Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Na początku lipca Pony, czyli 1/2 duetu Thunder Tillman, na antenie nowojorskiego The Lot Radio, zagrał naprawdę dobry DJ Set, przez ponad dwie godziny łącząc gęste, wielowarstwowe synthy z intensywnymi wpływami rdzennej muzyki z różnych zakątków świata, od tropiku po orient. Do tego fajnie, że znalazło się również miejsce na nasz "folklor", czyli pochodzący z 1976 roku, utwór "Baby Bump" grupy Arp Life (wokalnie wspartej przez Alibabki), który jest jednym z wielu absolutnych dowodów na songwriterską zajebistość Andrzeja Korzyńskiego. O ile sam secik był wzbogacany funkowym groove'em z całkowitym potencjałem parkietowym, to autorski materiał długowłosych Szwedów, wydany nakładem amerykańskiego ESP Institute, niezbyt nadaje się do tanecznych wygibasów. Mimo to Jaguar Mirror w czasie odpowiadającym szkolnej przerwie obiadowej prezentuje całkiem ciekawy, downtempowy materiał, stanowiący ukłon w stronę pierwszego albumu Leftfield, a momentami, tak jak w przypadku "Anligments", Thunder Tillman przywodzą na myśl nawet takie rzeczy jak "The Big Ship" Briana Eno. –A.Kasprzycki
Pod dwiema literkami NV kryje się Rosjanka Kate Shilonosova, która jakiś czas temu wydała w Orange Milk swój bodaj pierwszy album. Binasu brzmi jak przebieżka po subiektywnym katalogu, nazwijmy to, eksperymentalnego popu, który jakoś szczególnie rezonuje w rosyjskiej autorce tych niby-piosenek (skojarzenie z Another Green World). Na przykład "Grass In The Woods" swoją wachlarzową fakturką przywołuje "Hunter" Björk, tytułowy ma post-punkowo-krautrockowy posmak, ambientowe pociągnięcia pędzlem w "3Arms" hołdują stronie B Low (podobnie "YYG", choć z perspektywy zdegradowanego digi-ambientu), czy kanciaste klawisze "Dance" brzmią jak uspokojone i zwolnione Yellow Magic Orchestra. A sposób, w jaki NV ujmuje i przetwarza te wątki naprawdę może imponować, choć szczerze mówiąc najbardziej podoba mi się, gdy Kate działa na polu bliższym piosence w sensie formalnym, a tak dzieje się chociażby w "Inn" czy moim ulubionym "Kata", gdzie przeplatające się, repetycyjne motywy i melodie działają bezpośrednio na słuchającego, przy okazji od 3:51 nieśmiało zahaczając o poważkowe rejony. W każdym razie Binasu naprawdę intryguje. –T.Skowyra
Zainteresowanych rysem historycznym rosyjskiego bandu odsyłam do liczącej już ponad rok recenzji debiutanckiego LP – Everything Else Matters. Dla wszystkich innych, zaznajomionych z estetyką i wizją Pinkshinyultrablast, mam prosty komunikat: to kategorycznie NIE JEST płyta dla diehardów ortodoksyjnego shoegaze'u. Za dużo tu zabawy z rytmem (vide "Kiddy Pool Dreams"), mniej tu eterycznego podśpiewywania à la Cocteau Twins, bo Lyubov Soloveva momentami tonie pod podkładem rodem z CHVRCHΞS uderzających w melanż z opitymi przesłodzonym ponczem Purity Ring (patrz: "Initial" przeobrażające się w jeden z kompozycyjnych highlightów albumu – "Glow Vastly"; charakterystyczne "wielotorówki"). Oprócz tego skomasowany atak gitarowych ścian ustępuje niejednokrotnie kiczowatemu "przeelktronizowaniu" poszczególnych fragmentów. Istna profanacja, jakiś chory brokatowy twór, który zdefiniowałbym jako "glow-gaze-pop". Kurwa, dlaczego tyle tutaj perki "na wierzchu"? Podsumowując: 6.8, tańczę i czekam na więcej. –W.Tyczka
