Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Nowy singiel Bruno Marsa to żaden tombak kupiony na targowym stoisku, a prawdziwe 24-karatowe złoto legitymowane certyfikatem “przydatności parkietowej”. Choć tym razem przy produkcji nie brał udziału Mark Ronson, utwór koresponduje z tym, co dwa lata temu prezentowano na “Uptown Funk”, chociaż mniej tu oczywistych odniesień do nazwisk Rodgers, Clinton, czy White. Teraz zdecydowanie mocniej postawiono na odkurzony klawiszowy synth-pop, który równie dobrze mógł wyjść spod palców Alana Palomo. Gdyby Mars z każdym członkiem swojego gangu mieli reprezentować literę alfabetu, nie otrzymalibyśmy zbyt dużego pola do popisu przy układaniu wyrazów, bo każdy z nich to Alfa, a “24K Magic” sprawia, że nawet grając w makao na Kurniku czuję się jak poważny zawodnik w kasynie hotelu Bellagio. Oby tylko nadchodzący longplay utrzymał ten poziom. –A.Kasprzycki
Czy "Fade Away" to ostateczny krach systemu PC Music? Być może, ale jedno jest pewne: w imponującym zbiorze rozedrganych singli naszej ulubionej sztucznej inteligencji jest to pozycja najsłabsza. Formalnie ciekawy krok w stronę najntisowego vocal-trance’u, w praktyce wypada jednak dość anemicznie, dość bezbarwnie, choć też nie można mówić o jakiejś katastrofie, bo przecież bicik przyjemnie lekki, a outro może być zapowiedzią czegoś porządniejszego na zbliżających się wydawnictwach Diamond (EP + longplay). I ja się mimo wszystko na te wydawnictwa cieszę: PC Music ewidentnie spuściło z tonu, nasza ekscytacja zjawiskiem nieco wyparowała, ale choćby z samej sympatii do Hanny nie mogę zrobić nic innego, niż krzyknąć: Hannah, wreszcie! –W.Chełmecki
Travis Stewart na swoim kolejnym albumie uwalnia się od miejskiego footworku, którym tętniły jego dwa poprzednie długograje. Tym razem bierze na warsztat nieco pogodniejszy odłam współczesnej elektroniki. Praktycznie wszystkie indeksy eksplorują kolorowe, plastikowe wonky, które kojarzy mi się ze świetnym debiutem Rustiego. Pomimo warsztatowej sprawności większość materiału zupełnie nie porywa. Brakuje mu nieco energii, mocy, wszystko zdaje się wyssane z sił. Najskuteczniej z zestawu przeciwstawia się temu twierdzeniu "Dos Puertas" – trapowy banger z pociętymi wokalami i warstwami synthów. Cała reszta, mimo że przyjemna, mnie nie przekonuje. Ostatecznie Human Energy to solidna płyta dostarczająca sporo frajdy, ale jednocześnie duże rozczarowanie (zwłaszcza biorąc pod uwagę rewelacyjny set na tegorocznym OFF Festivalu) i rzecz, do której już raczej nie wrócę. –A.Barszczak
Na debiutanckim longplayu Francis and the Lights Prince bierze na warsztat "Owner Of A Lonely Heart" Yes (fenomenalne "I Want You To Shake"), Phil Collins przybija piątala panom z Rhye (kojące "May I Have This Dance"), a 4AD-owskie synthy wkraczają na teren sypialnianego r&b (lukrowe "See Her Out (Thats Just Lie)"). Wszystko to odbywa się w głowie nadwrażliwca ery digitalizacji, wyraźnie zajawionego zarówno Jamesem Blakiem, jak i Kanye Westem, stąd sporo tu sterylnej produkcji i wycieczek w stronę minimalizmu. Starlite mógł co prawda wyciągnąć z tych kruchych, rozpadających się około-piosenek znacznie więcej, ale i tak zasłużył sobie na – choćby i nieśmiały – kciuk w górę. –W.Chełmecki
Zarówno Lewis Jankel, jak i Kate Stewart (której Shift zresztą pomógł przy tym hicie) zostali już przez nas odpowiednio docenieni, ale jak widać ciągle robią wszystko, aby sypać na nich całe garście propsów. Highlight z EP-ki NIT3 TALES, Pt. 1 (oczywiście warto sprawdzić) to UK house'owa petarda z 2 stepowymi inklinacjami w zwrotkach, która sprowadzi ogień na dancefloor. Czyli jeśli szukacie czegoś, co sprawi, że impreza wreszcie się rozkręci albo spowoduje, że pustki na parkiecie zapełni tańczący tłum, to nie zastanawiajcie się długo, bo na ten duet na razie można stawiać w ciemno. −T.Skowyra
