Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Gdzie się podział pierwiastek szaleństwa odpowiedzialnego za co-produkcję numeru Arki? Podkład brzmi jak żywcem wyrwany z jakiegoś najntisowego, amerykańskiego ghetto-rapu (hamujący samochód, drogowa kraksa – serio?) i gdyby nie interesujące, dość "ożywcze" sample dziecięcego płaczu oraz kilka brzmieniowych innowacji (począwszy od 2:30), to podkład ten śmiało można by umieścić w paczce instrumentali pierwszego lepszego internetowego beatmakera promującego się za pomocą platformy YouTube. Sam Dean Blunt w obrębie utworu porusza się raczej bez większych niespodzianek, tj. z charakterystyczną dla siebie flegmą i rzuca wersy jakby zupełnie na odczepce. Broń boże nie jest to żaden przytyk, bo niesłychanie cenię sobie charakterystyczny, wykształtowany już w czasach świetności Hype Williams styl Brytyjczyka, ale umówmy się – u czarnoskórego muzyka przede wszystkim chodziło o frapujące, nieoczywiste konstrukcje i momentami absurdalne dźwiękowe zestawienia. –W.Tyczka
Tworzenie mash-upów, które brzmią dokładnie tak, jakby na jednym odtwarzaczu puszczo jednocześnie dwie niezależne i niezwiązane ze sobą ścieżki powinno być surowo zakazane. Melanż coltrane’owskiego saksofonu z dronowymi pasażami składu O’Malleya musi stać się czymś więcej niż ciekawostką – to powinno być spójne, przystawać do siebie nawzajem na całej rozciągłości, a nie tylko w jednym, zaskakujący dobrze zestawionym "Peace For Bathory Erzebet” (Bohren sięgający wyobraźnią dalej niż wyimaginowane soundtracki do neo-noir movies). Pożywka dla melomanów kochających egzotyczne konfiguracje figurujące na okładce albumu, ale nic poza tym. A jeśli chodzi o solidny mash-up artystów z dwóch zupełnie różnych muzycznych światów, to odsyłam do wzorowego Aphex Swift z poprzedniego roku. –W.Tyczka
Wiadomo jak to jest z AnCo – z nimi może być źle, ale bez nich jeszcze gorzej. Przy tym powiedzmy krótko – dzisiaj od chłopaków nie oczekuje się już ambicji do przesuwania granic współczesnego popu, zresztą twierdzą tak nawet sami zainteresowani i coraz częściej sięgają po znacznie prostsze niż znamy z ich dotychczasowej linii programowej rozwiązania. "FloriDada" nie odsłania niczego nowego, prędzej sytuuje całość między dwiema ostatnimi płytami – ot barwna zawiesina starych sztuczek, przecieta obdarzony beachboysowymi frazami, najbardziej wyrozniajacym się z tej stawki mostkiem. Nie spodziewam się płyty roku, ale fajnie, że są; po prostu, tak zwyczajnie. –R.Marek
Doooobra tam, nie ma co udawać, "Focus" jest semi-plagiatem "Problem", nawet jeśli Ariana próbuje odwrócić uwagę kosmiczną kreacją. Jestem jednak zdania, że pomimo ewidentnych podobieństw (konstrukcja utworu, refren, sposób śpiewania, dęciaki) nowy kawałek panny Grande może funkcjonować na innych warunkach: autorytarny beat zastąpiły imprezowe handclapy, syntezatorowy mostek ucieka nieco od formuły r&b bangera, a Srazalea nie zatruwa atmosfery swoją obecnością. Jeśli Ilya z Martinem mają zjadać swój ogon w tak efektowny sposób, to ja nie mam zamiaru narzekać. Był Problem, jest Focus, czekam na Liroya. -W.Chełmecki
Nie było jeszcze na Porcys wzmianki o najgorętszym ostatnimi miesiącami wokaliście, manifestującym wyrwany żywcem z lat 90 hedonistyczny światopogląd zakapiorze, człowieku, który robi coś tak stylowo i po swojemu, ale jednocześnie pamięta o korzeniach – najwyższy czas to zmienić. Anderson Paak, bo o nim mowa, do niedawna kojarzyć mógł się nam wyłącznie z godnością typową dla bohatera sitcomu, a dzisiaj? Dzisiaj zgarnia wszystko. Przełomem była oczywiście współpraca przy Compton, gdzie na spółkę z Kendrickiem zjadł doktorkowi płytę. A dzisiaj? Dzisiaj chce go na gościncę kazdy. Trudno się skądinąd dziwić – obejmuje wzrokiem tegorocznych śpiewaków z pogranicza r&b i pod względem wdrażania pomysłów (metafora topienia się to mój ulubiony moment na wspomnianym Compton) czy siedzenia w bicie mało kto mu dorównuje, bo nigdy nie przewidzisz, w jaki sposób dany wers zostanie wyartykułowany. Nie jestem pewien, czy samplowane połamance Knxwledge to to, czego oczekuje od naszego rookie of the year, ale jako przystawka przed płytą? Jest dobrze. –R.Marek
