Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Kathy Lee (NOMEN OMEN, czasem przypomina Jessy Lanzę) konstruuje wygładzony, elektroniczny pop ("New York 93" – r'n'b trochę jak produkcje Ethereala dla Alexandrii) epoki owładniętej [UWAGA] "bezdusznością technologii", o czym przekonywał nas już skutecznie debiut Motion Graphics. Oblicze Yaeji jest nieco bardziej "tradycyjne", bo self-titled przesiąknięty jest ambientowym house'em czy dubowym techno oddychającym ambientem, ale również mikro-tanecznością przypominającą momentami Luomo, i choć czasem wokal mógłby być nawet zbędny ("Feel It Out"), to ostatecznie bogate, przestrzenne podkłady wynagradzają możliwe znużenie melorecytacją, która pojawia się często w tych elektroniczno-popowych hybrydach. Nie brak też zerknięcia w stronę najntisów albo Ellen Allien ("Guap") i lekkiego industrialu ("Full Of It"). Takie after-party to rozumiem. –J.Bugdol
"If seeing meant that you would have to believe in things like heaven and in Jesus and the saints and all the prophets?" – śpiewająco pytała przed laty Joan Osborne. I tak, jak nie przekonuje mnie jakieś – nie wiem – doktryniarskie dowodzenie słuszności panteizmu, tak samo totalnie nie znajduję interesującym pseudo-refleksyjnego pytania-statementu z pierwszego zdania. Dziś angażującą filozofię uprawia się na obszarach objętych programami taniego budownictwa. Kiedy Kevin Gates bierze na warsztat popowy szlagier "One Of Us" i przyozdabia go retoryką slumsów, wtedy robi się naprawdę ciekawie. Jak policzysz sylaby, ogarniesz pattern rozkładania akcentów w poszczególnych utworach na Islah i nie jesteś na bakier z wokalnymi możliwościami reprezentanta Atlantic, to pewnie powiesz, że bez rewelacji i w ogóle dziesiąta woda po kisielu reprezentatywnych hitów. Ale nic bardziej mylnego – każda nawinięta tu bzdura, będąca próbą "sięgnięcia wyżej", faktycznie brzmi jak cieszący się intelektualną autonomią manifest. Ja wiem, że trapfoniaste szelmy korzystały już z klęcznika, no ale wskażcie drugi taki mantryczny refren nawinięty z taką swadą. –W.Tyczka
Chłopcy z Mastodona posiedli tę umiejętność, której zawsze brakowało mi przy okazji każdorazowego podejścia do któregokolwiek ze slide'ów w Tony Hawk’s Pro Skater 2 – potrafią, doskonale balansując, permanentnie utrzymywać równowagę. Kontrolują się na każdym kroku i nadzwyczaj łatwo przychodzi im nurkowanie z tym swoim zapiaszczonym progiem w skrajnie zorientowanym na rozrywkę mainstreamie. Ponadto, patrząc z perspektywy czasu, band z Atlanty pochwalić należy również za urocze wyrachowanie. Nie ma drugiego takiego zespołu, który będąc w odtwarzaczach metalowych ortodoksów, tak jawnie się kurwiąc, może liczyć na całkowite wybaczenie. A dlaczego taki występek uchodzi im płazem? Bo Mastodon ostatni pomysł na oryginalne brzmienie mieli prawie dekadę temu, ale zamiast zamknąć go w ramach jednej płyty, postanowili grać tę samą piosenkę przez blisko osiem lat. Stąd sukces Once More 'Round the Sun, stąd triumf Emperor Of Sand. I mimo, iż od strony techniczno-kompozycyjnej jest niezmiennie świetnie, hook goni hook, to szczerze powątpiewam w niewyczerpalność takiej formuły. Albo zrobią Greatest Hits, albo naszpikują kolejny CD-R indeksami pokroju wyróżniającego się na tę chwilę "Clandestiny", albo w niedalekiej przyszłości zanudzą nas na śmierć. Przez wzgląd na starej dzieje, dzisiaj panowie dostają fory. –W.Tyczka
To teraz czas pochwalić klawiszowy pop z naszej ziemi. Natalia Moskal nie jest już debiutantką, bo na swoim koncie ma EP-kę Anguana, która pokazuje, w jakim muzycznym obszarze porusza się wokalistka. Zgadliście: inspirowany ejtisowymi syntezatorami pop z przebojowym zacięciem. I wszystko wskazuje na to, że Natalia pozostanie przy tej optyce, czego dowodzi zapowiadający długogrający album singiel "Lustro". Umiejscowiony gdzieś między synthwave'owym vintage-popem ze ścieżki dźwiękowej Drive (za produkcję odpowiada znany z Flemings Łukasz Maron, więc wszystko jasne) i duchem rodzimego popu z lat osiemdziesiątych (tropy może nie do końca trafione, ale myślę o Kombi czy zapomnianym bandzie Roxa), a sekcja rytmiczna zahacza wręcz o stary polski post-punk kradnący piosence odrobinę lekkości (choć outro fruwa jak należy). No i jest też śpiewająca Natalia, która w wersji a capella mogłaby się załapać do chóru Mazowsze i to jest naprawdę interesujące. Tak jak całe "Lustro", więc wypatruję wieści o longplayu Songs Of Myself, który, mam nadzieję, ukaże się już za jakiś czas.