Ech... Chciałbym rozpływać się nad kunsztem Give A Glimpse Of What Yer Not, ale to naprawdę jeden z tych albumów, na których literalnie "wieje nudą". Późne lata osiemdziesiąte w wykonaniu (wtedy jeszcze jako Dinosaur) tercetu: Mascis, Murph, Barlow, to piękny triumf gitarowej innowacyjności, natomiast współczesną działalność post-reunion skojarzyć można z pakowanymi mrożonkami wyprodukowanego w Stanach (chwytliwego) alt-rocka z długim terminem przydatności do spożycia. Kolejny pomnik wznoszony pozornie prostemu najntisowego riffowaniu, obsesji na punkcie repetycji i przecinającym kompozycje wpół solowym odlotom J. Inny rodzaj muzycznej agresji i podobny "bank" fraz melodycznych, i mimo energetyzującego openera, "Going Down" (ten dziki jazgot wzmacniacza na początku utworu!), gdzieś na wysokości "Love Is..." wszystko rozjeżdża się jednocześnie stając dziwnie "znanym". B-sides b-sides'ów Farm, czyli najprościej rzecz ujmując – piosenki będące mniej urodziwymi siostrami indeksów z Beyond? Mimo wszystko podziękuję i pozostanę przy "Said The People". –W.Tyczka
Co robi Leon Vynehall kiedy akurat nie wydaje naszych ulubionych płyt? Wiadomo, gra sety na wszystkich boilerach tego świata, ale co jakiś czas zamyka się w studio z A1B, czyli niejakim Christianem Piersem i nagrywa pod aliasem Laszlo Dancehall. Ostatni owoc współpracy dwóch DJ-ów to właśnie opisywana EP-ka. Nie wiem jak procentowo rozkładał się udział obu panów na LZD IV, ale słuchając tych czterech numerów podskórnie wyczuwa się znak jakości autora Rojus. Weźmy precyzyjnie wplatane detale w najkrótszym, ale najbardziej skrzącym się od pomysłów "Channel" czy sample ptasich śpiewów i kozacki wjazd basu na zamykającym zestaw "Tide Out" wprost przywołującym Rojusowe pejzaże. Pozostałe dwa utwory to już typowe (jak na Vynehallowe standardy) deep-housowe petardy stworzone na parkiet, powoli odkrywające swoje karty. Podsumowując, w przerwach od nagrywania rzeczy wybitnych, Vynehall nagrywa bardzo dobre. Co za typ! –S.Kuczok
Alex Smith to koleś, który potrafi dostarczyć porządne Detroit techno. Jego najnowszy zbiór nie jest wyjątkiem od reguły, bo wystarczy tylko załapać się na otwieracz "Time Mo 1" i wszystko jasne. Ale na The Best! znalazło się też miejsce dla podszytej dubowym feelingiem, kojącej impresji "Ah' Revolution", rześkiego acid-house'u "You Silk Suit Wearin Mulafuk'ka" niemal french-touchowego "Seen Was Set (Norm Talley Mix)" czy jakiegoś outsider-g-dam-funku "Smash" gdzie swoje na klawiszach dorzucił Kyle Hall (polecam longplay From Joy). Ogólnie rzecz biorąc Omar-S snuje swoją narrację przez ponad 70 minut i właściwie przez cały ten czas utrzymuje wysoki poziom. W każdym razie ja łykam całość od deski do deski. –T.Skowyra
Róisín zrobiła sobie przerwę, ale jak już wróciła, to od razu z dwiema płytami w ciągu dwóch lat, co musiało zaskoczyć fanów. Za szybko? Niby "Mastermind" to tęczowo-juniorboysowy synth-pop w typowym roisinowym anturażu, który zapowiadał album co najmniej interesujący. I fakt, Take Her Up To Monto jest na tyle ciekawy, aby posłuchać, co Irlandka tym razem zmajstrowała z Eddie'em Stevensem, ale nie ma co się spodziewać popowych fajerwerków. Brakuje tu nośnych hitów figurujących na Overpowered, nie ma klasy i zmysłowości znanej z Ruby Blue, misternej trajektorii "Exploitation" również nie słychać.
