Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Hoops w swojej podwodnej historii zanurza słuchacza pod powierzchnię oceanicznej toni, aby za pomocą analogowej i dream-popowej sily wyporu doprowadzić go do porzucenia zbędnego balastu ciała, dając mu w pełni doświadczyć ogromu obserwowanego hydro-kosmosu. Z Janerką ma to niewiele wspólnego, jesli wziąć pod uwagę to, że EP (to się z nazwą wysilili) stoi w pełnej opozycji do krystalicznie wyczyszczonego dźwięku Podwodnej, stawiając na zdecydowanie bardziej rozmyte, szumiące i kasetowe brzmienie. Atmosferą bliżej tu do bezkresnego zimnego Atlantyku, niż do przytulnego ciepła uroku przybrzeżnych raf koralowych – wiem, że zalatuje to odpustowym kiczem, ale w niektórych przypadkach, tak jak w tym, wydaje się to w pełni usprawiedliwione, zluzujmy się trochę i użyjmy wyobraźni.
Typom z Hoopsa udaje się tego wszystkiego dokonać w niecałe 20 minut za pomocą świetnie przeprowadzonej selekcji materiału powodującej absolutny brak zbędnych momentów hołdując popowo-nerdowskim melodycznym zajawkom. Wiadomo, że celowo nagrywane na kaseciaku brzmienie jest jasnym odnośnikiem do lo-fi cudów spod znaku piwniczniaków jak “Guided By Voices“, mimo jasno nakreślonych inspiracji chłopaki nie tracą własnego języka. Biere to wszystko i chcę od kolesi więcej, kilka tape'ów i drobna EP-ka to za mało, full napalony czekam na długogrający. –M.Kołaczyk
Najnowszą płytę Barrotta najczęściej opisuje się podkreślając jej balearyczność. Zgoda, ale na Sketches From An Island 2 pojawiają się też motywy bliskowschodnie, indyjskie (sitar w "Der Stern, Der Nie Vergeht"), perkusjonalia naśladujące gamelany i wszystkie te wątki rodem z world-music, potrafią funkcjonować obok siebie. Brytyjczyk zafundował nam, wzorem pionierów exotiki, pewien rodzaj ersatzu – czystą fantazję wakacji, gdzieś w nieistniejącej "reszcie świata". Formą, w której wszystkie te elementy się spotykają, jest właśnie balearyczne, chilloutowe downtempo – leniwe brunche, zwiedzanie wyspy, relaks nad morzem i ogólnie panująca beztroska. Płytę otwiera zahaczające o lounge "Brunch With Suki". "Over A Dieter`s Place" snuje się przy akompaniamencie gamelanów/marimby, potraktowanych w minimalistyczny, reichowski sposób. "Distant Storms At Sea" przewodzi gitara jamująca w skali arabskiej. W "Der Stern, Der Nie Vergeht", downtempo-relaks powoli przemienia się w kolejną egzotyczną podróż. Do tego mamy jeszcze piano-ambient "Forgotten Island" przypominający nagrywki Akiry Kosemury. Kończące płytę "One Slow Thought" mogłoby towarzyszyć czekaniu na wschód słońca w Café Del Mar gdzieś w latach 90-tych. Sketches From An Island 2 to kawał solidnego chillu w pakiecie ze zwiedzaniem. No i czego chcieć więcej? –J.Bugdol
Imię i nazwisko jakby węgierskie, ale Kornél Kovács to DJ i producent pochodzący ze Szwecji. Pierwszy raz usłyszałem o nim za sprawą świetnego, przypominającego deep-house'owe wyprawy Vynehalla, tracka "Szikra" (na płycie pojawia się tylko krótkie intro z delikatnym nawiązaniem), a od tego momentu minęły dwa lata, które Kovács spędził na przyrządzaniu The Bells. Jest tu coś z zapętlonego, gruwiastego french touchu Le Knight Club ("BB" i "Gex"), pojawiają się lekko footworkowe igraszki ze szklistą melodyką Pantha Du Prince ("Dollar Club"), są nawet jakieś big beatowe reminiscencje Fatboy Slima ("Dance... While The Record Spins" to niemal kawałek wyjęty z Better Living Through Chemistry po mocnej, uwspółcześniającej renowacji), refleksyjny deep house w szorstkiej, outsiderskiej panierce ("Szív Utca") i dość jednoznaczne odnośniki do charakterystycznego flow krajana Axela Willnera (tytułowy trochę kojarzy mi się z "Silent" z debiutu, a "Urszusz" ze spokojniejszym closerem z jakiejś dalszej płyty). Może to nie jest oszałamiający zestaw, ale kilka tych jamów naprawdę szanuję. No i super kieł. −T.Skowyra
