Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Nie wiem czy wy też spotykacie się z taką sytuacją, ale ja często proszony jestem, na jakiejś imprezie czy innej stypie, o puszczenie "czegoś". No i tu pojawia się problem – jak zaspokoić gawiedź, z której przynajmniej połowa najbardziej ucieszyła by się z Avicii, a ty na telefonie masz tylko dyskografię Young Thuga i Obscure Gorguts? Jasne, jest parę odpowiedzi: "zmień znajomych" lub "uciekaj". Ale ostatnio sobie myślę, że puszczenie debiutu Kaytranady nie byłoby takim złym pomysłem. Ten nieprzeciętny producent, wcześniej znany ze współpracy z Andersonem Paakiem czy GoldLinkiem (którzy dają tu najmocniejsze strzały z zestawu), na 99.9% prezentuje wyrafinowany, luzacki i chilloutowy zestaw doskonale płynących kawałków z pogranicza hip-hopu (także instrumentalnego) i współczesnego r&b, posiłkując się rozpływającymi się samplami, lekko ejtisowym vibe'em, a czasem nawet house'ową rytmiką. Ratuje przed niezręczną ciszą na grillu, a przy okazji przekonuje mnie, że albumy producenckie mogą być naprawdę dobre. Bo 99.9% jest, i to bardzo. –A.Barszczak
Teraz już wiem, czego brakowało mi na zeszłorocznym longplayu Dawn Richard. Blackheart, choć nie słuchałem go już od bardzo dawna, był ciężkawy i okrojony z nośnych elementów, natomiast decyzja o współpracy z kozakiem Kingdomem to kompletne zwycięstwo artystki. Ezra Rubin już udowodnił, że potrafi wytworzyć z wokalistkami taką chemię, że strach się bać, dlatego "Honest" to tylko potwierdzenie jego wyczucia i skillsów. Jasne, można powiedzieć, że producent po prostu wymienił Kelelę na Dawn, ale przecież to geometryczne, duszne, intymne r&b "Honest", którego głównym ogniwem jest uroczysty chorus miażdży z miejsca swoim poziomem i unikalną fizjonomią. W "How I Get" meldują się klaustrofobiczny, kingdomowy sznyt, ale i jakiś rihannowy vibe, "Paint In Blue" igra ze słuchaczem za pomocą emocji, a "Baptize" tarza się w rozmazanym ambiencie. Czekam na więcej od tej dwójki, bo EP-ka pobudza i to nieźle. –T.Skowyra
Prowadzony wspólnie z Tracey Thorn legendarny projekt Everything But The Girl to ledwie wycinek artystycznych dokonań Bena Watta – fantastycznego songwritera, ale również didżeja, prezentera radiowego, pisarza oraz gościa realizującego się przez lata zarówno na poletku szeroko pojętej elektroniki, jak i współpracującego z takimi tuzami, jak chociażby Robert Wyatt czy David Gilmour. Trzeci album Brytyjczyka możemy rozpatrywać niejako w kategoriach Hendra-bis, bo stylistyczne poczynania Fever Dream nie odbiegają za bardzo od zacnej poprzedniczki. Ta próba przekonuje mnie jednak odrobinę mniej, jednak sytuacja rozbija się o detale. Ale nie czepiam się mocno, gdyż Watt po raz kolejny serwuje nam wieczorny, nastrojowy indie-pop najwyższej próby, który spodoba się zarówno statystycznemu czytelnikowi Porcys, jak i wychowanym na Trójce. Rozpoczynające wydawnictwo "Gradually" spokojnie mogłoby znaleźć się na ostatnim albumie Jima O’Rourke’a, podczas gdy drugi w kolejności numer tytułowy mruga w kierunku wzruszających wyznań Billa Callahana.
Jednak świetnych numerów jest tutaj zdecydowanie więcej. Ot, weźmy choćby przypominający dokonania Karate "Faces Of My Friends", soft-rockowe "Never Goes Away" czy wsparty przepiękną basową linią, przywodzący na myśl jazzujący, kameralny pop Johna Martyna "Running With The Front Runners". Osobne słowa uznania należą się Bernardowi Butlerowi (ex-Suede), bo również dzięki niemu brzmi to wszystko jak brzmi. Fajnie jest posłuchać czasem płyt, które urzekają swoją szlachetnością i bijącą po oczach mądrością. Fever Dream takie jest. –J.Marczuk
69 to owoc współpracy Andrew Wilsona aka A.r.t. Wilson oraz Johna Tannera znanego lepiej jako Eleventeen Eston. Panowie spiknęli się razem i stworzyli trochę ponad półgodzinny zestaw sennych, relaksujących, pastelowych, ciepłych ambientowych impresji, w które wsiąka się od samego początku. Wilson odpowiada za klawisze oraz perkusję, a Tanner dopowiada swoje za pomocą gitary i klarnetu, a oprócz tego obaj muzycy mają blisko siebie syntezatory. I dzięki tej konfiguracji słuchanie krążka co krok pozwala na rozmarzenie: zaczynając od krótkiego fragmentu do kontemplacji wschodu słońca "Sun Room", przez bardzo Enowski w wyrazie, intymny "Long Water", po lekko muskający aurę Popol Vuh "Befor Lotus".
