Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
“We’re just so pretty.” Niby gdzie (może poza mostkiem). Kobieta fatalna i Brit-borg chwalą się tu, jakby Hancocka za nogi złapały, ale przechwałek starcza im na dwie pętle i wspomniany mostek. W zasadzie to nie wierzę ani jednej, ani drugiej, nie wierzę również w podkład, którego zresztą nie sposób przeanalizować na zimno, bo jest stale zagłuszany przez to wokalne wariactwo. Co tu dużo mówić, nieśmiesznie i słabo raczej (no może z wyjątkiem mostka, który i tak lepiej by wyszedł na szlabanie na mikrofon Australijki). –K.Pytel
Pierwsza myśl to "Video Games" z wektorem na obiegowy patriotyzm. Druga, że muzyki to raczej niewiele tu będzie. A dlaczego niby miałoby jej nie być? Od dobrych pięciu lat "ekipa Tidala", odnoszę takie wrażenie, ma problemy z muzykalnością. Są tu oczywiście wyjątki, których nie trzeba nawet wymieniać, ale sytuacja wygląda tak, że przez to spora część popowego mainstreamu w Stanach całkowicie do mnie nie trafia. Do ogólnej twórczej niemocy dochodzi cały ten westowo-arcowy brudny sztafaż: melodie prowadzące donikąd, pretensje do wskazywania "nowych dróg" w popie. A dajcie wy mi święty spokój. Nie inaczej jest w przypadku "American Oxygen", które stara się te bądź co bądź ważne dla nowej muzyki wpływy asymilować, przekładać na masowo strawialny pop, ale czy naprawdę warto upierać się przy graniu nimi, gdy sprawdzają się tylko w dość ograniczonym przedziale? Może to tylko mój problem, jednak przyjmuję za pewnik, że nowa piosenka Rihanny do najbardziej porywających nie należy. –K.Pytel
Kolejna odsłona współczesnej poszukującej elektroniki w wykonaniu Lotica jest produktem znacznie ciekawszym, niż może się wydawać za pierwszym przesłuchaniem. Szczególnie gdy weźmie się pod uwagę, że otwierający tę EP-kę "Suspension" zwiastuje raczej ciężką muzyczną rzeźnię. Utwory różnią się jednak od siebie dość znacznie mimo koherentnego brzmienia całego wydawnictwa. Moim ulubionym w zestawie pozostaje "Slay" – ciężko zawiesisty, rozpływający się w dźwiękowej magmie kontrowanej industrialnym pierdzeniem twór o trudnej do zdefiniowania atmosferze. Z każdym przesłuchaniem Heterocetera, zamiast nudzić, intryguje coraz bardziej i zyskuje w moich oczach, co jest czymś raczej rzadkim w gatunku, jaki reprezentuje, zwłaszcza że nie ma tu żadnego podparcia w postaci zaraźliwych motywów czy refrenów. Jest to więc spore osiągnięcie, a płytka zasługuje na rekomendację. –A.Barszczak
Jeżeli ktoś nie czuje jeszcze przesytu po wymiatającej EP-ce Maxo, to powinien w trybie natychmiastowym zaznajomić się z tym sympatycznym młodzieńcem. Choć jego muzyka na wielu płaszczyznach zdradza podobieństwo do dzieł autora Chordslayera, to nie sposób odmówić jej znacznie większego luzu i stonowania. Jeszcze bardziej wyraźne jest też nasycenie dźwięków energią chińskich bajek, co możecie potraktować zarówno jako zachętę, jak i przestrogę. Ja jednak nie potrafię oderwać się od tego słodziutkiego kawałka i z niecierpliwością czekam na kolejne ruchy Omni Rutledge’a. –A.Barszczak
Trzeba pochwalić Victorię Hesketh za to, że wciąż próbuje zdziałać coś w dance-popie, a nie zajmuje się na przykład jakimś smęceniem. Niestety, trzeba ją też zganić za zupełny brak świeżości, jaki wychodzi na wierzch przy "Better In The Morning" – singlu zapowiadającym jej kolejny longplay, Working Girl. Owszem, miła piosenka, tyle tylko że utkana z tak ogranych patentów, że ciężko nawet wskazywać, o które konkretnie chodzi (dobra, już sam wjazd jak z dziewięćdziesiątych). Poza tym, za wiele się tu nie wydarzyło i gdzieś przy końcu drugiej minuty już nawet się nie nudzę, tylko niecierpliwię. Czyli nie wiem, chyba tylko zagorzali sympatycy Little Boots będą ripitować. Ja prawdopodobnie za jakiś czas zapomnę o tym kawałku, choć jak pisałem wcześniej, to miły utwór. Zwłaszcza gdy puści się go o rannej porze. –T.Skowyra