Kilka słów o nowym-starym (w dzisiejszych czasach tygodniowy numer jest już stary) singlu norweskich producentów, bo trochę się nam prześlizgnął, a zasługuje na odrobinę uwagi. Co prawda darzę Röyksopp sporym sentymentem, ale dokładnie wiem, że ich dorobek jest bardzo nierówny. Na szczęście "Never Ever" z wokalnym wsparciem Susanne Sundfør należy do puli udanych rzeczy popełnionych przez duet: cyber-dance'owy track kojarzący się ze stylistyką Junior, z przebojowym chorusem prowadzonym przez waleczny głos Susanne i wysoko zestrojonymi synthami można spokojnie rozpatrywać w kategorii najlepszych hitów, które wyszły spod rąk panów Berge i Brundtland. Jeśli utrzymają poziom na nowym wydawnictwie (zbiorze piosenek?), to będziemy mieli czym zapełniać imprezowe playlisty. −T.Skowyra
Weeknd chyba na dobre skończył z trip-hopowym, neurotycznym r&b z przyszłości i przerzucił się na "Billboard Hot 100" (vide tańce w wideoklipie do piosenki). Mixtape'y z początku obecnej dekady pod względem muzycznym gry może nie zmieniały, ale słysząc dzisiejsze liche bębny Daft Punk, oklepane french-synthowe linie (mostek, lol) i megalomańskie majaki z absolutnie żadnym delivery, to aż człowiekowi tęskno na myśl o ciekawie polepionych podkładach duetu Doc McKinney/Illangelo wspieranych ociekającym seksem śpiewo-szeptem. Tak po prawdzie, to nawet ta wycieczka w stronę electropopu Abelowi nie do końca wyszła, bo w kategorii "hook roku" "I'm a motherfuckin' starboy" plasuje się na pozycji podobnej do hitu Chainsmokers. Trudno zostać królem mainstream popu, kiedy nie było się nigdy nawet księciem r&b na przedmieściach. –W.Tyczka
Piosenkowy etap Jack Latham ma już chyba za sobą, ale nie znaczy to, że wraca do brzmienia znanego z na przykład Classical Curves. Na tegorocznym mixtejpie oddaje się cięższej, bardziej agresywnej tkance dźwiękowej, nie rezygnując jednocześnie z wplatania gdzieniegdzie swoich wokali i unurzania całości w specyficznej mgle. Pierwsze trzy utwory brzmią jak logiczna kontynuacja Dream A Garden, jednak już mocno bitowe "Boundry" zmienia sytuację, prowadząc do kulminacji w postaci yeezusowego "City Hummingbird". Potem klimat nieco się uspokaja, aż w końcu wszystko wygasa zostawiając nas z chęcią ponownego naciśnięcia play. Jam City biorąc na warsztat UK Bass, cokolwiek by z nim nie robił, jak bardzo by go nie wykrzywiał i dostosowywał do swoich potrzeb, oferuje nam specyficznego rodzaju duchowość i zwyczajnie ciekawą muzykę, której chce się słuchać. I to właściwie tyle. –A.Barszczak
Po Heads Up raczej nikt nie spodziewał się cudów, bo już Warpaint trąciło nudą, choć muszę przyznać, że z początku sam dałem się nabrać pierwszym taktom singlowego "Whiteout". Im dalej jednak w głąb tracklisty, tym dobitniej przekonujemy się, że z kreatywności w kombinowaniu ścieżek, instynktu w operowaniu ciszą i wyczucia kontrapunktu, jakie znaliśmy z debiutu, pozostały zaledwie strzępki. Utwory dławią się w zarodku, grzęznąc w bagnie pozbawionej subtelności, "klimatycznej" produkcji, sytuującej się gdzieś pomiędzy nocną audycją neo-alternatywną a rasową H&M’owszczyzną. Heads Up wypełnia nieinwazyjna muzyka tła, przy której ciężko utrzymać uwagę przez dłużej niż dwie minuty; chyba trzeba się pogodzić, że The Fool było jednorazowym strzałem. –W.Chełmecki
Nowe otwarcie Crystal Castles nie wypada zbyt przekonująco. Gdy dwa lata temu Alice Glass w niezbyt przyjemnych okolicznościach opuszczała formację, Ethan Kath robił wszystko, żeby umniejszyć jej rolę w projekcie. Na najnowszym albumie grupy Kath dwoi się i troi, by po raz kolejny udowodnić bez kogo tak naprawdę CC nie istnieje. Na dobry początek sampluje żeński chór coverujący ten numer, serio, a dalej parokrotnie próbuje rzucić cloudowo-trapowym podkładem. Raz przynosi to lepszy skutek, jak w "Chloroform", który lepiej sprawdziłby się z nawijką jakiegoś newschoolowego MC, raz gorszy, jak w przypadku topornego "Sadist". Wśród paru nieznośnych, electro-pixies'owych ataków w stylu "Fleece" czy obowiązkowym, bezsensownym noise-rzygu "Teach Her How To Hunt", o dziwo udało się przemycić parę niebrzydkich fragmentów ze wspomnianym "Chloroform" i rave'owym "Enth" na czele. Odejście Glass nic więc nie zmieniło, CC dalej dostarczają przeciętnych krążków z rzadkimi przebłyskami świadomości. –S.Kuczok