SPECJALNE - Rubryka
Ekstrakt #10 (SAFE)
6 września 2026
Cancer Conspiracy
The Audio Medium
2002, Big Wheel Recreation
Pisaliśmy:
Piętrowe figury rytmiczne, głębia gitarowych brzmień, potęga kompozycji, monumentalne dygresje fortepianu, koronkowe popisy sekcji i nawet pomruki saksofonu z dystansu. Wszystko poukładane w nietypowy, celowo zniekształcony i ramowo płynny sposób. Słuchanie Cancer Conspiracy jest jak podróż przez ciemnie ścieżki zaklętego grobowca, jak spacer w towarzystwie Tezeusza w poszukiwaniu Minotaura, gdzie rolę nici spełniają wyraziste, mimo pozornego chaosu ułożone regularnie, zapadające w pamięć motywy. –Borys Dejnarowicz

Captain Beefheart And His Magic Band
Trout Mask Replica
1969, Straight
Czy rzeczywiście Van Vliet skomponował wszystkie utwory podczas jednej, ośmiogodzinnej sesji przy fortepianie – instrumencie, z którym nie miał wcześniej żadnej praktyki? Czy faktycznie z tak aleatorycznej metody wyszło mu "post-Cage'owskie studium tonalności"? Czy sam proces aranżacji tych kompozycji na zespół, a nastepnie przećwiczenia ich przez zespół, istotnie trwał aż osiem miesięcy i był aż tak wycieńczający? Legenda "piekielnie trudnej w odbiorze" i "niesłuchalnej" płyty w moim przypadku kompletnie się nie sprawdza. Te kakofoniczne, polirytmiczne, groteskowe w ekspresyjnym przerysowaniu i dadaistyczne literacko trawestacje bluesowych wzorców z Delty wydają mi się centralnie chwytliwe i nucalne. Dla mnie to są może i anty-, ale jednak hooki. –Borys Dejnarowicz
przeczytaj "Porcys's Guide to Pop"

Cheb Khaled
Hada Raykoum
1985, Triple Earth
Założenie tego ficzerka jest proste – wymieniamy świetne albumy, których "próżno szukać" (albo "ze świecą"!) na platformach streamingowych. Czasem to kryterium bywa niejasne i nieostre, o czym wspomnieliśmy we wstępie – na przykład dana pozycja jest dostępna tylko w jednym serwisie albo tracklista w połowie nie zgadza się z oryginałem. Natomiast z Hada Raykoum mamy sytuację zupełnie absurdalną. Mianowicie, gdy wejdziecie na Spotify i wpiszecie OWE hasło, to Waszym oczom ukaże się jakiś inny album, z innymi kawałkami (poza utworem tytułowym, ukrytym pod indeksem 12). "Gówno jesteś Raykoum, ja Raykoum znam! Ty, Spoti! To nie jest Raykoum to co tu siedzi. CO SIĘ DZIEJE?! To Raykoum też żeś wypuścił...? No nieeeee....".
"Ale to jeszcze nie koniec", jak mawiał Szpaku w 90s na skrótach pucharowych. Otóż pozornie możecie sobie sami skompilować plejkę zawierającą całe prawdziwe Hada Raykoum, bo niby, teoretycznie, pozostałe 5 tracków rozsianych jest na reedycjach innych płyt artysty, wrzuconych niedawno do DIGITALU. Bzdura: są to jakieś inne wersje ("tylko opalone, bo chcą mnie zmylić") – trochę jak z debiutem Oddziału, który wisi w wykonaniu formacji JARY OZ. O co chodzi...? "Żebym to ja wiedział" (Kinior do Tymona po wręczeniu mu Fryderyka za Polovirusa). Może to były dziwne czasy, może to był sanacyjny Khaled, pamiętajmy z kim on się wtedy kumali... Innymi słowy – może były różne wydania arabskie i europejskie (jak PIERWEJ Beatlesi w UK i US)? Mimo to aż chce się krzyknąć "zdjąć to! to jest profanacja!".
A sama muzyka? Cóż, jeśli kojarzycie nurt zwany Raï, to macie tu potencjalnie najdoskonalsze dziełko z tego kręgu – łączące pijane wiraże hooków Cheba na majku i tętniące surowym, ulicznym bitem podkłady, które ktoś kiedyś trafnie ochrzcił "czystą rynsztokotroniką". "Powiem więcej" (Thomson i Thompson) – chyba żadne nagrania z szeroko pojętej ARABISTYKI wokalnej nie dają mi tyle frajdy. I to wszystko od MŁODEGO KHALEDA – mainstreamowej ikony Algierii, idola kryzysowego, posłańca wielkich wiadomości, ambasadora wspaniałego skoku cywilizacyjnego? Tego co kilka lat później śpiewał hita "Aïcha"? Lata osiemdziesiąte jak widać były szalone nie tylko w Polsce. –Borys Dejnarowicz

