Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Czym właściwie jest nagrany przez Ryana Adamsa cover album całego 1989 Taylor Swift? Świadectwem zagubienia starzejącego się muzyka, który kiedyś tworzył przyjemne, post-Nebraskowe pitu-pitu, a dziś nie potrafi dostroić się do panujących warunków? Próbą pozyskania złaknionej autentyczności publiki Wychowanego na Trójce? Prztyczkiem w nos odnoszącej sukcesy, lecz otoczonej armią sidemanów, Taylor Swift, a może przeciwnie – hołdem dla lubianego albumu będącego skutkiem jej odważnych decyzji? Czymkolwiek by nie był, na pewno nie jest czymś, na co warto poświęcać czas. Autor powołuje się na inspirację The Smiths i ja niespecjalniewiem, co ma na myśli – może gitka w "Wildest Dreams" mogłaby wyjść spod ręki Marra w alternatywnym świecie, w którym Marr jest mniej kreatywnym gitarzystą, ale całe to gadanie zakrawa na gruby nietakt. W dodatku co ciekawsze piosenki Swift zostają tu sprowadzone do poziomu płaskich, ckliwych balladek: zapomnijcie o trademarkowym drivie "Shake It Off" czy wciągającej narracji "Clean". Nie polecam, chyba że jarają Was popkulturowe rozkminki przy kominku. -W.Chełmecki
Nie jest to może kolejne Summerteeth, ani tym bardziej kultowe Yankee Hotel Foxtrot, jednak trzeba przyznać, że Jeff Tweedy i spóła od lat konsekwentnie grają swoje i cały czas im to wychodzi. Głos Jeffa wzrusza mnie zresztą od zawsze, ale to temat na osobną dyskusję. Dziewiąta propozycja wydawnicza pochodzących z Wietrznego Miasta muzyków to kolejna dawka rasowego alt-country z domieszką indie popu i choć gdzieniegdzie Amerykanie przynudzają i cały czas bazują na minionych doświadczeniach (raczej nie spodziewajcie się niespodziewanego), to i tak mogą wpisać sobie do CV kilka kolejnych bardzo dobrych piosenek. Wzruszające "You Satellite”, ożywczy, stający w szranki z "War On War” "Random Name Generator” czy czułe "Magnetized” – to tylko pierwsze z brzegu przykłady. I mimo że całość trwa niecałe 34 minuty, to jestem pewien, że ich Star Wars okażą się tymi najbardziej wartymi odnotowania w tym roku. –J.Marczuk
Gdy już przyjąłem do wiadomości, że grime to nie tylko rapsy, ale przede wszystkim charakterystyczne produkcje, tak bardzo oparte na rytmie, pojawia się Louis Carnell i po raz kolejny burzy mój światopogląd. Visionist podobno jest grime'em. Podobno, bo choć jest tak kategoryzowany tu i ówdzie, jego muzyka w znacznej mierze opiera się na ambientowych pętlach, strzępkach odgłosów, przestrzennych dźwiękach syntezatorów, a nie na bitach, które, choć gdzieniegdzie występują, nigdy nie grają pierwszych skrzypiec. Trudno rozmawiać o pojedynczych utworach – są one do siebie bardzo podobne i nie wyobrażam sobie słuchania ich w oderwaniu od całości. A ta skupia się na budowaniu specyficznego, kontemplacyjnego, ale nie do końca określonego nastroju. Nie ma do czego potańczyć, ciężko na czymś zawiesić ucho, ale w tworzeniu własnego środowiska utkanego z dźwięków Safe radzi sobie świetnie. Bardziej powściągliwy niż Lotic, ale nie tak bezpłciowy jak M.E.S.H, Visionist lokuje się obecnie w czołówce producentów poszukującej, abstrakcyjnej elektroniki. –A.Barszczak
Urodzony w Polsce, a obecnie mieszkający w Brooklynie Jakub Alexander wypuścił niedawno swój drugi album. O ile na debiucie Loyal z niezłym skutkiem zajmował się głównie ambientem w rodzaju, powiedzmy, Tima Heckera, tak na sofomorze poszerzył stylistyczną paletę o puls Detroit, wątki minimal techno czy fluid outsider house'u, a wszystko to zostało przefiltrowane przez ultrafiolet Boards Of Canada. Jak dla mnie producent świetnie na tym wyszedł, bo nie dość, że na Body Complex właściwie brak słabszych fragmentów, to jeszcze spokojnie możemy pobawić się w wyłanianie highlightów. U mnie wygląda to tak: wykazujący pokrewieństwo z wyblakłym techno labelu 1080p "Interior Architecture Software", szukający powiązania z house'owymi poematami Music For The Uninvited "Personal Kiosk", pochmurny, przepełniony niepokojem w duchu "Pillowcase" Dntela, ambientowy "Holographic Lodge" i wreszcie wirujący, elektroniczny quasi-shoegaze w stylu wczesnego Seefeel, closer "Thought Palace". Innymi słowy: nie mogę powiedzieć o najnowszym krążku Heathered Pearls złego słowa, a wręcz przeciwnie – na usta cisną się same pochwały. –T.Skowyra.
