Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Za sprawą enigmatycznego duetu z wytwórni Drake'a, r&b w końcu wraca do dwóch cnót z którymi ten gatunek był zawsze kojarzony: subtelności i zmysłowości. W czasach gdy The Weeknd wpycha nam do głowy swoje hedonistyczne, halucynacyjne fantasmagorie, a jego poplecznicy dążą do przeobrażenia współczesnego popu w jak najbardziej surową i mroczną formę, dvsn to projekt stojący gdzieś z boku i pielęgnujący swoją autorską wizję. Doświadczanie tej płyty przypomina randkę w eleganckiej restauracji, którą umila zacne towarzystwo i dobry alkohol. Wysmakowane, delikatnie snujące się melodie są więc kompletnym przeciwieństwem proponowanego przez większość nowożytnych piosenkarzy, szybkiego seksu w brudnej klubowej toalecie. –Ł.Krajnik
Przeczytałem kilka recenzji najnowszej propozycji Massive Attack i wciąż nie mogę zrozumieć, o co chodzi. Większość z nich podkreśla "powrót do dobrej formy", wspomina o dusznej atmosferze i ogólnie jest bardzo pozytywna. Błagam, przestańcie żartować. Soundowe operowanie emocjami składu z Bristolu w latach dziewięćdziesiątych było czymś z pogranicza magii. Było czymś tak autorskim, oryginalnym i nieporównywalnym z niczym innym, że do dziś coś zatyka w gardle, gdy odpali się Mezzanine, więc o jakim powrocie mowa? Te cztery tracki na Ritual Spirit są co najwyżej nieporadną próbą przywrócenia świetności czy nikłym nawiązaniem do wspaniałych czasów i Tricky lub pozostali goście w niczym tu nie pomogą. Wszystko zostało złożone w nieinwazyjną, "nowomuzyczną" kliszę skaczącą od Four Teta do Matthew Deara czy Bonobo. Szkoda, bo nic nie wskazuje na to, aby sytuacja poprawiła się na kolejnych nagrywkach MA. –T.Skowyra
Jeśli ktoś zastanawia się, dlaczego Moderat cieszy się w naszym kraju taką estymą, to mogę szybko udzielić takiemu komuś odpowiedzi. Jedno słowo: Trójka. Niemieccy producencki są wręcz znakiem firmowym ALTERNATYWNEJ linii trójkacore'u, właściwie od lat grając ten sam repertuar oparty na burialowym stepie. Jeśli chodzi o mój stosunek do Moderatu, to przyznaję, że z trudem przychodzi mi odróżnianie ich kawałków, a wysłuchana płyta prędko wylatuje z pamięci. To może nie jest jakieś katastrofalne granie – jest tylko zwyczajnie nudne, oklepane i z metką 2009 roku. Dlatego niestety poddaję się przy słuchaniu sprawnie skleconych utworów, takich jak: "Running", "Reminder" czy "Intruder", ale wiem, że są tacy, którym skacze ciśnienie na wieść o przyjeździe tria na polskie festiwale. Toeachizown. –T.Skowyra
Są z Bloomington w stanie Indiana, jest ich czworo i właśnie wydali swoją kolejną kasetę w nakładzie zaledwie 150 egzemplarzy. Jej tytuł to po prostu Tape #3. Wiemy też, że wszystko zaczęło się od solowego projektu Drew Auschermana, który zaprosił do współpracy basistę Kevina Krautera, perkusistę Jamesa Allena oraz gitarzystę Keagana Beresforda. W zasadzie na tym kończą się ogólnie dostępne informacje na temat grupy Hoops. Mógłbym spróbować dopytać o więcej, chociażby pod nagraniem zamieszczonym na Youtube, ale ktoś już mnie uprzedził i otrzymał ripostę "najpierw opowiedz coś o sobie”. W takim wypadku również zachowam anonimowość i skupię się na samym materiale.