Chrysalis
Definition
1968, MGM
Dość śmiesznie wygląda buńczuczne "odkopywanie zapomnianych pereł" z amerykańskiego psychodelicznego popu schyłku lat 60., jeśli zjawiska pokroju Chrysalis są wciąż praktycznie anonimowe. Właściwie każdy track na Definition zdradza tak ogromną swobodę i wprawę w slalomie między harmonicznymi tyczkami, że trochę dech zapiera. Od Zappy mister James wziął wielowątkowość i szczyptę HUCPY, ale nawiązał też do lekkości Sunshine Popu, uszczknął coś z marzycielstwa hippisowskiego folk-rocka i korespondował z surrealizmem wczesnego Soft Machine. Od siebie wniósł dyscyplinę narracyjną, unikając rozwlekłości czy improwizacji. Tak graliby Mothers of Invention, gdyby robili to nieco bardziej serio i z mocniejszym naciskiem na piosenkowy flow. –Borys Dejnarowicz

Cindy Lee
Diamond Jubilee
2024, W.25th
Pisaliśmy:
W pełni zasłużenie. Bo Cindy Lee w tej swojej retronostalgii poraża. Idealizuje do przesady, wyciska intertekst do granic (nie)możliwości, a z ruchomych i nieruchomych obrazów robi sobie sprzymierzeńców. W ten sposób osiąga zamierzony efekt synergii, bombarduje eterycznym minionym i emocjonalną zaraźliwością. –Witold Tyczka
przeczytaj "Ekstrakt 5: 10 płyt 2020-2024"

Coil
Horse Rotorvator
1986, Force & Form
Pewnie o Horse Rotorvator już wszystko zostało powiedziane/napisane i niewiele wniosę kolejnym komentarzem o bezkompromisowości, szalonych zmianach nastroju (od obłąkanych i agresywnych industrialnych momentów po delikatne, wręcz liryczne fragmenty), charakterystycznych elementach aranżu (takich jak dodanie marszu czy ten pożyczony od jakiegoś Crass motywik w openerze, który uwielbiam), o tematyce śmierci czy o Pasolinim. Wszystko było i "kto wie, ten wie". Natomiast zawsze przy "Slur" nachodzi mnie myśl, że gdyby David Sylvian zwariował, to może tak brzmiałby jeden z jego albumów? Nie do sprawdzenia i może dziwna teoria, ale co poradzę. –Tomasz Skowyra
Sprawdź też: Coil: Scatology

Cyann & Ben
Spring
2003, Gooom
Pisaliśmy:
Ale gdy już Gooom (ten od M83, btw) wznowił Spring ostatnimi tygodniami, natychmiast posiadłem tekturowy egzemplarz, delektując się zawartością. A bo w środku gęste atmosferyczne pejzaże i nawarstwione, kołaczące się halucynogenne motywy w rozmazanym brzmieniu. Oraz piękne, choć niejednokroć chore i autentycznie nawiedzone melodie. –Borys Dejnarowicz

De Mono
Stop
1993, Zic Zac
Pisaliśmy:
Stop to najmocniejsza pozycja w dyskografii formacji, choć wielkie hity – "Kochać Inaczej" i "Moje Miasto Nocą" – mieli już na poprzednich albumach. Tu jednak natężenie hooków na sekundę jest zdecydowanie największe. W skali krajowej ten zacny mondeo pop wyróżnia się przede wszystkim świetnymi aranżacjami oraz wszędobylskim saksofonem Chojnackiego, który pozostaje niemal przez cały czas na drugim planie. –Kacper Bartosiak
Sprawdź też: De Mono: Kochać inaczej
przeczytaj "Polskie płyty XX wieku: Appendix"

