Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Wiele dobrego mógłbym napisać o tej piosence: zręczny bitmejking, czar, lukier, sprawność wokalna, wykurwisty hook refrenu, od którego nie sposób się uwolnić. Wystarczy jednak powiedzieć, że jednym z pierwszych skojarzeń dla "First Kiss" jest Just Like You Liz. Czy w 2015 roku istnieje lepsza rekomendacja? –W.Chełmecki
Srogo się zawiodłem tym albumem. Brawurowe melodie "Swirl" zapowiadały rzeczy wielkie w shoegaze’owej skali roku, a tymczasem mam wrażenie, że Szwedzi na tym półgodzinnym krążku grają w kółko jedną piosenkę i to na dodatek umiarkowanie lotną. Wciąż te same progresje, wciąż te same twee-popowe hooki nudzące się po jednym odsłuchu i kupa energii, która nie znalazła dla siebie kupy pomysłów. Wiadomo – w kilku miejscach ("0700", "Dishwasher") chce się rzec "fajne", ale w ogólnym rozrachunku nie ma tu nic nadzwyczajnego i ostatecznie po Last Forever pozostanie mi jedynie promujący singiel i nieprzyjemne uczucie goryczy w ustach. –W.Chełmecki
Odpalając ten kawałek, usłyszałem głos Tomasza Knapika i gdyby nie to, że telewizji nie oglądam już prawie wcale, to pewnie, zgodnie z zamierzeniem, poczułbym się swojsko. Tak się jednak składa, że internetowe życie zniszczyło mnie i ten, bądź co bądź, miły głos kojarzy mi się teraz raczej z takim czymś, co swoją drogą chyba celnie wskazuje na target tego, haha, utworu. No ale o ile o naszym lektorze narodowym mogę coś jeszcze rzeczowego napisać, to myśląc o "Pełni" na klawiaturę cisną mi się same inwektywy. Od napompowanego wszystkim żałosnego teledysku, przez dożynkową kompozycję i melodię w guście Golec uOkriestra, po sam absurdalny fakt obecności w tym Rodowicz (na czele z pięknym wersem o "głośnikach ledwo wytrzymujących tłusty bit"). Ratunku. Wracam do Równonocy :). –A.Barszczak
Bohaterka cudownego "Woo Weekend" ponownie wywołuje zachwyt. Tym razem popieprzonym przedrefrenem, którego nie powstydziliby się Hiatus Kaiyote, dodatkowo podkreślonym przyjemną monotonią zwrotki i refrenu. Takiego azjatyckiego popu nam potrzeba. –K.Babacz
Cudowne dziecko french house'u w jego EDM-owej odsłonie wydało wreszcie album i "Pay No Mind" to jeden z singli. A w nim septymy, czasem pożyczone akordy i jednocześnie absurdalnie chwytliwa melodia zdolna porywać stadiony. Z potencjałem na jeden z najczęściej repeatowanych numerów w roku, a już na pewno w sezonie letnim. –K.Babacz
Najnowszy side-project Nicka Basseta, amerykańskiego gitarzysty shoegaze’owych Whirr oraz Nothing (ongiś także Deafheaven), to ponoć hołd dla jego młodzieńczej fascynacji popową sceną twee-indie. Wieślarz zaprosił do współpracy dawną koleżankę z zespołu i razem postanowili stworzyć najbardziej sztampową i nudną popową piosenkę, jaką tylko zrobić się dało. Nawet w największym skupieniu nikt nie jest w stanie wychwycić choćby jednego nieoczywistego akordu w tej niesamowicie beznamiętnej kompozycji. Drugiego Belle and Sebastian z tego nie będzie, także nie pozostaje nic innego niż pogratulować Camera Shy powalającego singla podgrzewającego atmosferę oczekiwania na debiutancki longplay. –W.Tyczka
Tak o płycie piszą jej autorzy: "metaphorical narrative of the life of a girl who ages slow as mountains". W rzeczywistości: czterdziestominutowy festiwal repetycyjnego minimalizmu, rozkładające się na dęciakach i skrzypcach dziedzictwo Arvo Pärta. Colin Stetson nie ima się projektów wątpliwej jakości już od ponad siedmiu lat, kiedy to ukazał światu pierwszą część świetnej trylogii New History Warfare, a Sarah Neufeld (związana z Arcade Fire) od pewnego czasu żyje z neopoważką w takiej symbiozie, że to prostu nie miało prawa nie wypalić. Never Were The Way She Was nagrano "na raz", w trakcie jednej sesji i zdecydowanie warto polecić ten krążek tym, którzy ubóstwiają nie nazbyt skomplikowaną, urzekającą nastrojowością polirytmię. –W.Tyczka
Długo wyczekiwany zapis koncertu Mitchów i Zbigniewa Wodeckiego wreszcie się ukazał. I właściwie kto był na Offie, podczas gdy Zbigniew Wodecki, "a Polish baroque pop composer famous for singing a children's cartoon theme", wraz z wypełnioną muzykami sceną odgrywał swój znakomity debiut, wie, że ten wydany koncert musi być zajebisty. Jakby ktoś naprawdę nie wierzył, to tutaj ma zapowiedź w postaci "Rzuć To Wszystko Co Złe", czyli openera słynnej już dziś płyty Zbiga. 1976: A Space Odyssey? Indeed. −T.Skowyra
Zacznę od dobrych wiadomości: Ariel wraca i podobno nagrał ponad 45 minut muzyki na potrzeby filmu Heaven Knows What. Gorsza jest taka, że jedyny kawałek, który faktycznie zostanie wykorzystany, nie zachwyca. Obraz będzie ekranizacją pamiętnika Arielle Holmes, w którym pisze o swoim uzależnieniu od heroiny. Adekwatnie do tematyki, piosenka jednocześnie wprawia w błogość zapętlonym bitem i letargicznie roztapiającymi się klawiszowymi melodiami oraz niepokoi psychodelicznie przetworzonym głosem Rosenberga (dość posępny jest też nakręcony telefonem komórkowym teledysk, w którym Pink i Holmes odwiedzają ponad 200 publicznych toalet w Nowym Jorku). Całkiem ładne, ale akurat od niego wymagam trochę więcej. –P.Ejsmont
Niedzielny poranek na facebooku przywitał mnie zalewem niezrozumiałych dla mnie dyskusji – jakieś mistrzostwa w siatkówkę były czy coś? Szybko ogarnąłem, o co naprawdę chodzi i z pewną podejrzliwością (wypadłem z eurowizyjnego obiegu mniej więcej wtedy, gdy Polskę miał reprezentować Danzel) zacząłem odpalać polecane kawałki. Zamiast przaśnego gówna napotkałem na kilka nowocześnie brzmiących numerów, wśród których obok "Rhythm Inside" Loïca Notteta najlepiej prezentował się utwór Aminaty Savadogo. "Love Injected" zbudowane jest na zasadzie wyraźnego kontrastu między oszczędnym podkładem w zwrotce i podniosłym refrenem, w którym łotewska twigs może się popisać umiejętnościami wokalnymi. Pozytywne wrażenia zaburza jedynie męcząca wokaliza kończąca piosenkę. Pasuje ona pewnie do specyfiki konkursu, ale nic nie poradzę na to, że tego typu zaśpiewy strasznie mnie drażnią. Mimo to czuję się mile zaskoczony i kto wie, może za rok zasiądę przed telewizorem i powysyłam smsy na swojego faworyta. –P.Ejsmont