Z każdym kolejnym wydawnictwem muzyka Autre Ne Veut przybierała coraz to bardziej "ucyfrowionych" barw. Cała brzmieniowa transformacja będąca oczywistym wynikiem śledzenia panujących w najbardziej współczesnym pbr&b trendów, swój punkt kulminacyjny i zarazem upust przebojowości miała gdzieś na wysokości uwielbianego przez nas "Play By Play". Dzisiejszy ANV to zaledwie kalka przeszłych osiągnięć. Owszem, mamy tutaj parę wartych odnotowania momentów: całkiem dobry start, kilka poprawnie napisanych, niemal audiofilsko wypieszczonych od strony produkcyjnej utworów, ale na nasze nieszczęście niewiele później zderzają się one się z nazbyt elektroniczną pop-papką. Przeprowadzka z Software do Downtown Records zaowocowała spłaszczeniem i "zmainstreamizowaniem" artystycznej wizji projektowanej przez niego na poprzednich albumach. Trochę taki casus następnego How To Dress Wella złapanego w pętli czasu bez wszystkich swoich DIY atrybutów. Jak głosi sam tytuł, momentami jest tu niezwykle "przezroczyście". –W.Tyczka
DJ Spinn jeden z filarów Teklife, współautor połowy Double Cup wydaje czteroutworową EP-kę dla Hyperdubu. Taki opis powinien zachęcić do odsłuchu większość miłośników juke i footworku, o ile jest to potrzebne i już tego nie zrobili. Pisałem już na łamach Porcys o ostatnim pośmiertnym wydawnictwie Rashada , z tym że... Off That Loud zdaje mi się lepsze. Jest tak zapewne dlatego że produkt Spinna nie jest żadną powtórką z rozgrywki. Każdy z kawałków poszukuje jakichś nowych ścieżek dla swojego gatunku. ”Throw It Back” przygniata swoim ciężarem i z lamusami się nie pieści, ”The Future Is Now” krzyczy pozdro techno!, a utwór tytułowy pozwala na chwilę oddechu przed ostatnią stacją.
Największą kosą w tym zacnym zestawie jest znany już wcześniej, rewelacyjny wałek z gościnnym udziałem Danny'ego Browna na majku oraz nieodżałowanego DJ Rashada w roli, jak mniemam, pomocnika produkcji. ”Dubby” z gracją łączy jungle’owe bębny, dubowe basy i jazzową melodykę sampla z maniakalnie powtarzanymi wersami z ust naszego nie-do-końca-uzębionego przyjaciela. Choćby dla tego utworu warto sprawdzić tę EP-kę, bo na chwilę obecną to moja czołówka singli tego roku. Czyli nie w kij dmuchał. –A.Barszczak
Prawie pół roku temu Prurient wyszedł naprzeciw wszystkim tym, którzy mimo upływu miesięcy, wciąż pozostają w uczuciowym związku z zeszłorocznym OST do Beyond The Black Rainbow. Dodatkowo twierdzą, iż "carpenterowski" synth lat osiemdziesiątych (z włączeniem tegorocznego Lost Themes) niezmiennie pielęgnuje ich poczucie estetyki, a oprócz tego, z ciekawości – w celach czysto poznawczych, chcieliby kiedyś sięgnąć po outsiderski pakiet dźwięków nieprzerwanie rezonujący na dnie przemysłowych piwnic. I tutaj materializuje się skomponowana przez Brytyjczyka płyta Frozen Niagara Falls – około-industrialny gatunkowy crossover będący dotychczas najbardziej kompleksową i najprzystępniejszą, niemal popową wizją tegoż rodzaju muzyki. Materiał marginalizowany przez harshowych ortodoksów spod znaku Government Alpha oraz miłośników brutalnych dadaistycznych kolaży Kazumoto Endo swoich wyznawców znalazł przede wszystkim w kręgach "odnoise’owionych", gdzie zachwyca atmosferycznością nieskorodowanej Anny Gardeck zderzoną z wizją Prurienta ery Bermuda Drain (pierwszy w dyskografii artysty tak otwarcie mówiący o chęci ocieplenia wizerunku muzyki noise album). Już bardzo dawno, bo od czasów drone noise’u Yellow Swans (Going Places), nie było na świecie tak głośno o jakimkolwiek wydawnictwie z tej gatunkowej niszy. –W.Tyczka
