Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Na froncie polskich minilabeli z muzyką eksperymentalną bez zmian: ferment nadal trwa. W marcu wystartowała Pointless Geometry – wytwórnia założona przez ekipę Trzeciej Fali, by szerzyć ducha kaset VHS. Ziomki mają rękę wyćwiczoną w selekcji, bo FOQL, IXORA (wspólne siły Micromelancolié & Gaap Kvlt) czy WIDT (którego wydawnictwo nadchodzi) to zdecydowanie uznane nazwy. Black Market Goods znakomicie spełnia się w roli pierwszej kasety z PG. Mocno łódzkie w duchu kompozycje są wypełnione motoryką mojego miasta, ale dzięki samplom i lekkości w ich układaniu całość nie przytłacza. Zwykle bywa inaczej (co też ma swój urok), dlatego warto sprawdzić i obserwować dalsze działania! –R.Gawroński
Wrócił! Alan Palomo ze swoim Neon Indian może nie zmieniał oblicza popu, ale i tak fajnie spotkać się po paru latach i nadrobić zaległości. "Annie" pokazuje, że nie było u niego stagnacji i nudy, a w przerwie od intensywnej twórczości trwał nadal ogar tego, co się muzycznie działo wokół. W rezultacie już sam początek tego singla chwyta vaporwave'owym samplem, a okładka budzi skojarzenia z PC Music. Całość niesie słuchacza w rejony, dokąd zabierały nas poprzednie świetne single Neon Indian, czyli do jakiejś zamglonej wiosennej krainy, gdzie królują klasyczne popowe chwyty. Tym razem objawiają się one w reggae podbiciach podkładu w zwrotkach. Alan Palomo zawsze, bawiąc się modami, miał szerszą perspektywę. –R.Gawroński
Nazwisko Nabihah Iqbal pojawia się u nas chyba po raz pierwszy i tak się składa, że zaczynamy na dobrej stopie. Podchodziłem do tematu Throwing Shade kilkakrotnie celem sprawdzenia mini-hajpu, ale dopiero teraz muzyka Brytyjki do mnie trafiła. W jej odbiorze zawsze dominował u mnie casus Fatimy Al Qadiri, gdzie styl i intelektualna otoczka wypierają muzykalność, chociaż śmiało można było oczekiwać czegoś więcej. Inaczej stało się na pewno na “Honeytrap” – piosence, która najpierw sama wychodzi do słuchacza i dopiero potem powoli wciąga go w powleczony eterycznymi olejkami, intymny świat Kitty-rapu. Pozostałe utwory z Fate Xclusive raczej nie dotrzymują kroku temu singlowi, więc moje odczucia wobec tego projektu wciąż pozostają dość obojętne, jednak miejmy nadzieję, że Throwing Shade wyciągnie z tego odpowiednie wnioski. –K.Pytel
Nie śledzę ze szczególną uwagą kariery Monáe, dlatego dziwie się zmianom, jakie zaszły w jej muzyce. To już nie kabaret i LAKIERKI, bob na głowie czy koneksje z >>Badoulą Oblongatą<<, tylko obowiązkowe ćwiczenia na macie w jaskrawej bieli, która równie dobrze mogłaby przyświecać prawdom O.T. Genasisa. Ogólnie sprawy jak z chartsowego generatora, ale w przyzwoitym wydaniu, czyli niby bez kompletnego blamażu, ale można było sobie darować. Wychodzi na to, że niestety i tym razem nie polubię Janelle bez zastrzeżeń. –K. Pytel
Prawdę mówiąc, to chyba nie ogarniałem Skepty wcześniej. Niestety, bo obok "Oh My", "Shutdown" pretenduje do miana najbardziej katowanego przeze mnie kawałka tego roku. Nie wiem, może nie najlepszego, nie takiego, przy którym doznaję najbardziej, ale jak to jedzie, to o matko. Na bicie celnie trafiającym w punkt pomiędzy prostacki, a wydumany kładzie takie wersy, jak moje ulubione "You say you're Muslim, you say you're Rasta / Say you don't eat pork, don't eat pussy / Liar, you're just a actor". Idealna semi-dresiarska przebieżka do wszystkiego. Skepta, Konnichiwa w gronie moich ulubieńców. –A.Barszczak
"Wystarczająco dużo, by tytuł 3 LP nie był spolszczeniem" pisał Łukasz Łachecki przy okazji drugiego długograja Venoma. Niestety się nie udało. Ale co my mamy z czwartym legalem? Klaud N9jn? Sorry, ale nie tak miało być V. Co z tego, że pod względem technicznym nadal jesteś w czołówce kraju, że ogarniasz i wciąż masz chyba najświeższe brzmienie w Polsce, nawet przerywając ProPejnowską hegemonię rewelacyjnego SoDrumatica ("Kupiłem bit od SoDrumatica za półtora koła, przebij!" Hmm.), bez obniżenia poziomu produkcji? No nic z tego, bo gdy wszystko na papierze wygląda rewelacyjnie, w rzeczywistości zwyczajnie nie porywa. I to nie jest tak, że coś się mocno zmieniło – jeżeli ktoś trawi styl tego gościa (np. ja), to nie powinien poczuć się specjalnie rozczarowany płytką. Wojtek Sawicki napisał mi: "podwójne, potrójne, ale to nie to", a mi pozostaje przytaknąć i powiedzieć otóż to. Jednak cały czas po cichu liczę, że najlepsza rzecz VNMa dopiero na nas czeka, czego Wam, Tomkowi i sobie życzę. –A.Barszczak
