Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Zabawne, że całą recenzję tej płyty da się zamknąć w jej dwóch tytułach – roboczym 74 Is The New 24 (tak określano płytę przed premierą) i finalnym Déjà Vu, pod jakim trafiła do sklepów. Dziadek Moroder pokazał, że umie tak jak jego wnuki, a efektem jest zbiór przypadkowych, nudnych, typowych EDM-popowych łupanek, które sprawiają wrażenie, jakbyśmy już je kiedyś słyszeli (nie wspominając nawet "Tom’s Diner"). Jedyny utwór z tej płyty, który warto znać, to numer z Kylie. –K.Babacz
Nie będę się znęcał jakoś szczególnie mocno nad najnowszą piosenką bandu Zacha Condona, ale przyznam, że z ledwością udało mi się dobrnąć do końca. No bo ileż można słuchać podobnych zagrywek pianina, jednostajnego werbla i nudnych dęciaków na modłę nu-indie? Smęcenie lidera już sobie odpuszczę, Grupę pochwalę natomiast za teledysk − ten obrazek w konwencji filmów Wesa Andersona jest naprawdę przyjemny, ale nijak ma się do muzycznej treści. Tytuł mówi wszystko i jest jak najbardziej zasadny w kontekście tego utworu −J.Marczuk
Mam wrażenie, że Stephen Bruner na swoim najnowszym wydawnictwie nieco nam ”znormalniał” i uładził swoje kompozycje. Tym razem bez basowej ekwilibrystyki i rwanej narracji właściwej dla swoich poprzednich wydawnictw, ale za to z dużą dozą subtelności i wyciszenia po raz kolejny eksploruje rejony soulu, psychodelii i fusion. Ha, mógłbym wrzucić tutaj tysiące innych gatunków i podgatunków, ale po co − doskonale przecież wiemy, że próba łatwej kategoryzacji muzyki Thundercata z góry skazana jest na porażkę. Współprodukowana przez FlyLo, który notabene wymiótł ostatnio w Teatrze Studio, The Beyond / Where The Giants Roam to tylko szesnaście minut muzyki i sześć kawałków, ale nie sposób nie docenić refleksyjnej, rozleniwionej ballady ”Song For The Dead” czy eleganckiego w kontekście produkcyjnych detali ”Them Changes” (Kamasi Washington na saksie!). Największą robotę robi tutaj jednak ”Lone Wolf And Cub” (pojawia się Herbie!) z czarownym refrenem i przepięknymi gitarowymi plecionkami. Na początek lata nie znajdziecie lepszego wydawnictwa do popołudniowej sjesty na hamaku, więc bierzcie tę EP-kę w ciemno. −J.Marczuk
Jak na "moje ucho", pochodzący z Murmańska kolo wydaje się być rosyjskim Fortem Romeau czy Leonem Vynehallem. Z tym że: przy Music For The Uninvited nie ma srania po krzakach, to za wysoka półka. Ale niewątpliwie AL-90 plasuje się w podobnym stylistycznym przedziale, gotując całkiem syty wywar o smaku outsider house'u czy tape house. Na razie wypuścił to mały label Fuselab, ale z takim materiałem można było uderzać do 1080p, bo to "ich granie". Sami sprawdźcie, jak "mglistą", "nocną", "smolistą" (trop Buriala nieunikniony), a jednocześnie jak relaksującą muzykę, zawiera sofomor CODE-915913. Początek snuje się może nieco bez polotu, tonąc w klimatycznej zawiesinie, ale za chwilę wszystko się rozkręca. Już od "Experienced Girl", gdzie odzywają się wokal-sample uduszone w lo-fi-dance'owym sosie, po czym wątek kontynuuje "Melancholia Staroy Pornozvezdy", doprawiony żałosnymi smyczkami, a następnie duszny ambient-house "Vectornaya Eyforia". I w zasadzie producentowi nie brakuje pomysłów aż do końca, bo "Samoudovletvoris' Suka", "Pandora 9.0", "913" czy "Ona Hochet Eshe", to tracki nie dość że z własną tożsamością, to jeszcze misternie uzupełniają cały nakreślony tok. Oczywiście, mam świadomość, że techno czy house wciąż "wciera niemiecką maść", ale może czasem warto sprawdzić, co wyrabia się na wschodzie, bo tam też są w temacie. −T.Skowyra
Pogubiłem się i nie wiem, co dalej z tym longplayem Kitty. Jakiś czas temu panna obwieściła na fb, że płyta gotowa. Ostatnio jakiś fan napisał na jej profilu pod jednym z postów: "release new music!!!", na co padła odpowiedź: "lol i dont have time to make music anymore cuz i hav to work on things that make me money now". Eh, widzę to tak: to nie jest nawet odwracanie kota ogonem − Kathryn-Leigh Beckwith po prostu robi nas wszystkich trochę w chuja. Spoko, podatki trzeba płacić itd., ale przecież kroiło się coś całkiem grubego. A teraz pogubiłem się jeszcze bardziej, bo tu niby kończy ze wszystkim, a niedawno pojawił się nowy numer Kitty, który znalazł się w serii Adult Swim Singles na 2015 rok. I jak można się spodziewać, "Drink Tickets" to oczywiście celne uderzenie − na zajebistym bicie udającym post-nu-hip-disco, dziewczę udaje r&b divę i zgarnia pulę nośnym refrenem. Serio, nie będzie tej płyty? Kitty, pierdol hajs i dawaj ten album! −T.Skowyra