W dalszym ciągu duet prowadzi zapoczątkowaną na wstępie narrację, koncentrując się na uspokajającym ambiencie, który co chwilę przywołuje ostatnie utwory z Low ("Pilot") czy nawet osobiste litanie Talk Talk ("Tray Tail"). Posłuchajcie, bo ten album nie tylko pozwoli wam na chwilę odpoczynku, ale posłuchajcie dlatego, że to po prostu piękna rzecz. −T.Skowyra
Czy kolesie z Culture Culture (głupia nazwa) czytają Porcys? Toro Y Moi, Washed Out, Neon Indian, Baxter, Ice Choir, Prefab Sprout, Scritti Politti, Pet Shop Boys, Panda People, Tigercity, Friendly Fires, Changes, Diogenes Club – takie nazwy chodzą po głowie, gdy słucha się ich drugiej w karierze EP-ki JX-3Please. Wywodzący się z Atlanty band w przeciągu pięciu tracków zyskał u mnie spoooore propsy, bo właściwie żaden z kawałków nie jest słaby, a nawet jest tak dobrze, że trudno wybrać najlepszy z nich. Mamy tu skąpany w chillwave'owym sosie, zgrabny synth-pop z całą gwardią catchy melodyjek, stadionowych refrenów i nieźle wykombinowanych mostków.
Dlatego na zachętę zarzucę moim top 3, bo i tak trzeba posłuchać całość (dla mnie chyba jednak lista roku): 3) stąpający po krokach poczynionych przez Greene'a w "Feel It All Around", doprawiony wirującymi synthami "RGB" 2) będący na tropie new-popu Scritti Politti, sensacyjne przecięty schodkowym mostkiem "Ashton Kutcher, Come Back" 1) od pierwszego akordu "1138" wiadomo, że w sercu Culture Culture jest naprawdę dużo miejsca dla Paddy'ego, no i jaka wyjebana eskalacja w mostku pod koniec! –T.Skowyra
Bardzo czekałem na nową płytę Zosi Mikuckiej. Po usłyszeniu brzmiącego jak upgrade SNMK, bajmowego "Fantazi" myślałem, że inspirowany Fellinim Federico nie może się nie udać. A jednak czuję się trochę rozczarowany tym krążkiem, bo po pierwsze Sonia nie poczyniła w zasadzie żadnego progresu: kawałki i historie dalej snują się tak jak się snuły, poza tym zniknęło gdzieś to nieokiełznanie i łatwość w trzaskaniu hooków. Jedynie produkcja przypominająca trochę juniorboysową jest bardziej plastyczna, ale wciąż tak samo oszczędna i minimalistyczna. Zwyczajnie brakuje mi tu dobrych, popowych melodii i wkręcających się refrenów. Oprócz singlowego kawałka właściwie tylko "Havana" kontynuująca geograficzny trop "Jesieni Na Hawajach", wypada dobrze. Gdyby nie Fellini w centrum płyty, to stawiałbym, że inspiracją dla tej piosenki było Soy Cuba Kałatozowa, a muzycznie mamy tu nawiązanie do fajoskich ballad Shazzy (i to jest komplement, a nie żadna ironia czy coś). Reszta niestety szybko wylatuje z głowy i to jest chyba najsmutniejsze. Ale trudno, mam nadzieję, że w przyszłości będzie lepiej. Dlatego nie ma co płakać nad rozlaną lemoniadą. –T.Skowyra
Na wysokości EP-ki Zebra, gdzie pojawiło się oszczędne, szkieletowe r&b, Gallant zapowiadał się na co najmniej ciekawą postać. Wraz z nagraniem longplaya trochę podkopał swoje szanse. Ology brzmi jak dostosowany do komercyjnych rozgłośni, napędzany soulem i r&b pop, a sam Christopher Gallant przypomina kogoś między Weekndem, Anthonym Gonzalezem i Miguelem, tylko w raczej stonowanej wersji. Są na tej płycie jakieś przyzwoite fragmenty (prince'owy "Talking To Myself" chyba wyszedł najlepiej, no i "Skipping Stone" też jakoś wyszedł), ale tak prawdę mówiąc nie chce mi się ani słuchać tych rozegzaltowanych, bladych wałków, ani tym bardziej o nich pisać. Więc poprzestaję na tych kilku linijkach i raczej na dobre rozstaję się z debiutem tego gamonia. No i trochę szkoda, że wyszło tak, a nie inaczej. −T.Skowyra
