Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Francuski duet Justice przede wszystkim kojarzył mi się z chropowatym, jazgotliwym dance-popem, który przeważnie nużył i nie wywoływał większych emocji. Tymczasem nowiutki singiel "Randy" przynosi coś zupełnie innego – zamiast topornej dźwiękowej bryły panowie postanowili na retro pop w wyluzowanej formule. Mamy tu smyczkowe motywy, słychać giętkość Steviego Wondera, pojawiają się skojarzenia z ELO, da się poczuć elektryczny powiew Chemical Brothers, a jeszcze inni słyszą w tym pierwiastki ostatniego krążka Tame Impala. Ale oprawa to jedno, a konstrukcja drugie, więc o powodzeniu kawałka kolesi decyduje też przebojowy refren z soulowym feelem. Dlatego z ciekawością i chęcią sprawdzę, co też będzie się działo na Woman, czyli trzecim longplayu panów Augé i de Rosnay i nie ukrywam, że liczę na więcej takich songów jak "Randy". Rozwiązanie kwestii na początku listopada. –T.Skowyra
"Książę Toronto"? Raczej: "najbardziej amerykański gracz w Kanadzie". Ciężko bowiem wskazać drugiego takiego rapera, który przy całej tej megalomańskiej otoczce i osobliwym samozwaństwie byłby tak transparentny – nie wprowadził absolutnej żadnej innowacji na swoim podwórku. Jazz Cartier to wypadkowa południowych trapowych potheadów pokroju Travi$a Scotta, neurotycznego pop rapu z najlepszych czasów ćpającego Cudiego i jednocześnie mokry sen truskuli szukających w cloudzie uroczej toporności wczesnych dziewięćdziesiątych. I tu właśnie leży problem – recenzenci zachwycają się "elastycznością" Adamsa, a ja znajduję jego styl co najwyżej ciekawą interdyscyplinarną przejażdżką zbudowaną na podobnym do Drake'a patencie – stałej *EXCLUSIVELY* współpracy na linii producent-emce, tutaj z Lantzem. "Everybody in the states compare me to Drake / cause not many in the city can carry the weight"? Dobra typie, może w następnym odcinku, bo rok 2016 w rapie jest zbyt dobry by tracić więcej niż dwa popołudnia na nawet niezłe półprodukty (jeszcze) przeciętnego tekściarza. –W.Tyczka
Ellie Goulding chyba polubiła "gościnne występy" w kinie, bo serwuje nam kolejny track do kolejnego filmu (po słynnych Pięćdziesięciu Twarzach Greya), tym razem reklamujący najnowszą produkcję z Bridget Jones. Brytyjka obrała niezłą strategię promocji – jak wiadomo od lat 80-tych muzykę łatwiej sprzedać w pakiecie z ruchomym obrazem, a co dopiero jeśli jest dołączona do pełnometrażowego filmu.