DJ Rectangle
Ill Rated
1995, self-released
Jeden z dwóch sławnych mikstejpów wypuszczonych w 1997 roku przez tego gościa – drugi to również wart sprawdzenia Vinyl Combat. Notorious B.I.G., Ice Cube, KRS-One, AZ, Warren G, Craig Mack, raperzy z Wu-Tang Clan, Mobb Deep i Goodie Mob – oni wszyscy tu są. Kolejna garść legend pojawia się w bitach i krótkich wycinkach. A raczej zostali po prostu zmiksowani w nieoficjalny rapowy leksykon, który można puścić na imprezie i mieć przez godzinę gwarancję zapełnionego, rozbujanego parkietu. Ale można też odsłuchać go z nabożeństwem, śledząc te święte pisma hip-hopu z "opadnietą szczęką". Pod względem zagęszczenia cytatów to niszowa antycypacja szaleństwa Girl Talk, tyle że bez postmodernistycznej ironii i wyścigowej żonglerki próbkami. –Borys Dejnarowicz

DJ Sprinkles
Midtown 120 Blues
2009, Mule Musiq
Pisaliśmy:
Wszystkie utwory zdradzają skłonności melankolijne, szwung głębokich linii basu i krewkiego wokalu ustąpił w dużej porcji drobnym chórkom klawiszowym, dutkom, ambientowaniu, ściszonemu głosowi albo zepchniętym w tło skandom i śmiechom. W pietystycznie selekcjonowanych dawkach zachodzi rasowym gróvem to tu, to tam (…) znaków firmowych wychodzi w sam raz na raz, nie ma potrzeby podnoszenia larum. –Magda Janicka
Sprawdź też: Terre Thaemlitz: Soil
przeczytaj "100 płyt 2000-2009 na świecie"

Dominik Eulberg
Kreucht & Fleucht
2005, Mischwald
Kreucht & Fleucht to zapomniana perła i modern classic minimalistycznej odnogi techno i pochodnych. Niemiecka dyscyplina w połączeniu z wyborną selekcją zaowocowały trwającym pomad 2,5 godziny miksem podzielonym na dwie części: Kreucht (z niemieckiego pełzać) to jakby noc, a Fleucht (latać) dzień. Nie muszę dodawać, że oba krążki wzajemnie się uzupełniają. Szkoda tylko, że o tym kolosie wiedzą pewnie tylko pasjonaci tematu. Brak obecności w streamingu w tym zupełnie nie pomaga. –Tomasz Skowyra

Emmanuelle Parrenin
Maison Rose
1977, Ballon Noir
Cały longplay jest wart Waszych uszu. Ba, znajdziecie tam szereg naprawdę urokliwych SONGÓW, sporo eksperymentów (drone'y included) oraz ziarnka, które w kameralnym folku XXI wykiełkują nie tylko u Joanny – Parrenin prognozuje też kolażowy idiom Books ("L'écharpe de soie" – aż chciałoby się dorzucić "the lemon... of PINK"), ambientową mgłę panny Grouper ("Après l'ondée") czy obrzędowy vibe wczesnych Animali (choćby "Ballade avec Neptune"). Sęk jednak w tym, że według mnie w przeciwieństwie do swoich sąsiadów "Plume blanche, plume noire" unosi się nad ziemią w sposób tak uniwersalny, trudny do przypisania konkretnemu "soundowi epoki", że niezręcznie porównywać go z czymkolwiek innym. –Borys Dejnarowicz

Erlend Øye
DJ-Kicks
2004, !K7
Pisaliśmy:
Dlatego zamiast nakładać klapki na oczy, spróbujmy dostrzegać takie perełki gatunku. Sięgnięcie po DJ Kicks polecam zwłaszcza w jednej z tych chwil, gdy nastrój wymaga sprecyzowania przez jakiś czynnik zewnętrzny. Krążek ów nie tylko wprowadzi cię w groove, ale również rozśmieszy. –Jędrzej Michalak

Ewa Bem
I Co Z Tego Masz?
Wifon, 1986
Pisaliśmy:
Album wypełnia jedenaście perfekcyjnych i nieskrępowanie dziwnych numerów, które nigdy nie podążają najbardziej oczywistą drogą. To praktycznie muzyka fusion, zagrana zresztą przez jazzowych muzyków (Krzysztof Ścierański na basie), która przybrała formę piosenek oprawionych w syntezatorowe brzmienie. –Łukasz Konatowicz
przeczytaj "Najlepsze polskie płyty XX wieku"