Trójka jest dotychczas najkrótszą kasetą Hoops, bo trwa zaledwie 12 minut. Czuję niedosyt, ale może to właśnie dzięki temu, ani przez chwilę nie byłem znużony. Pięć utworów składających się EP-kę to absolutne strzały w dziesiątkę niskobudżetowego piwnicznego popu. Jeśli potrzebujecie kogoś, kto gra muzykę zbliżoną do rdzennego Ariela Pinka grubo przed podpisaniem kontraktu z 4AD, gdy jego nagrania były naprawdę lo-fi, koniecznie sprawdźcie nowe nagrania Hoops. –A.Kasprzycki
To ja może – zamiast argumentować dlaczego Santigold na 99 Cents chciałaby być popową idolką miłośników Gang Gang Dance, a jest tylko takim-takim echem M.I.A. i Grimes – zajadę anegdotką: ostatnio odprowadzałem zajebanego jak szpadel najlepszego kumpla do domu. Przyjaciel gibał się na wszystkie strony, mylił kierunki i sylaby, omal nie zsunął się ze skarpy. Jako że miał też przy tym dobry humorek, umilał nam wędrówkę muzyką ze swojego Samsunga. Pod koniec drogi puścił Santigold, a właściwie ja puściłem na życzenie, bo akurat nie dawał rady trafić w ekran. Na pytanie co mu się w tym podoba, długo nie umiał znaleźć odpowiednich słów. Po dłuższej rozkmince zakomunikował w końcu: "nO boe to-tHHOo-to jest takiije sp-spokhhho". Koniec anegdotki. –W.Chełmecki
Od kilku ładnych lat out-of-the-box thinking w obrębie mainstreamowego drone metalu to domena amerykańskiego The Body. Duet z Portland przechodził już przez wszystkie etapy unifikacji ciężkiej muzyki gitarowej z innymi (zaryzykujmy określenia) eksperymentalnymi formami: począwszy od zespolenia majaczeniowych riffów z zarówno instrumentalnym, jak i generowanym komputerowo ambientem, przez noise (rock), hardcore punk, niskotonowy doom, czy ostatnimi czasy death industrial i power electronics. Przesuwający granicę muzycy zaliczali zarówno intrygujące wzloty (Christs, Redeemers, I Shall Die Here) oraz spektakularne upadki (xoroAHbin) i wciąż brakowało im definiującego dotychczasową tułaczkę albumu. Lukę tę planowali wypełnić "popowym" w ich rozumieniu No One Deserves Happiness. I rzeczywiście coś z podsumowania dziedzictwa w tym krążku jest. Przede wszystkim rezonuje w rejonach bliskich zeszłorocznemu The Tears Of Job, ale nie popełnia raz jeszcze błędu niezbyt przystępnego i nieproporcjonalnego podzielenia materiału na konkretne mikrokompozycje. Oprócz tego odświeża starą fascynację podniosłymi wokalizami, która kiełkowała w ich twórczości zaraz na początku kariery, na wysokości awangardowego All The Waters Of The Earth Turn To Blood, a także dalej eksploruje sludge'ową głębię spod znaku Thou.
Wszystko to składa się na całkiem sympatyczną śpiewaną industrialną całość, która śmiało mogłaby wpisać się w kanon nieortodoksyjnego post-metalu, gdyby nie wrażenie, że The Body potrafią wykrzesać z siebie jeszcze więcej i skompilować mniej chaotyczną, nie tak rwaną płytę, bo przecież wertując ich nie tak znowu obszerną dyskografię, na luzie wskazać można 6 utworów, które dużo lepiej zagospodarowałyby siedem minut, które roztrwoniło "Prescience". Goście podejmowali współpracę z zajebistymi personami, potrafią spłodzić naprawdę fenomenalne numery, ale brakuje im jakiejś produkcyjnej ogłady. Wypadałoby trochę zwolnić, nie bombardować trzema krążkami rocznie i może już czas zatrudnić koordynatora działań zbiorowych pokroju Kanye Westa? –W.Tyczka
Lustwerk zawsze siekał wzorowy deep house, a dj mix 100% Galcher był jednym z najświeższych spojrzeń na przerzutą scenę tej klubowej niszy, gdyż oprócz klasycznego oldskulowego soundu kojarzonego z monofonicznymi analogami potrafił też zachwycić progresją w stronę zmarginalizowanego house rapu. Dziś Glacher połączył siły z Alvinem Aronsonem i sumptem swojego całkiem świeżego labelu wypuścił pozycję dużo bardziej "techno", niż moglibyśmy się po nim spodziewać. Studio OST to takie swobodne sprawozdanie z najntisowych trendów podszyte quasi-ambientowymi loopami (rzućcie uchem choćby na wyróżniające się "ITCZ" i "Speed City" czy dwuminutowe preludium), które dobrze "zdelayowane" i "zreverbowane" stworzyłby całkiem interesujące niezależne byty. Para producentów pływając na przecięciu gatunków, ale zachowując przy tym wszystkie przymioty wyróżniające ich solową twórczość, łączy laidbackowy medytacyjny charakter z parkietowym zacięciem i taka propozycja może znaleźć fanów nie tylko w osobach, które dały się Lustwerkowi i Aronsonowi oczarować już trzy lata temu. –W.Tyczka
Może The Saturdays nie cieszyły się nigdy w Polsce aż taką popularnością co inne brytyjskie girlsbandy, jak chociażby Sugababes, ale doczekały się wzmianki w "Fakcie", co o jakimś sukcesie świadczy. Od jakiegoś czasu odpoczywają i wstrzymują się z wydaniem kolejnego albumu. Okres przerwy dobrze wykorzystała jedna z Sobótek – Vanessa White. Ze względu na szeroką skalę głosu pozostałe dziewczyny nazywały ją swoją Christiną Aguilerą. Teraz Vanessa postanowiła dać upust swoim namiętnościom do R&B.