Kryminalne przeoczenie My Krazy Life w update’ach portalu na szczęście udało nam się odpokutować w płytowym topie mijającej dekady, natomiast Still Brazy – choć nieco spóźniony – oficjalnie propsuję na bieżąco. YG na swoim drugim albumie kontynuuje wątki west-coastowe, lepiąc przejmujące narracje ("Who Shot Me?"), zapodając kozackie, niezwykle chwytliwe refreny ("Don’t Come To LA") czy składając dość oczywiste hołdy dla klasyki gatunku ("Twist My Fingaz"). Lirycznie raper zwinnie lawiruje między imprezowaniem, gangsterką a twórczością społecznie zaangażowaną, a z dzierżeniem produkcyjnej pałeczki pod nieobecność Mustarda z świetnie radzi sobie DJ Swish, autor większości podkładów – choćby wspomniany "Don’t Come To LA" czy kanciasty "Bool, Balm & Bollective" miotą pod tym względem. Nie ma co zresztą strzępić ryja: lepszy G-Funk dała w tym roku tylko Kamaiyah, notabene również obecna na Still Brazy w kawałku z Drakiem ("Why You Always Hatin?"). –W.Chełmecki
Oczywiście już wcześniej zdawałem sobie sprawę z istnienia DJ Earla, nawet zdarzyło sprawdzić mi się jego poprzednie materiały, ale dopiero informacja o EP-ce z gościnnym udziałem Oneohtrix Point Never prawdziwie mnie zelektryzowała. I cóż, nie zawiodłem się. Co prawda nie zmienia sposobu w jaki patrzymy na footwork, ale zastanawiam się czy nie jest to najlepsza rzecz z gatunku od czasów epokowego Double Cup. Każdy z ośmiu kawałków jest interesujący i wielowątkowy; oprócz agresywnych rytmów, tak charakterystycznych dla tej stylistyki obfituje w interesujące tekstury i różnorodne podejście do teklife'owych konstrukcji. Całość jest bardzo słuchalna w warunkach "kanapowych", czego niestety nie można powiedzieć o lwiej części juke'owców. Ale jakie to ma znaczenie gdy najjaśniejszy punkt programu, "Smoke Dat Green" tak bardzo przypomina sami wiecie kogo... –A.Barszczak
"Kolejny z watahy psych-popowców, tu w spokojnym, lounge’ującym sosie, z demarcowską chamberowością i wszędobylską harrisonowską gitką, jedna z lepszych tegorocznych płyt w tej niezwykle popularnej dziś, samozwańczej kategorii." – tak pisałem o zeszłorocznym Timeline w swoich notatkach do indie rekapitulacji, z której Alex Brettin – mastermind projektu – ostatecznie wyleciał na ostatniej prostej. I choć na Skiptracing Mild High Club nadal zdarza się unosić w przestrzeni ("¿Whodunit?"), to wątki psych schodzą tu na dalszy plan. W zamian dostajemy zamglony blend, który najłatwiej opisać wymieniając wybrane wątki z życia Brettina: jazzowe wykształcenie, znajomość z DeMarco i tysiące godzin spędzone z soft-rockowym dorobkiem lat 70. Bardzo przyjemne, sypialniane lo-fi ze śladami Steely Dan, George’a Harrisona, Beach Boys i losowych wątków południowoamerykańskich – to chyba wystarczająca rekomendacja by poświęcić pół godzinki? –W.Chełmecki
Kaitlyn tworzy prog-elektroniczne pejzaże, podobnie jak jedna z jej inspiracji i główny punkt odniesienia, Suzanne Ciani, przy użyciu syntezatora Buchla. Złapałem się na tym, że z łatwością wpadam w wirujące, naznaczone rytualnym piętnem jakiegoś Mulatu Astatke utwory − gdy rozpoczynam od openera, kończę na closerze bez przerywania toku longplaya. Ears wędruje po różnych krainach: są rewiry spod znaku Seven Waves z chłodniejszą i nieco mroczniejszą aurą ("First Flight"), jest wyciszający i skupiony ambient Eno ("Wetlands"), snujący się, zrelaksowany proto-ambient Kraftwerk ("Envelop"), są próby dialogu z wokalnym minimalizmem Reicha ("Rare Things Grow"), wreszcie są rasowe, epickie prog-suity w duchu Klausa Schulze ("Existence In The Unfurling"). Przy tym wszystkim głos Kaitlyn przywołuje skojarzenia z wokalem Karin z Silent Shout, co sprawia, że quasi-piosenki zyskują jeszcze więcej dziwności. Ale najbardziej cieszy fakt, że album jest pełen zaraźliwych chwytów czy wręcz popowych melodii (cudny pasaż od 2:12 w "Envelop" wkręca się do głowy i nie chce się wykręcić). Komu brakuje takiej organizacji dźwięku, niech bierze bez pytania. A już we wrześniu ukaże się Sunergy, czyli kooperacja Kaitlyn i Suzanne, na którą też bardzo czekam. −T.Skowyra