Fenn O'Berg
The Return Of Fenn O'Berg
2002, Mego
Dlatego potrójnie dużo dzieje się na The Return Of FennO'Berg w zakresie mikro-zmian, operowania przysłowiowym pierdzeniem żaby. Najmocniejszym punktem i oparciem dla całości jest kompozycja o nazwie "A Viennese Tragedy". Płaczliwy motyw pojawiający się na wysokości dziewiątej minuty nie byłby nie na miejscu na III Symfonii Góreckiego, albo jeszcze lepiej – godzinnym "Mother" z Saturnz Return Goldiego. –Michał Zagroba

Flava D
More Love
2015, self-released
Pisaliśmy:
Na każdym kroku czuć dotyk i obecność blondwłosej producentki – 5 sekund wystarczy, aby wiedzieć, że to właśnie ona jest autorką danego kawałka. Autorką, bo podobnie jak Jensen Sportag w roli remikserów, dziewczyna tworzy na kanwie "istniejących" piosenek lub przy pomocy sampli coś zupełnie nowego, a przy tym unikatowego i uzależniającego. –Tomasz Skowyra

France Gall
Baby Pop
1966, Philips
Na oko pstrokaty wykwit kontynentalnego, sixtiesowego poptymizmu, francuski nurt Yé-yé nadal wzbudza sporo kontrowersji rzekomym seksistowskim wydźwiękiem. Niczego nieświadoma, prześliczna blondyneczka wykonała "Les sucettes" z zakamuflowanymi aluzjami do seksu oralnego – autorski majstersztyk deprawacji by Gainsbourg. Serge dołożył trzy cegiełki (w tym otwierającą tytułową) na rześkim, porywającym longplayu z 1966 roku, który dość niepozornie antycypuje całą tradycję europopu – z tą mechaniczną, nieco "kwadratową" rytmiką i barwnymi orkiestracjami. Żadna z Gall wybitna śpiewaczka, ale to amatorstwo broni się dziś zaskakującą świeżością. Influence on: ABBA, produkcje Morodera (sprawdźcie motorykę "Faut-Il Que Je T'Aime"!), Valerie Dore, Aqua i oczywiście późne Stereolab. –Borys Dejnarowicz

Function
The Secret Miracle Fountain
2006, Locust Music
Pisaliśmy:
Mówiąc jednak poważnie, cieszą niezmiernie takie nagłe odkrycia, zwłaszcza, że The Secret Miracle Fountain pochodzi z najbliższego mi kociołka stylistycznego; wyobrażam sobie w tym momencie naszego dawnego pupilka o imieniu Niezal, ze środkowym palcem wystawionym w kierunku panny Hilton, oraz tryumfalnym "I ain't dead yet, bitch!" na ustach. –Patryk Mrozek
przeczytaj recenzję
przeczytaj "10 najlepszych płyt 2006"

Galvin Paris
Anagramowe Sekwencje
2011, self-released
Pisaliśmy:
W intro doznajemy popisu zwariowanego szatkowania mikropróbek w stylu Akufena lub Maxa Tundry. Większość wałków to samplowe wycinanki pod hip-hopowe bity, tak jak w "W Zasadzie Bez Tytułu (Stagnacja)", gdzie Galvin swoją bezbłędną nawijką uderza do słuchacza z zaproszeniem do Anagramowych Sekwencji. –Michał Hantke
Sprawdź też: Galvin Paris: Parysz (EP)

Godspeed You! Black Emperor
F♯ A♯ ∞
1997, Constellation
Pisaliśmy:
W trzech kilkuczęściowych kompozycjach siedemnaścioro muzyków w wielomiesięcznym procesie nagrywania uchwyciło, jak nikt inny, ducha ostatnich chwil współczesnej apokalipsy. Strzępki przepięknych kompozycji na wszystkie instrumenty świata łączą się tu z niezmierzoną liczbą symboli. –Filip Kekusz
Sprawdź też: Godspeed You! Black Emperor: Lift Yr. Skinny Fists Like Antennas To Heaven!
przeczytaj "100 płyt 1990-1999"
przeczytaj "Playlist Extra"