W "Still Falling For You" refren ma górować swoją "wzniosłością" nad całym utworem. Niestety prezentuje zwyczajny przerost ekspresji nad melodyką i na tym tle już nawet zwrotka jest bardziej wyrazista. Typowy grzech takich DIW jak np. Adele – brak hooków rekompensuje się patosem i męczącym dramatyzowaniem. Jak reanimacja trupa. Track ratuje ciekawy motyw wokalu w zwrotce i mostek, który wprowadza trochę życia, ale to ostatnie tchnienie przed śmiercią, bo chwilę później utwór się kończy. Przyznam, że o ile jestem w stanie pojąć fenomen Greya czy Bridget Jones (ale combo…) to jakoś trudniej zrozumieć mi fenomen popularności tak bezbarwnej pop-gwiazdy jak Ellie. –J.Bugdol
Kurt Feldman nie próbuje swoją rewizytą miliony razy odkurzanych ejtisowych pop zajawek wywracać reguł zastanej gry. Designs In Rhythm, będący artefaktem żywcem wyjętym z adorowanej przez Kurta estetyki, paradoksalnie nie popada w zbutwiały posmak żerowania na uczuciu nostalgii do czasów, których nigdy nie było. W wysoce zintelektualizowanej grze dźwiękiem i konwencją tworzy raczej na starej mocno zdartej materii, alternatywną i naspidowaną wersję przeszłości w nieźle przekombinowanej i zmutowanej odsłonie (w stosunku do prostoty źródła). Klasyczne kompozycję naszpikowane połamanymi rytmami, nerdowskimi zagrywkami i syntezatorowymi krajobrazami potęgują atrakcyjność cukierkowej, ale niegłupiej melodyki, będącej w centrum dźwiękowej historii. Taka odświeżona odsłona powinna urzec słuchaczy − zarówno tych niedzielnych jak i tych bardziej zaangażowanych. −M.Kołaczyk
Po "Piątku" Lanberry pociągnijmy jeszcze przez chwilę wątek dobrego mainstreamowego popu z PL. Ta blondwłosa koleżanka pewnie większości bardziej kojarzy się z reklamami, a nie z chwytliwymi songami, ale już nieraz przekonałem się, że w popie nie można nikogo skreślać. Zwłaszcza, że Margaret zdarzało się już nagrywać naprawdę fajne numery, więc dlaczego nie miałaby tego powtórzyć? No i okazuje się, że "Elephant" jest rodzajem takiego krajowego, radiowego popu, który słucha się z niekłamaną przyjemnością. Bo to nie tylko "dumbo-dum-dee-bee-dum-bo-dum", ale przede wszystkim inteligentne rozłożenie akcentów: zwrotka, za którą nikt nie musi się wstydzić i przepraszać, potem "dumbo-dum", następnie od 0:47 najlepsza część, czyli zgrabniutki przedrefrenik, aż wreszcie ten słoniowy motyw prawdopodobnie zapewniający piosence status hitu. Czyli w kategorii żeńskiego mainstreamu, do tegorocznych singli Reni Jusis, Soniamiki, Natalii Nykiel, Claudii i Lanberry spokojnie można dopisać "Elephanta". −T.Skowyra
Fujita i Jelinek, świetny japoński wibrafonista i baron microhouse'u, mieli już okazję ze sobą współpracować – owocem tej kooperacji był album Bird, Lake, Objects. Sześć lat później spotykają się na improwizacyjnych sesjach i tym razem efektem tego artystycznego zderzenia jest Schaum. Dla mnie nie ma wątpliwości, że nad całością panuje niemiecki producent – to jego stylistyczne spektrum postrzegania dźwięków znajduje sugestywne odzwierciedlenie w odrealnionym mikro-świecie wytworzonym przez duo. Fujita wydaje się tylko dostarczycielem barw, elementów i tkanek, z których Jelinek lepi swoje charakterystyczne uniwersum. I co ciekawe, ten zawieszony w digi-czasie hologram do złudzenia przypomina kolejny, oswojony i mniej spektakularny rozdział historii znanej ze znakomitego Farben Presents James Din A4. Uwikłane w przenikające się nicie i pasma słuchowisko kusi onirycznym, baśniowym czarem, a jeśli zamknie się oczy, można wylądować w pełnym piankowych eksperymentów laboratorium na jakiejś nieodkrytej planecie w roku 2116. Są jacyś chętni na małą wycieczkę w czasie? –T.Skowyra