Pohukiwania sowy, dzwony bijące na powitanie mglistej wiosny, ruiny opactwa Valle Crucis – wszystko to pozornie kuglarskie sztuczki, które dobrze wpisują się w kaskadyjsko-pogański krajobraz wrzosowisk, druidów, lasów starszych niż ludzkość i jeszcze starszych widm. Tymczasem Obsequiae kolejny raz unikają typowej błazenady, znać w gościach pojętnych terminatorów, którzy zainteresowanie medieval folkiem i minstrelskim szansonem potrafią wpleść w swój rzemieślniczo zręczny black. Od czasów Agalloch nie było w tych puszczach takich hooków. Oprócz dawnego Alcest nikt też na tym polu nie nawiązał tak udanie do klimatu prowansalskich wagabundów. To herbowy płyta, która może być czymś więcej niż świetnym podkładem do zabijania smoków i twojej codziennej gry o tron. A może być też tylko tym. I choć brak trochę na tym albumie gitarowej rycerskości poprzednika, współpraca z harfistą Vicente La Camera Mariño dodała mu w zamian anachroniczną, nietypową w tych rejonach perspektywę. Całkiem urokliwe i wdzięczne te obsekwie. –W.Kowalski
Matt Mondanile – jeden ze skrzydłowych znanych i lubianych Real Estate oraz głównodowodzący projektem Ducktails – znów czaruje. "Headbanging In The Mirror” to rozkoszna indie-popowa sjesta, której nie powstydziłyby się ziomeczki pokroju Maca DeMarco czy Juliana Lyncha, ale wiem, że za tymi gitarowymi plecionkami i osobistymi lirykami może stać tylko autor rewelacyjnego albumu The Flower Lane. To świetny prognostyk przed następnym wydawnictwem i jestem ciekaw, co były chłopak Julii Holter tym razem nam wysmaży –J.Marczuk
Trochę zapomnieliśmy już o projekcie Elizabeth Harper, tymczasem ta pochodząca z nowojorskiego Brooklynu artystka wraca z numerem wcale nie gorszym od piosenek pochodzących z jej debiutanckiej EP-ki Journal Of Ardency. Ciągle jest to electropop wysokiej próby, aksamitny wokal Liz lśni jak zawsze, natomiast subtelny refren odwołujący się, a jakże, do Wielkiego Jabłka z miejsca kasuje wszystkie tegoroczne produkcje bardziej utytułowanej konkurencji (Chromatics, patrzę na was). Nie jestem przekonany, czy "More Than You” przypadnie do gustu hipsterom z Williamsburga, ale nam już na pewno tak. –J.Marczuk
Kolejny raz (po Essa Sound…/Bóg Jest Miłością) bliźniaczy patent – dwupłytowe wydawnictwo i zauważalny dysonans pomiędzy treścią pierwszego krążka a tematyką drugiego. Mówiąc najprościej – swawolna teologia, narkotyczny messiah-rap na pierwszorzędnych bitach Matheo w wersji XXL (dosłownie). Szalikowcy szczecińskiego gracza będą wniebowzięci. Malkontentów natomiast zniechęci długość omawianego materiału, bo auto-tune'owane ćpuńskie jazdy Winicjusza to zdecydowanie nie sielskie dożynki powiatu kaliskiego. Dzisiejszy Wini to już nie ta sama charakterystyczna dla poprzednich płyt pokręcona weiningerowska mizoginia, której nie powstydziłby się sam Świntuch (w moim odczuciu Tymon zawsze stanowił dla reprezentanta Stoprocent swoistą inspirację). Teraz mamy po jednej stronie przede wszystkim bogate w metafizyczne melodeklamacje sacrum-piosenki: "Głodny Duch", "40 Dni", "Przepraszam Boże", "Proszę Cię Boże", zestawione na zasadzie kontrastu z kolejnymi dziesięcioma stricte imprezowymi bengerami, dla których słowa kluczowe to: rapujący freak-impertynent, arogancja, buńczuczność, inteligentny prymitywizm. Dodajmy do tego jeszcze kilka bombowych, nietuzinkowo złożonych indeksów traktujących o szeroko pojętej kondycji świata i egzystującego w nim społeczeństwa. Ponoć każdy mężczyzna przeżywa kryzys wieku średniego na swój sposób, ale Bartków zdecydowanie wymyka się wszelakim kategoryzacjom. Stąd jeśli kochasz tę postać, kciuk w górę. Nie przepadasz? Oczywisty minus. Z mojej strony ten pozbawiony ryzyka osądu złoty środek. –W.Tyczka