Pochodząca z Kyoto artystka to kolejne potwierdzenie programowej linii Cascine. Japonka proponuje skąpany w sennej aurze, muśnięty elektronicznym pędzelkiem i uwodzicielskim głosem, urodziwy pop. Dzięki temu pasuje do zadomowionych już w katalogu labelu Youmi Zoumy czy Eriki Spring, a jednocześnie wprowadza nowe tropy do żeńskiego indie-popu Cascine. I tak opener "Tie" lśni niczym opiłki kryształków pozostawione na plaży, "Shadow" zachęca eterycznym groove'em do wstania od komputera i pobujania się, po czym korzysta z posiłków digi-glitchu. W "Daze" słychać z kolei tęczowy post-dubstep bez wytchnienia, a całość kończy chyba najbardziej stonowany, płynący na ambientowym tle "We Can't Stop". Bardzo przyjemna rzecz, zapowiadająca całkiem ciekawe rzeczy, bo nie ukrywam, że Night Lines to jednak trochę za mało, żeby powalić. Choć oczywiście polecam z czystym sercem ten mały zbiór piosenek. –T.Skowyra
Pod tym osobliwym manifestem Benjamina J. Powera, traktującym o kruchości ludzkiego ciała, tak naprawdę kryje się mniej spektakularne i nie tak psychodelicznie rozmyte oblicze okiełznanego hałasu na modłę Fuck Buttons. Po czterech latach od solowego debiutu Blanck Mass odszedł od ambientowej konwencji na rzecz szybszych, cięższych (względem Blanck Mass) i nie tak zmiennokształtnych jak zarejestrowanych choćby na Slow Focus elektronicznych sekwencji. I choć w ogólnym rozrachunku z tegorocznych wydawnictw zdecydowanie milej słucha mi się drugiej połówki bristolskiego duetu, to Dumb Flesh zasługuje na wzmiankę na przykład ze względu na frapującą perełkę, "Detritus", kompozycję będącą w zamyśle próbą udźwiękowienia procesu rozkładu martwej materii organicznej. Cokolwiek, do cholery, to znaczy. –W.Tyczka
Komu w głowie sportretowane poniżej bose tańce na słońcu, zapewne zna już kanał Majestic Casual, a kto nie, niech lepiej szybko zalajkuje, bo to właśnie tam jest największa szansa na podchwycenie niezobowiązującego letniaka na odpowiednim poziomie. W "Just Like You" Louis zaczął śpiewać, odszedł nieco od swojego trademarkowego french-house’u i obiera azymut na funkujące, syntezatorowe nu-disco z wyczuwalną nutką księciowskiej ekstrawagancji i basem kojarzącym się z… "Roundabout" zespołu Yes. Mała rzecz, a jak bardzo cieszy. –W.Chełmecki
Basen, Flirtini, szorty, bikini, tylko nikt tu nie wbija na bossa, a już na pewno nie Dawid Podsiadło. No i nie ma basenu, szortów i bikini. Jest za to kolabo, które niestety wpadnie w ucho zaskakująco szerokiemu w naszym kraju fanbase’owi Cheta Fakera, który czasami bywa interesujący, ale zazwyczaj jednak nie. Jak rozumiem, dla Podsiadły to tylko taki skok w bok od rdzennego łojenia INDIE, ale nie sposób przeoczyć mielizn kompozycyjnych w jakich się tu tapla. Mimo wszystko wolałem jak zajmował się niegroźną planimetrią. –W.Chełmecki
Droga obrana przez DeMarco nie przewiduje powrotów. Piosenka mająca otwierać zapowiedziany na sierpień minialbum Another One to idący za ciosem Salad Days, nadal trzymający się ziemi, przejrzysty i starannie dopracowany ukłon w stronę nadchodzącego lata, które spędzicie na lekkiej olewce i pełnej dawce nostalgii. Najlepsze momenty? Szczerze mówiąc, dla mnie to jeden z najlepszych numerów Maca, zbierający wszystko to, czym Kanadyjczyk potrafi naprawdę urzec. Od chwytliwej luzackości zwrotek “Let Her Go” po bitlesowską melodykę refrenu (tenże!). I nawet solówka się trafiła. Oferta prima sort, mili Państwo. –K.Pytel