Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Japońskie śniadanie jest lekkostrawne, ładnie podane i nawet całkiem smaczne. Niestety brakuje w nim wyrazistych przypraw, które nadałyby mu intensywniejszego smaku. Konsystencja poszczególnych składników jest aż nazbyt łagodna, przez co dokładniejsza degustacja może zakończyć się jedynie wzruszeniem ramion. Szef kuchni postanowił zaserwować szybką przekąskę, przyrządzoną z dobrze znanych produktów. Efekt końcowy jest przyjemny, ale brakuje w nim ekscytującego momentu zaskoczenia. Da się to pochrupać i poprzeżuwać, jednak o pełnym nasyceniu można tylko pomarzyć. –Ł.Krajnik
Antoni Maiovvi to brytyjski producent, którego dorobek cechuje eightisowa nostalgia, ukształtowana przez zauroczenie syntezatorowymi ścieżkami dźwiękowymi kultowych horrorów klasy "B". Konsekwencja w doborze inspiracji została jednak nieco złamana na jego najnowszym albumie. Pod tajemniczym szyldem Pleasure Model, kryje się coś znacznie bardziej intrygującego niż okołocarpenterowskie pastisze. Dostajemy bowiem płytę będącą brzmieniową reprezentacją technologicznego chłodu XXI wieku. Znajdujące się tu kompozycje wypełnione są metalicznymi dźwiękami, które w obrazowy sposób szkicują wizję cyberpunkowej dyskoteki. Syntetyczne twarze androidów połyskują na tle stroboskopowego blasku, a ich nienaturalnie poruszające się sylwetki drżą do rytmu pulsującego, industrialnego akompaniamentu. Obsesyjna repetycja w hipnotyzujący sposób atakuje zmysły, zaś unoszący się nad całością beznamiętny ton, świetnie pasuje do antyutopijnej wizji mechanicznego świata przyszłości. Idealna propozycja na wieczór poświęcony pielęgnowaniu swojego uzależnienia od internetu. –Ł.Krajnik
Cellars to projekt mieszkającej w LA Alle Norton, która fascynuje się ejtisową dekadą w popie z electro oraz synth-popem i italo na czele. Jej debiut Lovesick doskonale to odzwierciedlał, bo w końcu brzmiał jak coś z pogranicza Ladytron czy Client. Na szczęście urodzona na początku lat 90. Alle szybko zareagowała i za produkcję sofomora Phases odpowiada sam Rosenberg (a lista gości na krążku również daje radę – m.in. Dâm-Funk, koleś z HEALTH czy koleś z Shabazz Palaces). Nie bez powodu, ponieważ Norton wyraźnie porzuciła plastikowy sound na rzecz szlachetnych klawiszowych melodyjek i równie eleganckich, wzniosłych refrenów – oczywiście wszystko rozgrywa się na ejtisowej płaszczyźnie.
Polecam uwadze zwłaszcza stęskniony, nocny synth-dance "Do You Miss Me?", błyszczącą jak perłowy naszyjnik, soft-rockową balladę "Still In Love" lekko przywołująca Fleetwood Mac, lekko Prince'a (wciąż trochę do mnie nie trafia, że już go z nami nie ma...), mocno czerpiący z debiutu Madonny "I'm Feeling" i wreszcie naznaczony piętnem "Black Balleriny", opatrzony wkręcającym się hookiem "Nighttime Girl". Phases pozostawia jednak mały niedosyt, bo to mogłaby być płyta rozsadzająca ten rok, a trochę jej jednak brakuje. Ale to nic, bo i tak Alle z pomocą ziomków wyczarowała całkiem urzekającą kolekcję, którą musicie sprawdzić. –T.Skowyra
Ależ Gwen mnie rozczarowała, normalnie "nie chce się wierzyć w głowie". Po bardzo fajnym "Make Me You" można było spodziewać się, że przynajmniej kilka indeksów utrzyma równie dobry poziom, ale niestety tylko nieliczne piosenki, jak na przykład opener "Misery", celujący wokalnie w Charli XCX, coś sobą prezentują. Pozostałe mogłyby męczyć się na plejlistach komercyjnych stacji radiowych poprzedniej dekady, jak reggae'owe "Where Would I Be?", albo męczyć się na współczesnych plejlistach, podpinając się pod majorlazerowe "klimaty", tak jak "Send Me A Picture", albo trapowe, jak "Asking 4 It" z Fettym. Takie rzeczy, jak dance-ballady bez krzty charakteru jak "Rare" pomijam. Generalna refleksja jest taka, że za mało tu popu w popie, a za dużo rozwlekłości i braku pomysłów. Czyli zawód, bo Gwen, co udowodniła nie raz, naprawdę stać na granie dobrego radiowego popu. Szkoda tylko, że tym razem zupełnie się nie udało. –T.Skowyra