Kevin Barnes, duchowe dziecko Oscara Wilde'a, w zgodzie z prominentnym literackim wzorcem, mimo dobicia czterdziestki, nie rozsiewa wokół siebie fermentu zgnilizny, wciąż będąc plastycznym uosobieniem dzikiej psychodelicznej fantazji. Pod butem mastermindu Kevina, Of Montreal, mimo że wyzuty ze sprawdzonych już członków, na Innocence Reaches nie traci smykałki do umiejętności songwriterskiego wymiatania i eksperymentatorskiego zacięcia, tym razem wchodząc w niezobowiązujący romans z EDM-ową spuścizną. Wszystko zostaje przepełnione kampowym, trans-płciowym szaleństwem spod znaku zdemonizowanych Gender Studies. Niestety paleta barwnych i cukierkowych eksplozji, zostaje stępiona i ograniczona, gdzieniegdzie popadając w wyraźnie szarzyzny (nie chodzi o przejście w depresyjne tony, ale muzyczne pustki), czyniąc Innocence stosunkowo do reszty, średnim jakościowo wydawnictwem, w pokaźnej dyskografii. Mimo tego, po czerstwym wstępie i średnim singlu oraz kilku słabszych momentach, Montreal to Montreal, jak ich już znacie, wiedzcie że z tą płytą jesteśmy w domu. –M.Kołaczyk
Nie dość, że sprawiają fanom miłą niespodziankę nową EP-ką, to jeszcze wpadają do nas dwa razy w roku (ostatni koncert w Warszawie był naprawdę spooooooko). Ale do Gdańska Junior Boys zawitają dopiero w listopadzie, więc sprawdźmy teraz ich nowe, krótkie wydawnictwo. Nie będzie w tym wielkiego minięcia się z prawdą, jeśli napiszę, że Kiss Me All Night to po prostu zbiór odrzutów z Big Black Coat: słychać tu nastawienie na techniczną rytmikę (swoją drogą zajawki Jeremy'ego odciskają się także na muzyce Jessy Lanzy) i drążenie klawiszowych tematów oplatanych ornamentacyjnymi motywami ("Yes" i "Baby Fat") czy bardziej stonowane wibracje (cover Johna Martyna "Some People Are Crazy"), ale słychać też, że za materiał odpowiada ten, a nie inny duet z Kanady (tytułowy, tu z kolei słyszę jakieś echa It's All True). Więc może faktycznie to są odrzuty, ale słucham z przyjemnością i wam też RADZĘ zrobić to samo. −T.Skowyra
"Ten singiel zdecydowanie zdradza potencjał na płytę ważną w kontekście grudniowych podsumowań roku" – pisałem na początku sierpnia przy okazji bardziej szczegółowego spojrzenia na promującą krążek In Summer piosenkę "Love's Refrain" autorstwa Ledesmy i na moje szczęście nie było to stwierdzenie użyte na wyrost, bo Jefre swoim ostatnim wydawnictwem potwierdził, że to jego krótkograjka będzie na ustach wszystkich chcących rzetelnie podsumować rok 2016 w eksperymentalnej muzyce elektronicznej. I choć bezwarunkowo zakochaliśmy się w inkarnacji Fennesza z Endless Summer wymieszanej z ciepłym noisem i psychodelicznym popem zrealizowanym w konwencji lo-fi, i najpewniej (podświadomie) oczekiwaliśmy od pozostałych czterech indeksów podobnego dialogu pełnych kolorytu pasaży z chropowatym, kakofonicznym backgroundem, to nawet nieco inna linia programowa (więcej kaset) obrana przez JCL porywa.
Delikatny początek "Little Dear Isle" – warmdrone, nagrania terenowe; dźwięk ptaków i liści, stanowi kontrast dla zmaksymalizowanej końcówki "Love's Refrain", a ponadto, w obrębie wciąż tej samej kompozycji, pięknie nakreśla dysproporcję pomiędzy poziomem natężenia dźwięku w pierwszej, a ostatniej minucie nagrania. Tytułowy track to już wycieczka przez niematerialny świat Ledesmy - entourage słodko-gorzki, wstęp do najbardziej zachowawczej propozycji, siedmiominutowej, statycznej kobyły "Blue Nudes (I-IV)". Oprócz utworu #1, na In Summer najbardziej błyszczy ulokowane na samym końcu tracklisty preludium, czyli pytyjska wariacja na psa, pianinową frazę (pozdro Yōran, pozdro Montparnasse) i cyfrowy hałas. Dronoambientonoise renesansu i jedna z ciekawszych TAKICH POZYCJI w tej dekadzie. –W.Tyczka