M.I.A. – wiadomo, cudowne dziecko multikulti. Były w jej karierze momenty świetne, lepsze i gorsze. Matangi sprzed trzech lat spotkało się raczej z mieszanymi opiniami, ale mi osobiście bardzo się podobało. Niestety teraz nie mogę powiedzieć tego samego. To w zasadzie ta sama płyta, tyle że odchudzona; pozbawiona pierdolnięcia i nośności. Słuchanie AIM to ciągłe szukanie czegoś ciekawego, jakiegoś punktu zaczepienia. Bezowocne. Ideologiczny przekaz nie ma żadnego znaczenia, jeśli nie idzie za nim ciekawa treść. M.I.A. anno Domini 2016 = wideo do "Borders". A reszta? Da się tego słuchać bez bólu, ale jeśli na Arular Maya kazałaby mi podkładać bomby, to nie miałbym już sposobności spisać tych słów, a cokolwiek chce mi teraz przekazać na AIM – mam to całkowicie w dupie. –A.Barszczak
Magister Jarosław "Bisz" Jaruszewski, specjalista od ironii i tekstów zawiłych znowu nie daje odetchnąć miłośnikom "rapu ambitnego". Jego najnowsza propozycja – "Potlacz!" (jeśli nie wiecie co to znaczy, Biszu z przyjemnością wytłumaczy wam to za pomocą początkowej planszy) zabiera nas w urojony w świat, w którym pojęcie pretensjonalności nie występuje, a estetyka jest postawiona na głowie. O czym opowiada? Posłużę się opisem kawałka: "najnowszy utwór dość wyraźnie pokazuje wszystkim, co duet myśli o współczesnym materializmie", ale uwaga, to nie wszystko! Ponieważ jak chcą to nazwać promotorzy, robi to w "niemalże piosenkowej formie". Rozumiem, że rzeczona piosenkowość ma objawić się szantowym, przyprawiającym mnie o ból brzucha i wypędzającym z mojego układu pokarmowego gromadzone przez laty tasiemce. Opinia fanów jest jednak jednogłośna: "Kiedyś nawiązania do Hessego, teraz Kundera, miło słyszeć tyle dobrego, mądrego rapu! I ten teledysk – DOBRA SZTUKA". Nigdy nie spodziewałem się, że mesoizacja Bisza przyprawi mnie o takie dreszcze, ale powiedzcie – nie marzy wam się "wspólny kawałek Bisza i Brodki"? –A.Barszczak
Powinniście już dobrze wiedzieć, że Ablebody to nie są leszcze. Właściwie już za miesiąc posłuchamy Adult Contemporaries, który to krążek zapowiada się niezwykle dobrze. Bo oto teraz na wokandzie pojawia się "Gaucho" i w moim odczuciu ten nowy singiel przebija "Backseat Heart". Tytuł w połączeniu z songwriterskimi skillami braci Hochheim delikatnie sugerował inspirację Steely Dan, ale jak się okazało, piosenka krąży wokół violensowego, rozmarzonego jangle popu, co każdemu czekającemu na jakiś ruch ze strony Elbrechta może bardzo poprawić samopoczucie. I tyle, bo co będę więcej pisał − wiadomo, bas i refren działają "jak trzeba", więc może tylko nieśmiało zauważę, że tak od 1:50 kolesie pokazują na co ich stać, zahaczając przez kilka sekund o smithsowy wajb. Do premiery płyty pozostał miesiąc. Trochę się jaram. Nawet. −T.Skowyra
Z Complex Simplicity Teedry Moses zetknąłem się w oparach kompletnego absurdu. Coś się popsuło i na moich ruskich empetrójkach “You Better Tell Her” liczyło 9:23, a całość płyty przekraczała nieco ponad 85 minut. Sama Teedra jawiła się zaś jako reinkarnacja Sylvestra i na parę chwil pragnęła zawładnąć w moich oczach światem muzyki soul. Mocna zawodniczka, ale na singlach była jakaś inna. Jak to leciało? “Mediator” da wam jako takie pojęcie o tym intrygującym spektaklu swoim delikatnym slow-mo, dźwiękowymi smakołykami podsuwanymi na tacy i rozciągniętą przebojowością, ale również pozostawia trochę mętny niedosyt i poczucie niespełnionej obietnicy. Drugi album Aluny i George’a już w tym miesiącu. Ciągle warto znaleźć czas na ten duet (George wycofał się z grania koncertów i obecnie jedynie współprodukuje materiał), ale trzy lata temu wychodziło im to jednak ciekawiej. –K.Pytel