Co tu dużo pisać: koleżanka próbuje stworzyć jakieś ambitniejsze, bardziej złożone i DOJRZALSZE rzeczy, ale trochę średnio poszło jej pisanie refrenów i melodii. Dużo tu pomysłów, zamierzeń, kilka udanych posunięć ("Thoughts Wasted"), zdarzają się świetne momenty ("Romantic Comedy"), ale generalnie mamy tu najsłabszy album Murphy w całej solowej karierze, choć życzę każdemu tak słabych najsłabszych albumów w dorobku. –T.Skowyra
Gwizada Clamsa Casino zgasła niemal tak szybko jak zabłysła. Człowiek instytucja, jeszcze kilka lat temu najgorętszy beatmaker, człowiek współodpowiedzialny za sukces Lila B czy A$AP Rocky'ego, ojciec chrzestny całego cloud rapu po wielu latach wydaje w końcu pełnoprawny album. I co? Lipa. 32 Levels to tak zwany album producencki – jeden człowiek odpowiedzialny za warstwę muzyczną i tabun towarzyszących mu gości. Ani trochę nie zaskoczyło mnie, że dwa najlepsze kawałki, jedyne naprawdę mocne strzały w zestawie, w gościnnych występach prezentują nam wspomnianego już wcześniej Pretty Flacko oraz Vince'a Staplesa, którego Summertime '06 dało nadzieję prawdziwy powrót Clamsa do formy ("Norf Norf" anyone?). Żeby nie było nieporozumień – reszta nie jest jakoś specjalnie zła (no może poza "Ghost In A Kiss"), ale dosyć miałka i nudna, często brzmiąca jak jakiś niezbyt porywający naśladowca producenta z New Jersey. Rzecz tylko dla najbardziej oddanych fanów – choć oni poczują się rozczarowani, cała reszta może sobie odpuścić album i sprawdzić tylko "All Nite", wraz z jego ślicznym teledyskiem. –A.Barszczak
Istnieją przynajmniej dwa powody, dla których warto sprawdzić tegoroczny album amerykanów z Deerhoof, jeśli przypadkiem gdzieś umknęła Wam ta płyta przy natłoku wakacyjnych premier. Po pierwsze, Greg Saunier to jeden z najlepszych perkusistów na świecie, koniec i bomba. Po drugie, La Isla Bonita to moim skromnym zdaniem ścisła czołówka albumów grupy, więc można było przypuszczać, że Kalifornijczycy są w formie. Zewsząd biją głosy o powrocie gitarocentryzmu na The Magic. Indeks trzeci, niespełna dwuminutowy "That Ain't No Life To Me" zdaje się potwierdzać te zdania, to garażowy punk w czystej postaci.
Ale nie sposób obrażać się na taki obrót spraw, nikt tak pięknie nie traktuje gitar jak ta czwórka. W otwierającym zestaw "The Devil And His Anarchic Surrealist Retinue" w ciągu trzech minut otrzymujemy kolejno tnący riff, drugoplanowe arpeggia, wysokie ozdobniki, nawiedzony slide i funkujący motywik w mostku. A im dalej tym lepiej. W "Criminals Of The Dream" z chmurkowego, syntezatorowego intra wyłania się stonerowy riff, a całość wieńczy romantyczna, świetnie rozpisana koda. "Model Behavior" to wyładowania elektryczne na tle rozbudowanej sekcji rytmicznej, a mój faworyt "I Don't Want To Set The World On Fire" to zabawna interpretacja klasycznej kompozycji The Ink Spots. Deerhoof wciąż dają radę. –S.Kuczok
Chewy Motto, nowy label podległy R&S Records z buta wjeżdża w przemysł i jako pierwsze danie serwuje nam elegancką EP-kę niejakiego Quaysa, wcześniej nieznanego szerszej gawiedzi, pochodzącego z Nowego Jorku, ale mieszkającego w Londynie producenta. Ten czteroutwórowy koktajl, nazwany przez autora wdzięcznie Swoo, to szalenie intrygująca sprawa. Każdy z indeksów, choć poruszający się w podobnym stylu (melodyjny UK Garage), brzmi zupełnie inaczej. Od najprostszego w zestawie "Falling Down On Me", przez zagęszczone rytmicznie "By Your Side", najspokojniejszy, ale jednocześnie delikatnie czerpiącym z estetyki techno "Stay With Me" czy "Out Cold" z twardymi modulacjami wokali, każdy kawałek jest potencjalnym singlem i żaden z nich nie odstaje od reszty.
Dodatkowo Quays idealnie wychwycił balans pomiędzy ubarwieniem struktury utworów, pokomplikowaniem jej, a zachowaniem przebojowości i klarowności tychże. Dopisałbym jeszcze, że warto obserwować rozwój sytuacji, bo z tego projektu może wykluć się coś bardzo ciekawego, ale sęk w tym, że Swoo jest już w tej chwili świadectwem ogromnej muzycznej wyobraźni autora; szalenie przyjemnym i słuchalnym tworem. Pozostaje więc napisać jedno: czekamy na więcej. –A.Barszczak