Szczerze mówiąc, nie jestem metalowym specjalistą. Co prawda moja znajomość blacku daleko wykracza poza Deafheaven i dwa kawałki Burzum, ale liczba płyt z tego gatunku, które rocznie obczajam daleka jest od biblijnej liczby bestii. Zespół ten sprawdziłem stosunkowo niedawno, zachęcony różnymi opiniami w Internecie. Wprawdzie płyta jest z lutego, ale na dobre płyty nigdy nie jest za późno, a jesienna aura tylko sprzyja chłonięciu takiej muzyki. Misþyrming to projekt dwóch gości (obecnie skład jest poszerzony z racji koncertów) z Islandii, gdzie rola jednego z nich ogranicza się do tłuczenia w bębny. Nie jest to żaden hipster metal, ani teologiczno-awangardowe granie spod znaku Deathspell Omega. Pieśni Ognia I Chaosu (tak Google Translate tłumaczy tytuł) to zwarta porcja kreatywnego i ciekawego, ale jednak stricte blackowego napierdalania. Utwory nie są na jedno kopyto, riffy są rozpoznawalne, a całość trzyma klimat inny i ciekawszy niż sesja RPG w piwnicy. Jeśli nie macie problemu z szatanem, to polecam gorąco, bo być może to już teraz najlepsza kuc-muza, jaka ukaże się w tym roku –A.Barszczak
Pamiętam, że Wakin On A Pretty Daze fajnie płynęło i dobrze się tego słuchało. Z nowym krążkiem Vile nie jest już tak miło. Wszystko obraca się w jakiejś dylanowskiej manierze albo brzmi jak Kozelek na dzikim zachodzie, czyli mówiąc wprost − typ przynudza. Kompozycje nie grzeszą oryginalnością i mogą zadowolić chyba tylko tych, którzy cenią "proste piosenki do nucenia". Poza tym ich statyczność zamiast hipnotyzować nuży. Na szczęście nie wszystkie piosenki są tak mętne: opener jest całkiem przytomny, "Life Like This" rytmiką przypomina trochę szkieletowe formy z Field Of Reeds, psychodeliczny instrumental "Bad Omens" jest okej, no i "Dust Bunnies", najlepszy na b'lieve i'm goin down..., gdzie Kurtowi udało się machnąć niezły, zapamiętywalny refren. Ale w związku z tym, że przy reszcie się wynudziłem, to całość oceniam tylko i aż... no średnio. −T.Skowyra
Jeśli wpiszecie imię i nazwisko gościa stojącego za RP Boo w wiadomą wyszukiwarkę, ta zapyta: "Czy chodziło Ci o: Kevin Spacey?". Mnie zapytała, ale jednak zostałem przy haśle Kavain Space. Jeśli nie znacie gościa, to musicie wiedzieć, że jest jednym z przedstawicieli chicagowskiego footworku, na koncie ma już debiut z 2013 roku Legacy, a jego stary zapylał kiedyś na basie u Prince'a. Jednak dopiero Fingers, Bank Pads & Shoe Prints pokazuje, że Space potrafi odnaleźć się w rytmicznych repetycjach, unikając znużenia (choć pełen dystans LP czasem trochę męczy), a przy tym wykręcać hipnotyczny ("Heat From Us") i taneczny ("Let's Dance Again") vibe. Może to nie jest Double Cup, ale w tym roku czołówka z kręgu juke/footwork, o czym siedzący w temacie pewnie wiedzą już od jakiegoś czasu. Coś jeszcze? Tak: "mothafuck your favorite DJ". −T.Skowyra