Dungen w końcu przerywają milczenie, zapodając konkret singiel, po którego przesłuchaniu nie mam żadnych pytań. Jeżeli ten mega intrygujący pilot mającego nadejść wraz końcem września wydawnictwa, daje wyraźną wskazówkę co do kierunku, w jakim szwedzki kwartet podążył (ewidentnie daje się tu wychwycić inspirację Soft Machine), to możemy spodziewać się zestawu, który nie tylko będzie zgrabnie nawiązywał do szczytnej tradycji sceny Canterbury, ale też (zważywszy na wyśrubowany poziom singla) mającego sporą szanse stanąć w szranki z Currents w kategorii najlepszego psychodelika AD 2015. −M.Lewandowski
Obszerne archiwum tekstów opisujących twórczość Izy Lach stanowi chyba wystarczający dowód, że poczynania łódzkiej gwiazdki śledzimy od samego początku. Jako że format KP nie jest szczególnie zobowiązujący, z właściwym dla siebie lenistwem teraz do tych tekstów nie wrócę, jednak mogę się założyć, że przynajmniej co drugi zawierał sformułowania w rodzaju: "nadzieja popu", "zapowiedz czegoś wielkiego" itd. Problem w tym, że od singla "Futro", który ciągle jest najznakomitszym osiągnięciem Izy, nic takiego nie nastąpiło, a minęły już przecież cztery lata. "Sąd Ostateczny" to kolejny dobry utwór (ona chyba nie potrafi napisać złego wałka), który pokazuje, że Iza w dalszym ciągu poszukuje rozwinięcia swojego songwriterskiego stylu − mamy tutaj wyraźne nawiązania do Kate Bush, nawet jakieś wycieczki w kierunku muzyki góralskiej w chorusie, ale nieszczególnie chce mi się repetować ten wałek. Nie pomaga też produkcja, tak charakterystyczna dla Lach, że aż zachowawcza (dosyć ograne patenty, może poza tym fragmentem na wysokości 3:00), a w konsekwencji po prostu nudna (pod względem produkcji "Sąd Ostateczny" spokojnie mógłby znaleźć się na Krzyku). Czekam na to, co będzie dalej, choć już bez tej dozy ekscytacji. −M.Lewandowski
Nie da się ukryć, że Jean Tonique to postać kojarzona z francuskim nu-disco, jednak "What You Wanna Do" kojarzy mi się z nieco innymi geograficznymi punktami. Mianowicie, kawałek brzmi jak kolabo Mario Basanova za konsoletą i laptopem z Justinem Timberlakiem na wokalu, który postanowił sprawdzić się w stricte dancefloorowym repertuarze. Nie tylko na papierze wygląda to znakomicie, bo wypolerowany bit oprowadza Farshada Edalata z Dirty Radio z klasą po całym parkiecie. A jeśli macie pod ręką słuchawki, to nie wahajcie się ich użyć. −T.Skowyra
Od ostatniej płyty Janet Jackson minęło ponad siedem lat. W tym czasie zdarzył się na przykład Smoleńsk, ale zdarzyła się też śmierć Michaela, która miała na jej milczenie jednak większy wpływ. "No Sleeep" to niewątpliwie powrót w dobrym stylu. Miss Jackson sięgnęła ponownie po nieoceniony duet Jimmy Jam & Terry Lewis, który to przez lata dostarczał jej hitów na pęczki. Najnowszy singiel raczej skokiem na listy przebojów nie będzie, ale przyjemnie pobrzmiewa w nim niepokojąca osobista nuta znana z czasów Velvet Rope. Historia historią, ale to także utwór mocno zakorzeniony w tu i teraz, bardzo dobrze korespondujący z tym, co ostatnio na rubieżach r&b proponowała choćby FKA Twigs. –K.Bartosiak
Nowy krążek Florence + The Machine nie zmienia ich statusu w moich oczach: Brytyjce i spółce nadal zdarza się nagrać dobrą piosenkę, ale w większości ich numery to dosyć przewidywalne odpryski, które zachwycą co najwyżej umiarkowanie obytego słuchacza. I ja mu tego nie odbieram, niech bierze, co jego. Osobiście mam jednak nieco wyższe wymagania i dla mnie How Big, How Blue, How Beautiful nie jest płytą ani wielką, ani potężną, ani piękną, a co najwyżej bezskutecznie silącą się na zasługiwanie na te określenia za pośrednictwem majestatycznego wystylizowania i wszechobecnych wątków religijnych. Więcej tu gitar i szarżujących bębnów niż wcześniej, choć obok szarpiącego gdzieś tam w głębi nerwów Screamadeliki "Mother" najlepiej wypada akurat ascetyczna balladka "Long & Lost". To nie jest jakiś szczególnie zły album, ale jedno jest pewne – z każdego kolejnego wydawnictwa Florence zostaje mi coraz mniej. –W.Chełmecki