Chapter One to [chwilowe?] pożegnanie Vanessy z dance–popem. Jeśli pokochaliście ją w czasach, gdy razem z The Saturdays supportowała Jonas Brothers, jej solowa EP–ka może sprawić, że spadną wam kapcie. Tutaj Brytyjka raczej składa ukłony dla Janet Jackson czy Brandy. Ale nie jest to jakieś revivalowe wydawnictwo, świeżości dodają mu też featuringi – jak np. raper Wretch 32 w "Lipstick Kisses". Z kolei w "Relationship Goals" znajdziemy polski pierwiastek – Chloe Martini. Wkład utalentowanej ciechanowskiej beatmakerki jest niezaprzeczalny, wsparła White swoim wrodzonym wyczuciem do zlepiania dźwięków, czyniąc kawałek najmocniejszym punktem EP–ki.
Chapter One wydaje się być dowodem na to, że kiedyś każda dziewczyna w końcu dorasta i przestają ją bawić piosenki o szukaniu miłości na dysotece. –A.Kania
W różnych miejscach czytałem, że to bardzo popowa płyta z ciekawymi tekstami napisanymi, co podkreślano, PO POLSKU, a także natknąłem się kilka razy na porównania Julii do Marii Peszek czy Meli Koteluk. Zwykle wiem, jak kończy się słuchanie płyt opatrzonych podobnymi opisami czy referencjami. Ale nic to, wyhajpowany "Tarantino" nie zapowiadał klęski, ale nawet zachęcał do zapoznania się z całym Proxy. Jeśli chodzi o lyriksy, to jakoś nie trafiają do mnie linijki typu: "Wiesz o mnie więcej niż Google", "Chodzę po Tesco i myślę o seksie" czy "Śniło mu się, że życie to pasek ładowania" – miało być świeżo i intrygująco, a wyszło jakoś sucho i schematycznie (mamy 2016 rok!). Natomiast MUZYCZNIE mamy pop-rock z dużą ilością klawisza i całkiem miłym basem, choć jest dość bezpiecznie, bez przebojowych zrywów i z bardzo ograniczoną zawartością hooków (choć są: np. w "Tesko" gdy Julia śpiewa "chyyyybaa kręęęęci mnieee KA-PI-TA-LIZM"). No i jest jeszcze powtarzająca się maniera akcentowania ostatniej sylaby w wersach, która z czasem nieco irytuje, choć ostatecznie wokalnie jest okej. Tak jak cała płyta, której nie można jakoś konkretnie zdissować, ale też nie można znaleźć argumentów świadczących o jej znakomitości. Czyli trochę ŚREDNICA. –T.Skowyra
Ciekawa (heh) okładka, utwory zatytułowane literami alfabetu i w dodatku chyba najambitniejsze solowe dzieło. Prins Thomas mógłby zagrać w Grze O Tron starszego brata Jona Snowa, ale cieszę się, że ten sympatyczny Norweg nie tylko swoją aparycją potrafi zaskarbić sobie moją uwagę. Kompletnie straciłem go z radaru zaraz po wypuszczeniu solowego debiutu, ale wspomnienia są na tyle dobre (szczególnie biorąc uwagę rewelacyjne kolaboracje z Hansem-Peterem Lindstromem z naciskiem na wydane w 2009 roku II), że siłą rzeczy zwróciłem uwagę na Principe Del Norte, zwłaszcza że wspomniany już ziom Thomasa, a mianowicie Hans-Peter, zaskoczył nas już w tym roku kapitalnym utworem "Closing Shot".
Norweskiej elektroniki nigdy mało, nie ma o czym mówić. Prins Thomas w pierwszej części odstawia na bok nu-disco, dyskoteki i inne takie drążąc w nieco bardziej eksperymentalnych, nazwijmy to kosmiczno-progresywnych rejonach. Potwierdza jednak formę, klasę i nieszablonową wyobraźnię. "A1" to próba rozczytania na nowo muzyki krautrockowych tuzów z Ashrą oraz Clusterem na czele, natomiast syntetyczny "A2" mógłby stanąć w szranki z czymkolwiek z The Inheritors Holdena i uwierzcie mi lub nie, ale nie stałby na przegranej pozycji. Niemieckie inspiracje dominują przez całą płytę, niezależnie od tego, czy weźmiecie mrugającą do Can, wspaniale rozwijającą się impresję "B" czy zatopione w new-age’owym transie "C". Wspomnienia z klubowej przeszłości odżywają jednak w "E" - house’owej, budzącej skojarzenia z produkcjami Johna Talabota kompozycji, ale jest tego więcej. Weźmy chociażby "F", gdzie czarowne plecionki w duchu Pantha du Prince kłaniają się w pas lub najbardziej berlińskie w zestawie "H". To oczywiście truizm z mojej strony, jednak jest to naprawdę fajne uczucie, że podczas słuchania najnowszego dzieła Norwega właściwie się nie nudziłem, a momentami wręcz zachwycałem. I to w dodatku przez ponad półtorej godziny. Szacun. –J.Marczuk