Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Ten londyński producent przypomniał o sobie w zeszłym roku bardzo przyjemnym numerem z niezalową królową Iranu – TĀLĄ, konkretnym współczesnym klubowym wygrzewem. Tegoroczna EP-ka uderza w bardziej nostalgiczne nuty i kojarzy się raczej z brzmieniem popularnym kilka lat temu – mi na przykład bardzo przywodzi to na myśl Night Slugsowe brzmienia, czy nawet nieodżałowany debiut Purity Rings. W tym wypadku nie jest to jednak w żadnym stopniu wada, każdy utwór jest godny uwagi, pełen produkcyjnego kunsztu, każdy ma rację bytu tak w pojedynkę, jak i w tym małym zestawie. Jeśli miałbym wyróżnić jeden kawałek, postawiłbym na zamykający całość "Scope", w którym najmocniej zaakcentowane są przebojowe, r'n'b akcenty. Świetna rzecz, której chce się słuchać i mam nadzieję, że na kolejne rzeczy nie będziemy musieli tak długo czekać. –A.Barszczak
Nowy singiel Beaty Kozidrak był dla mnie jednym wielkim rozczarowaniem. Jednak kiedy tak podczas koncertu słuchałam "Olka" z solowego debiutu Beaty, to pomyślałam, że nie wszystko stracone, bo jest ktoś, kto pop z tej półki jeszcze trochę w Polsce pociągnie. Ten obowiązek spada na barki Soniamiki. Od pierwszych dźwięków "Fantazi" przywodzi na myśl estetykę najntisów, no może poza przewijającym się basem. "Lemoniada" urzekała pulsującym syntezatorem i błyskotliwym songwritingiem – i w tej kwestii Zosia Mikucka dalej nie zawodzi. Robi apetyt na więcej. –A.Kania
Ramona Gonzalez chyba coraz bardziej chce się pozbyć łatki Ariela Pinka w wersji femme, dlatego wybrała się na randkę z Droop-E. Może to nie pierwszy raz, kiedy Nite Jewel brata się z tym raperem z Zachodniego Wybrzeża, ale akurat na tej euforycznej EP–ce zadbała o większe równouprawnienie. Więcej tutaj eterycznego wokalu Ramony, a mniej ekspansywnego rapu od Droop–E. Spotkali się gdzieś pomiędzy. Euphoria nie jest zbiorem typowych hip-hopowych czy electro–popwych kawałków. To raczej taka hybryda, choć tu jednak wszystko pasuje. Więc nie – to jednak nie hybryda, a przyjemny konglomerat. –A.Kania
Na horyzoncie właśnie pojawili się kolejni zawodnicy czerpiący z bezdennej retro-studni lat osiemdziesiątych. Duet z Nowego Jorku ma już co prawda na koncie kilka numerów, a nawet EP-kę, ale chyba najlepszym jak dotąd momentem w ich krótkiej karierze jest wypuszczony ostatnio "Already Love". Od razu skojarzył mi się z nowymi numerami typiarzy z 1975, a to już wystarcza. Szczerze mówiąc numer spokojne mógłby znaleźć się na ich wydanym niedawno sofomorze, bo produkcyjnie jest olśniewająco, refren fantastyczny i wielokrotnego użytku, a i kompozycyjnie dzieją się pyszne rzeczy (fragmencik na 2:20). A więc żadne ok, żadne fine, żadne good, tylko bez gadania great. –T.Skowyra
Kamil Zawiślak pojawił się u nas przy okazji EP-ki Five Contemporary Songs. A że małe wydawnictwo się nam spodobało, to postanowiłem sprawdzić, co dzieje się na debiucie. I nawet nie odstraszyła mnie nazwa Nextpop, choć nie ukrywam, że jakoś jej nie ufam i jakoś jej nie kocham. No ale jak się okazuje Wait For Us ma kilka niezłych punktów. Weźmy całkiem przytomny "Break The Silence" pokazujący, że Milky mógł natknąć się na Palę i coś z tego spotkania wynieść. "Hidden" mógł powstać w oparciu o inspirację Junior Boys z It's All True (myślę o końcówce "Banana Ripple") połączoną z minimal techno. Wreszcie rozciągnięte pady w "The Only Rule" lekko ewokują Jamesa Blake'a. Te trzy tracki zwróciły moją uwagę, reszta już niespecjalnie. W pozostałych indeksach zbyt mocno na jaw wychodzą songwriterskie słabości, których nie ukryła poprawna produkcja (tytułowy, "Enough" czy "Games"), albo po prostu nie są zbyt wyraźne, więc pełnią rolę wypełniaczy. Wait For Us jest zatem płytą bez znakomitych piosenek, trochę nierówną, ale nie najgorszą. Czyli nie jest tak źle, jak przecież mogłoby być. –T.Skowyra
