Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
–R.Gawroński
Nowe wydawnictwo Ramony Gonzalez sprawdzę zawsze, nawet jeśli mam obawy jak w przypadku Liquid Cool. No i niestety, ani zapowiadające LP single ("Boo Hoo" był z nich najfajniejszy), ani cały album nie powalają. Ok, Nite Jewel stawia na oszczędne klawisze, zimny, przeszywający bas i dużo tęsknoty oraz emocji, i tego nie mogę jej odmówić. Jednak czegoś jej bardzo brakuje i chodzi tu oczywiście o świetnie napisane piosenki. Sorry, ale trochę nie wierzę, że jeśli chodzi o porywające tune'y, to stać ją tylko na pisanie kawałków brzmiących jak "średnie Goldfrapp" (myślę o "Kiss The Screen"). Dlatego dopóki atmosfera/klimat wciąż będą górowały nad songwritingiem, dopóty Ramona będzie nagrywać tak nieprzekonujące krążki. –T.Skowyra
Saksofon i minimalistyczne sample to kombinacja, która perfekcyjnie ukazuje samotność we współczesnych metropoliach. Muzyk z Los Angeles przyrównuje ludzką egzystencję do autostrady, pogrążonej w dźwiękach ulicznego hałasu. Ten specyficzny krajobraz wydaje się być ukryty za gęstą warstwą mgły, rozświetlanej przez nocne lampy.
Anenon bawi się dwoma obliczami swojej artystycznej działalności. Poetycka część jego osobowości jest widoczna w abstrakcyjnych, malowniczych kompozycjach wspomaganych przez piękno akustycznych instrumentów. Z kolei syntezator i komputer to narzędzia stanowiące bardziej przyziemne elementy całości, demonstrujące industrialny charakter L.A. Z tym urzekającym mariażem może identyfikować się każdy samotnik egzystujący w globalnej dżungli. –Ł.Krajnik
Płyta Virginii ma okładkę, która przypomina plakaty promujące dokonania reżyserów francuskiej nowej fali i jest równie elegancka jak twórczość Francois Truffaut. Słuchając utworów zawartych na albumie, możemy poczuć się jak stali bywalcy imprez dla VIPów – glamour oraz trendy 24 godziny na dobę.
Specyficznego smaku dodają również songwriterskie umiejętności autorki Fierce For The Night, która prezentuje się publiczności jako DJka, wokalistka oraz zdolna twórczyni ładnych melodii. Dzięki tym przebojowym zapędom, hermetyczność wyrazistej elektroniki jest w interesujący sposób złamana przez wpadające w ucho refreny. W końcu mamy XXI wiek – teraz już da się ładnie połączyć acid techno i chwytliwy pop. –Ł.Krajnik
Na Duńczyków z Liss natknęłam się przeglądając line-up gdańskiego festiwalu Soundrive. Wydawałoby się, że chłodna Dania nie jest najlepszym podłożem do wzrastania afroamerykańskiego R&B, a jednak soulujący pop z wyważoną linią gitary i emocjonalnym wokalem dotarł nawet tam. Dla czujących dalej nostalgię za Channel Orange Franka Oceana, First może oznaczać koniec poszukiwań zastępników. Ta EP-ka chyba miała być skazana na sukces, skoro pracował przy niej Rodaidh McDonald – producent The xx, Savages czy King Krule. –A.Kania
Czy kogoś ekscytuje jeszcze nowy hip-hopowy Snoop? Śmiga od jakiegoś już czasu. Upgrejdowany g-funk, trochę pharrellowych brzmień, odrobina futuryzmu od Swizz Beatz, kilka pop-souli (może nie Gnarls Barkley, ale w tym kierunku), fajne kolaboracje z Wiz Khalifą. Oczywiście, że za długie, oczywiście, że wielkiego szału nie ma, ale pomijając chujowe intro i rozczarowujący track Timbalanda, z 8 kawałków bym ripitował, gdyby doba trwała 32 godziny, a do reszty nie można się przyczepić. –M.Zagroba
