwięcej bezpośredniej radochy porcji muzyki, z jaką ostatnio obcowałem. Tamte kawałki z jednej strony były niesamowicie maksymalistyczne, ale opierały się jednak na klarownych, pioruńsko zaraźliwym motywach, które pokochałem. W takiej sytuacji nie dziwne, że na następne wydawnictwo Osiemset Trzynastki czekałem z dużymi nadziejami. W końcu przyszło Body Race i co? No, tak jakby to już nie to. Dostajemy znowu trzy indeksy, brakuje im jednak oddechu i jakiegoś nieskwaszonego uśmiechu. To nieznośnie przesłodzona i agresywna wariacja na temat PC Music - całość jest głośna, narzucająca się, a jednocześnie niezbyt nośna i chwytliwa (na pewno nie w takim stopniu, jak XOXO EP). Nie zrozumcie mnie źle – dalej jest to bardzo dobra muzyka warta obczajenia. Kciuk nie wędruje do góry głównie z rozczarowania. Też lubię Adventure Time, ale 813 stać na więcej. -A.Barszczak