Kto nie słuchał Forever (Part II), ten ciapa, a już "Gone" to jazda absolutnie obowiązkowa. Zdaje się jednak, że dzięki All My Friends o Snakehips wreszcie usłyszy więcej osób, choćby ze względu na listę zaproszonych gości. W hymnicznym, niezwykle nośnym utworze tytułowym możemy usłyszeć Tinashe i Chance'a, wielowarstwowy, strapowany beat "Money On Me" zdobi swoją nawijką surfujący na fali wznoszącej Anderson.Paak, a w drake'owym "Dimelo" udziela się młodziutki, ale już nieźle rozpoznawalny Tory Lanez. EP-kę dopełnia wyluzowany, zadłużony w dorobku r&b zeszłej dekady i okraszony fajną linią basu jam "Falling" z Maliką na wokalu. All My Friends oceniam nieco niżej niż poprzednie wydawnictwo duetu, ale i tak polecam – wszak tak solidnego grania z pogranicza r&b i ościennego synth-popu nigdy za wiele. –W.Chełmecki
Naprawdę szczerze chciałem polubić Wyszli Coś Zjeść. Do 1985 również podchodziłem bez uprzedzeń, ale jednak z nowym krążkiem Rasmentów jest trochę tak, jak z ich poprzednim dziełkiem. To rap, który w trakcie odsłuchu nie wprawia w zażenowanie i nie epatuje nudziarstwem, ale już po kwadransie ciszy po odtworzeniu zamykającej album piosenki "Przerwa", ciężko jest się pozbyć wrażenia, że ostatnie dwadzieścia osiem indeksów spłodzonych przez duet w latach 2015-2016 to nienagannie wyprodukowane przypowieści o tym samym. Fenomen składu najlepiej oddaje parafraza fragmentu krótkiej piłki Tomasza Skowyry o ostatniej części tryptyku Moderat: "Rasmentalism są wręcz znakiem firmowym ALTERNATYWNEJ linii rapowego trójkacore'u, właściwie od dwóch lat grając ten sam repertuar oparty na para-obserwatorskich linijkach Rasa i coraz mniej soul-hopowych beatach Mentosa. Jeśli chodzi o mój stosunek do Rasmentalismu, to przyznaję, że z trudem przychodzi mi odróżnianie ich ostatnich trzydziestu kawałków, a wysłuchana płyta prędko wylatuje z pamięci. To może nie jest jakieś katastrofalne granie – jest tylko zwyczajnie monotematyczne i jakby oklepane. Dlatego niestety poddaję się przy słuchaniu sprawnie skleconych utworów, takich jak: «1985», «Jeszcze jeden kieliszek» czy «Wszyscy kłamią», ale wiem, że są tacy, którym skacze ciśnienie na wieść o kolejnej płycie i kolejnym przyjeździe duetu do ich wsi". –W.Tyczka
Od początków istnienia Odd Future, Domo Genesis zawsze był Zeppo Marxem tej grupy. Na tle wręcz karykaturalnie przerysowanych osobowości swoich kompanów, jawił się jako postać znacznie bardziej stonowana. Podczas porównań z komiksową krzykliwością dokonań rówieśników, jego twórczość była dość często odbierana jako mało ekscytująca. Jednak teraz, gdy słynny hip-hopowy konglomerat się rozpadł, okazało się, że siła Domo leży w konsekwencji. Ten 25-letni raper to bardziej rzemieślnik niż artysta z prawdziwego zdarzenia. Przez lata nauki poznał wszystkie podstawy swojego fachu i dopracował je do warsztatowej perfekcji. Na Genesis ten profesjonalizm widoczny jest w zgrabnie napisanych numerach opartych na ciepłych, neo-soulowych dźwiękach. Wśród nich, swobodnie dryfujący wokal Domo, w bezpretensjonalny sposób opowiada o swoich marzeniach, zwycięstwach i porażkach.