Zdaje sobie sprawę, że pisząc dziś o "Make Me Like You" odgrzewam kawałek sprzed miesiąca, ale This Is What The Truth Feels Like ma ukazać się lada dzień i chciałbym zwrócić uwagę czytelników na ten fakt, bo może akurat wydawnictwo utrzyma poziom tego singla. Za nową piosenkę Gwen Stefani odpowiedzialny jest szwedzki duet Mattman & Robin, którego skillsy po raz pierwszy dostrzegłem przy okazji świetnego "Love Myself" Hailee Steinfeld. To dość znamienne, że szwedzki, bo od pierwszych sekund "Make Me Like You" czuć wibracje Cardigans i to skojarzenie pozostaje ze słuchaczem właściwie do samego końca utworu. Niby nic szczególnego – prosta figura harmoniczna, Stefani śpiewająca ze swoim charakterystycznie ściśniętym gardłem, ale fakty pozostają faktami – z mainstreamu w tym roku częściej zapętlałem chyba tylko "Formation". Może to ten refren. –W.Chełmecki
Chciałbym napisać coś konstruktywnego o "pierwszym solowym numerze Mateusza Holaka", ale próba przebrnięcia przez słowo "głodzien" chyba mnie jednak przerasta. GŁODZIEN, rozumiecie to? GŁODZIEN. "Otwarte" odważnie penetruje w ogóle wyszukane wątki i metafory gastronomiczne. Są braki w karcie, jest umyty stół (Durczok approved), jest wreszcie literalne użycie słowa "żarcie". Tak się zastanawiam, czy to wszystko nie jest przypadkiem hołdem dla tych wszystkich ciężkich chwil, kiedy pijani i GŁODZIENI zbyt długo czekamy na kebsa. Pomyślcie jakiego drugiego dna nabiera wtedy rezonujące w drugim refrenie "czy odbije się, czy odbije się" Pauliny Przybysz. –W.Chełmecki
Takie numery zdecydowanie lubimy, lubimy taki songwriting. Thom Gillies dał sobie spokój z sympatycznym Tops i wraz z June Moon, koleżanką odpowiedzialną za eteryczny projekt Forever, wziął się za wyrafinowane jamowanie w duchu Teen Inc., Ariela Pinka, Maca DeMarco czy Prefab Sprout. Wszystko w oszczędnym, intymno-nocnym anturażu akustyka rozświetlonym pod koniec lekkimi podmuchami fletu. Mam nadzieję, że "Sydney, The List Go On" to prognostyk przed czymś naprawdę dużym (pamiętacie jak było z Roman a Clef?). Zadatki są, talent też, potrzeby jest im tylko czas, cierpliwość i pieniądze. Dlatego bez wahania sprawdźcie Exit Someone i dołączcie do wciąż elitarnej grupki ich fanów. Już za moment to może się naprawdę opłacić. –T.Skowyra
Pamiętacie Walter Sobcek? Duet skrócił nazwę, ale to nadal Paryżanie ciałem, lecz Kalifornijczycy duchem i wciąż brzmią jak oglądanie filmów Johna Hughesa po dobrych kilku latach. I chociaż ich nowy kawałek to nie ten sam kaliber, co zjawiskowe "Miami", to przecież tak kojącym, zwiewnym nu-disco nie zwykłem wzgardzać. "Calendar Girl" to nostalgia na synthowych skrzydłach i powiew bryzy na twarzy po ciężkim sezonie. Biorę w ciemno. –W.Chełmecki
Brooklyński duet Washer otwiera tegoroczną stawkę zajebistego garażowego niezalu w duchu Sebadoh i Dinosaur Jr., czyli gdzieś w pół drogi między punkiem a Pavement. Czy mówimy o pixiesowym "Eyelids", bitelsowskim "This Land" czy weezerowskim "Beansy", Here Comes Washer to niespełna 30-minutowa seria popowych strzałów spod zakurzonej lo-fi przykrywki z zauważalnym odchyłem w stronę math-rocka. To dość ortodoksyjne granie, czyste mięsko bez obcych wtrąceń, ale na tyle wyraziste i intensywne, by nie zgubić się gdzieś w zalewie nieuleczalnej gitarowej przeciętności amerykańskiej DIY-dzielni. A jeżeli zastanawiacie się skąd się wzięła nazwa zespołu, intro "Got Drunk And Ate The Sun" może stanowić sporą podpowiedź. –W.Chełmecki