Krótka piłka, bo taki mamy format, a i rzeczona płytka jest krótka: drugi album australijskiego zespołu Royal Headache to 28 minut power-popowego/pop-punkowego garażowego łojenia z brytyjskim backgroundem i w ideologicznym kluczu Guided By Voices. Słuchałem jakieś 20 razy i dalej nie mam dość – to właśnie dla tak esencjonalnie zajebistych kawałków jak tytułowy albo "Another World" przeczesuję rokrocznie tony naprawdę złego indie, więc doceńcie, że obok tej bandy nieprzytomnych łajdaków istnieją również zespoły takie jak ten – sypiące gitarowym złotem jak z rękawa. Rewelacja. –W.Chełmecki
Niedawno przeczytałem wiadomość, że Sokół ma wydać płytę solo (pierwszą!) i bardzo się z tego powodu ucieszyłem. To jeden (jedyny?) z tych genialnych niegdyś raperów, którzy nigdy nie zaliczyli w swojej karierze w pełni udanego albumu. Może w końcu się uda? Płonna to była nadzieja, ale jakaś była. Niestety potem nadeszły fakty. Obecność Lindy. Pewnie, "Filandia” była świetna, ale to raczej wyjątek. Współpraca zgorzkniałego rapera, który potrafi wydać coś takiego, z burakiem pokroju pana Bogusława nie mogła zaowocować niczym dobrym. Nie mam ochoty się pastwić jakoś bardzo nad tym tworem. Oczywiście pod względem produkcyjnym, wykonawczym, realizacyjnym itd. jest w pełni profesjonalnie i fajnie. Marna to jednak pociecha, gdy efektem starań jest czerstwy rap dla prenumeratorów magazynu Logo. Przy ostatniej scenie, w której zadowolone chłopaki polewają sobie po szklaneczce Black Label, robi mi się autentycznie smutno, więc już może zamilknę. Rób to, w co wierzysz? Ja już w nic nie wierzę. –A.Barszczak
Zaśpiewany przez Cyndi Lauper na początku lat osiemdziesiątych popowy klasyk w rękach tercetu z Portland uwypukla jedno – u Chromatics wciąż bez większych zmian. Ruth Radelet w schematyczny już sposób czaruje podobnie poprowadzonymi wokalizami, a Johnny Jewel odurza plastikowym, cloudowym drum kitem tak charakterystycznym dla pościelowych chillwave’owych producentów sprzed kilku wiosen. Ale nie to jest najgorsze, bo najbardziej boli fakt, iż mimo nie opuszczającego mnie przez cały utwór wrażenia, że słyszałem podobne piosenki na co najmniej dziesięciu undergroundowych SoundCloudach, to wciąż nagranie to porywa. Tacy trochę Majestic Casual współczesnej muzyki rozrywkowej. Niczym nie zaskoczą, ale wciąż słucha się tego może bez wypieków na twarzy, ale na pewno przyjemnie. –W. Tyczka
Singlowa promocja zbliżającego się Art Angles to istna sinusoida. Claire Boucher najpierw mami nas jednym z najlepszych nagrań bieżącego roku ("REALiTI"), kompletnie niespodziewanym soundem sprzed kilkunastu lat (kto gra tak w 2015?), by chwilę później rozczarować przeciętną do bólu propozycją osadzenia aliasu Grimes w ryzach hook-based mainstream popu ("Flesh Without Blood"). I już zupełnie nie wiem, co o tej całej stylistycznej wolcie myśleć. A tu na horyzoncie jeszcze jedno, stokroć ciekawsze wcielenie – produkcyjnie skrojone w sam raz pod M.I.A. "SCREAM". Treściwa wypowiedź zbudowana z rzężącego gitarowego riffu, brazylijskich bębnów i rozproszonych, stanowiących osnowę utworu, bojowych krzyków frapuje może nie ze względu na swoją konstrukcję, a raczej z powodu orientalnego featuringu. Udzielająca się na tracku tajwańska raperka Aristophanes kradnie show. Za diabła nie wiem o czym nawija, ale jej performance jest na tyle elektryzujący, że w końcu zaglądam na jej SoundCloud, a tam szok i niedowierzanie – maksymalny eklektyzm! Mieszkanka Tajpej mimo, że leci jak chce po podkładach żywcem wyrwanych z katalogu Manicure Records, to nie ma absolutnie żadnego problemu by chwilę później wcielić się w industrialne, azjatyckie Dälek. W to mi graj. –W.Tyczka
Kiedy ostatnio słyszeliście płytę, na której każdy dźwięk jest świadectwem dobroci świata? Halo, halo. Nie wiem, o co biega. Potwornie długi (77 minut), pełen dancehallowych (mogę się mylić) zaśpiewów i wypolerowanej, pop-trapowej produkcji album jednookiego kolesia ze sztucznymi dredami podoba mi się jak mało co w tym roku. Okej, rozumiem, na pewno nie jest to najlepsza płyta roku, nie jest to czołówka, pewnie nie pierwsza dyszka. Ale jeśli rozpatrywać ją tylko pod kątem ripitowalności i czystej, niczym nieskrępowanej zabawy, to absolutnie wygrywa. Halo, halo. To nie jest ten rodzaj gówna, który powie wam, jak żyć czy ukształtuje waszą osobowość. Mniejsza o to, to nawet nie jest album, o którym będziecie myśleć. Nie będziecie rozważać zabiegów producenckich, rozkminiać linijek. Znacie "Trap Queen"? Pewnie, że znacie. No to wyobraźcie sobie, że reszta daleko nie odbiega od tego, kosmicznego przecież, poziomu. Łukasz trafnie zdiagnozował zjawisko w Dillpacku. Ja was tylko proszę – nie popełniajcie jego błędu i słuchajcie całości. Remy Boyz 1738, kochani. –A.Barszczak