Oczywiście, że jest to wszystko bardzo przewidywalne, ale ta banalność sprawia, że w utworach, które znalazły się na tym albumie jest coś niesłychanie uroczego. Wszyscy wiemy, że Genesis nie jest w stanie dać światu kolejnego Goblina czy Earla. Natomiast możemy być prawie pewni, że żadna jego płyta nie zawiedzie tak mocno jak Cherry Bomb. Należy chwalić tych, którzy nie boją się artystycznej brawury, jednak trzeba też pamiętać o pracowitych wyrobnikach. Ich metodyczność objawia się w wydawaniu porządnych albumów prezentujących stały, równy poziom. –Ł.Krajnik
Można powiedzieć, że Loop The Loop to właściwy debiut Nathana Jenkinsa, bo trudno wepchnąć wielobarwną i podążającą własną drogą, stroboskopową kulkę You Drive Me To Plastic do kategorii regularnego longplaya. Po pięciu latach londyński soundnaper porywający drobne disco bibeloty i samplowy elektromagnes w prążki wychodzi na ludzi odżegnując się delikatnie od przeszłości, wciąż jednak nie w głowie mu stateczny tryb życia gdzieś daleko na prowincji. Teraz częściej wychodzi na powietrze, próbuje swoich sił w mikro-betabandowych pojedynkach z sobą samym, ale weekendy i tak przepędza na eleganckich dancingach przy szwedzkim stole. Tak to wszystko się kręci: nudy nie uświadczysz, statyka się nie wkrada, tylko uśmiech wciąż maluje się na twarzy. I na zmianę, dobrą czy złą, się nie zanosi. –T.Skowyra
Uśmiechnięta twarz spogląda na nas z kolorowej okładki, a złowieszczy tytuł głosi, że Father czuje się jak gówno. Jeśli czegokolwiek spodziewasz się po płycie, która przedstawia się w ten sposób, to prawdopodobnie trafiasz w punkt. Zmęczony, znudzony freak z Atlanty na swojej drugiej płycie rysuje nam obraz swojego życia pełnego bezwartościowego seksu i benzodiazepin. W przekonującym budowaniu tej wizji pomagają mu gościnnie występujące ziomki (między innymi iLoveMakonnen), a także specyficzna, laidbackowa produkcja po części przypominająca Odd Future z najlepszych lat, która w tym wydaniu jest anemicznym funkiem i obrzękniętym cloud rapem. Nie wiem, czy ten opis brzmi szczególnie zachęcająco, ale zaręczam – warto, bo słucha się tego świetnie. Nie sądzę, że w tym roku znajdę równie nieinwazyjny, leniwy, ale nie nudzący rap. Słuchajcie spowiedzi Ojca. –A.Barszczak
Z triem King można było spotkać się, pośrednio co prawda, na Section.80, gdzie K Dot rapował na podkładzie utkanym z sampla "Hey" pochodzącego z debiutanckiej EP-ki girlsbandu (włączonego zresztą do rozkładu płyty). To był rok 2011, więc minęło sporo czasu. Teraz dziewczyny mają już cały album, który zdaje się, że trochę przepadł w natłoku premier. Zupełnie niesłusznie: We Are KING to zestaw marzycielskich jamów przywołujących natychmiast najntisowe r&b z Janet na czele czy rozleniwiającą atmosferę nagrywek Foreign Exchange, zaś w balladowych fragmentach słychać prince'owski fluid, a może nawet i coś z Jacko. Sprawdźcie, jak klawiszowy "The Greatest" z klasą pokonuje dance'owe dystanse, jak pięknie lśni jedwabny aranż epickiej ballady "In The Meantime" czy jak natchniony "The Story" zostaje z czasem przekształcany w dornikowy balet. A najlepiej sprawdźcie cały krążek, bo łapka w górę zostaje przyznana nie tylko przez wzgląd na moich trzech faworytów. –T.Skowyra