"Confetti to przestrzenne dźwięki i krótkie historie o otaczającej nas codzienności. Cztery różne osobowości, cztery różne spojrzenia na muzykę i mnóstwo pomysłów stanowi odzwierciedlenie nazwy zespołu" – jakkolwiek miałko i oklepanie nie brzmiałby ten opis grupy na bandcampie, wygląda na to, że w stolicy powstał zupełnie nowy zespół, który celnie trafia na listę rodzimych wykonawców gitarowego popu. Czy ktoś wie, co się dzieje z Crab Invasion? Czekam i czekam na nowy materiał i nic, ale w sumie taki "Lunatyk", może być całkiem niezłym substytutem Crabów z czasów Extend Your Life (w dodatku w polskojęzycznej odsłonie). Poza "Lunatykiem" na EP-ce znajdziemy tylko dwa inne utwory, czyli "Przyjdzie Taki Dzień", gdzie mówiąc w skrócie panowie zdradzają chęć "żeby każdy na juwenaliach ich znał, żeby małolatki krzyczały łaaał" i "Nuda", którą poza tekstem wyraża tykająca gitara i ogólny brak szczególnego pośpiechu. Pierwsze wydawnictwo Confetti pozostawia pozytywny niedosyt, bo po zaledwie trzech utworach ma się ochotę na więcej, a widać, że Warszawiacy mają szansę zaskoczyć nas swoim Terroromansem, czego oczywiście im życzę. –A.Kasprzycki
Kiedyś na wuefie bywałem bramkarzem. Raz, gdy chciałem przerzucić ciężar gry na drugi koniec boiska, niestety źle ułożyłem stopę i piłka po uderzeniu z całą siłą odbiła się od twarzy stojącego 5 metrów ode mnie kolegi. Niby wcześniej sam o nią prosił, ale wyszło jak płyta Babyfather – czyli niezbyt. BBF Hosted By DJ Escrow nie należy do najlepszych wydawnictw na koncie Deana Blunta. Ciężko znaleźć naprawdę dobre momenty, bo jeśli nawet istnieją, to są drastycznie przyćmione przez te irytujące, jak chociażby trzyczęściowe "Stealth" z jednostajnie powtarzanym "This makes me proud to be British".
Nie wyobrażam też sobie sytuacji, że ponownie włączam całość i nie pomijam pięciominutowego intra. We wszystkich 23 numerach większość sampli w ogóle nie komponuje się z resztą, przez co wydaje mi się, że nie są pełnoprawną częścią albumu, a przypadkowymi dźwiękami, które włączyły się na innej karcie przeglądarki. Do tego mamy zbyt dużo pozycji skitopodobnych - w pierwszym rzędzie stawiam tu noisowe "PROLIFIC DEAMONS" brzmiące jak monolog Philipa z South Park nawinięty pod odkurzacz przemysłowy. Płyta jest zdecydowanie za długa i chyba nie ma niej choćby jednego utworu do którego chciałbym jeszcze wrócić. Paradoksalnie najlepiej wypada i tak słaby singiel "Meditation". –A.Kasprzycki
Na ten moment pogoda w Warszawie taka jak mina Pepa Guardioli po przegranym meczu z Atletico, czyli krótko mówiąc beznadziejna. Nie włączajcie zatem Potential – drugiego albumu figurującego pod pseudonimem The Range Jamesa Hintona w takich okolicznościach przyrody, ale poczekajcie na cieplejsze dni, bowiem "ładność” muzyki Amerykanina powinna idealnie wkomponować się w prawdziwie wiosenny klimat. Inna sprawa, że producent nie proponuje nam niczego nowego. Klimat wczesnego The Streets daje o sobie znać w rozpoczynającym wydawnictwo "Regular", zapożyczone od Four Teta ciepłe IDM-owe patterny przecinają na wskroś hip-hopowe i soulowe wokale (weźmy chociażby "Floridę" oraz "Five Four"), a i gdzieniegdzie wjedzie wsparty nawiązaniami do house’u oraz grime’u nostalgiczny electropop. Znamy takie historie doskonale, ale nie sposób nie ulec subtelności i zwyczajnemu urokowi tych jedenastu kompozycji. Czasem i to wystarczy, by być usatysfakcjonowanym. –J.Marczuk