Axel Willner to strasznie konsekwentny gość, który jeszcze w poprzedniej dekadzie skonstruował oryginalny jak na tamte czasy język medytacyjnego minimal techno i za żadne skarby tego świata nie chce z niego zrezygnować, czego dowodem The Follower. Szwed raz jeszcze skupia się na majestatyczności pętli i spaja je w dziesięciominutowe pasaże naszpikowane mikrozmianami rytmicznymi. Lecąc truizmem: niby nihil novi, ale to wciąż bardzo przyjemna godzinna sesja, do której, jeśli nie ma się aktualnie pod ręką pastelowego From Here We Go Sublime, niekiedy warto wrócić. –W.Tyczka
"Powrót" Underworld to dobry powód by pogodzić się z myślą, że prawie sześćdziesięcioletni Karl Hyde ma głęboko w nosie parkietowe trendy. Swoje brytyjskie techno-dziatki na początku lat dziewięćdziesiątych już odchował i niechybnie zmierza w stronę wydawniczego marazmu. Najpierw zbiera mu się na bezpieczne piosenki z Eno, a teraz postanowił sklecić zgrabne i ciężkie do znienawidzenia dziełko swojego głównego muzycznego projektu. Barbara Barbara, We Face A Shining Future nie da się nie lubić, bo jest tu cała ta prog-house’owość kojarzona z post-STITI (Second Toughest In The Infants, jakby ktoś miał problem z rozczytaniem akronimu) erą UW i powtarzane w kółko mantra-frazy. Żaden psychofan przeklinać nie będzie, ale świat komputerowo generowanych dźwięków dzięki tej płycie również wiele nie zyskał. –W.Tyczka
Po trzech latach od poprzedniego wydawnictwa duet Holy Ghost! nie wykazuje się szczególną płodnością – ich nowa EP-ka zawiera zaledwie 4 pozycje. Moje pierwsze spotkanie z tym materiałem było niesamowicie pozytywne i już miałem typować Crime Cutz jako znakomity odpowiednik zeszłorocznego Vega Intl. Night School, lecz z każdym kolejnym odsłuchem zacząłem dostrzegać pojedyncze niedociągnięcia, które łącznie sprawiają, że nowojorczykom w korespondencyjnym pojedynku ciężko przebić Neon Indian. Porównaniu trafności dodaje fakt, że sam Alan Palomo zremiksował, moim zdaniem najlepszy utwór na płycie, czyli tytułowe "Crime Cutz".
Mimo że nieco wyżej zwracam uwagę na krótką listę utworów, to paradoksalnie wadą tej EP-ki jest jej nadmierna długość. Nick Millhiser i Alex Frankel obierają ścieżki przetarte już na poprzednich nagraniach, więc z jednej strony ciężko udawać zaskoczenie, bo nawet u nich to wszystko już było, ale trzeba przyznać, że to wciąż naprawdę niezła i dość świeża retrospekcja synthów lat 80, z dodatkiem Jacksonowego vibe’u i gitarek w stylu Nile’a Rodgersa. Niemniej w szczytowym momencie imprezy raczej dalej będę szalał pod "Glitzy Hive", a numery z Crime Cutz zostawię na tę porę nocy, kiedy jeszcze pląsam, ale taksówka jest już w drodze. –A.Kasprzycki
Nestorzy eksperymentalnego hip-hopu wracają po siedmioletniej przerwie i serwują nam comeback w całkiem niezłym stylu. Utwory znajdujące się na tym albumie są antytezą tego, co obecnie dzieje się na współczesnej awangardowej scenie rapowej. Podczas gdy Death Grips i clipping. z uporem maniaka wiercą coraz większą dziurę w głowie słuchacza, autorzy słynnego Absence postawili na nieco bardziej wyrafinowane środki przekazu.
Podobnie jak ich następcy, Dälek skupiają się na ukazywaniu znaków zwiastujących apokalipsę XXI wieku. Na szczęście przy całej tej antyglobalistyczno-rebelianckiej wyliczance, udaje się im uniknąć kaznodziejskiego tonu. Pozornie agresywne wokale giną gdzieś w otchłani onirycznej ściany dźwięku. Spychane na dalszy plan, protestacyjne hasła są manifestem cynicznego obserwatora, który dławi się rzeczywistością. Autor tych tekstów dojrzał do pogodzenia się z porażką swojej kontestacji. Warto faceta posłuchać i zobaczyć, że taka optyka jest bardziej wartościowa niż idealistyczne rozbijanie głowy o ścianę. –Ł.Krajnik