PS: fryzura w typie misia koala Natalii − 10/10. −T.Skowyra
Kiedy prosiliśmy o prawdziwy brud ulic, dostaliśmy męczącego bułę Wileya. Gdy dzieło życia Ojca Chrzestnego grime'u konsystencją przypominało rozgotowaną na wodzie owsiankę, wtedy głodni szybkiego rapowania na jeszcze szybszych bitach, ostrzyliśmy zęby właśnie na Gang Signs & Prayer. Stormzy w tym roku miał o tyle łatwiej, że: a) rok temu jego spontany klikały się jak świeże bedoesy, więc środowiskowy marketing miał z głowy, b) chyba nikogo ten typ, oprócz 2-3 strzałów, tak naprawdę nie obchodził, stąd śmiało "mógł zaskoczyć". Finalnie raczej chwycił, dlatego nie doszukacie się na stronie czarnego pollice verso. Jest bezpieczny środek symbolizujący pewną wątpliwość co do słuszności skonstruowania takiego dychotomicznego tworu.
Być może jest to kwestia osobistych preferencji, bo zaraz jeden z drugim wynotuje, że przecież mogliśmy spodziewać się koegzystencji agresywnego grime'u (gang signs, c'nie) z ciapowatym r&b (prayer, c'nie), no ale boli fakt, że przy tak dopracowanej pod względem produkcji płycie, i przy raperze o niekwestionowanej sile deklamacji i delivery, finalnie przyszło nam obcować z półproduktem wkurwienia i chronicznego obniżenia nastroju. Południowi londyńczycy nie mają gorszych dni, a jeśli już chcą snuć opowieści z kozetki, to zmieniają ksywkę na Wczesny-The-Weeknd. I kontynent, przy okazji. –W.Tyczka
Tego się nie spodziewałem, ale cóż: tropikalna choroba EDM-u, która rozprzestrzeniła się po całym mainstreamie, dopadła KStewart. Obawiam się, że to ten sam rodzaj bakterii, które zaatakowały Alunę i George'a, więc nie jest dobrze. Przeboju z "Hands" nie będzie, choć zamiar był ewidentny. Za mało wyrazisty to song i w dodatku konkurencja jest ogromna. Ale najgorsze jest to, że zamiast wypuszczać kolejne znakomite kawałki, Kate tak szybko szuka szczęścia w utartym schemacie dzisiejszego popu. Oczywiście spadek formy nie jest aż tak drastyczny, ale naprawdę nie ma się z czego cieszyć. Dlatego mam nadzieję, że to będzie dla niej dobra nauczka i że za jakiś czas będziemy postrzegali "Hands" jako wypadek przy pracy. Więc zastanów się, dziewczyno, zadzwoń do Lewisa Jankela i wracaj do zdrowia. −T.Skowyra
Australijski producent w zeszłym roku założył zespół Bermuda i z pomocą dwóch uzdolnionych instrumentalistów postanowił zreinterpretować dj-ski disco-house, używając synthów oraz perkusji. Jak możemy przeczytać na facebookowym profilu: "Harvey Sutherland brings studio traditions and session musicians to the foreground." I rzeczywiście – to "organiczne" podejście już na starcie sugeruje pewne pokrewieństwo z erą proto-house'ową, jazzującym funkiem czy disco lat 70. Trzeba przyznać, że pomimo pewnej kliszowości Sutherland dzięki wciągającym w swojej taneczności, zapętlonym, wyrazistym harmoniom osiąga sukces. Expectations dopisuję więc do listy soundtracków na nadchodzące cieplejsze dni. –J.Bugdol
Po pięciu latach longplayowej nieobecności wraca utalentowany amerykański duet tworzący muzykę elektroniczną po brzegi wypełnioną mocnym syntezatorowym brzmieniem. Na swoim najnowszym albumie, będącym koncepcyjną kontynuacją poprzedników, Takahashi z Weissem dokonują szeroko zakrojonej rewolty − porzucają niemal łopatologiczne (w dobrym sensie) oraz inwazyjne środki wyrazu połączone ze zbrutalizowaną sekcją rytmiczną Tracera na rzecz bardziej kontemplacyjnych utworów pełnych rozlanego na wszystkie strony brzmienia. Płynnie przechodzą z dusznej klubowej atmosfery wyniszczenia w stronę onirycznego aftera, na którym po całonocnym imprezowaniu nikt nie ma już siły na parkietowe harce, a jedyne, czego pragniemy, to poważniejszych rozmów i wypicia tych kilku ostatnich browarów, zanim w końcu padnie się sennie na ziemię przy zegarze wybijającym dwunastą rano.
Niby mamy tutaj do czynienia z dojrzalszym materiałem ludzi, którzy w wieku dwudziestu lat w lekko odczuwalny sposób wpłynęli na gatunkowe ramy, jednak najnowszy krążek Fantasy, pomimo nabytego życiowego doświadczenia, staje się jednym z najsłabszych reprezentantów ich intrygującej twórczości. Najsłabszym (kwestia sporna), ale wciąż poprzez głębie przepływających kawałków osiągającym ku naszej uciesze poziom niedostępny dla większości współczesnych scenowych wymiataczy. −M.Kołaczyk
O ile "Piątek" urzekał zwyczajnym, bezpretensjonalnym dążeniem do wykrojenia jak najbardziej wyrazistego hooka, to "Zagadka" wydaje się być lekko cyniczną, leniwą odpowiedzią na potrzeby publiki zachłyśniętej chartsami, skumulowaną kopią dominujących trendów. Modny podkład z gitary ("Still Got Time", "Reality" – wystarczą dwa przykłady z listy Bilboardu), przetworzony wokal, czyli klasyk co najmniej od czasów "Lean On" i lekko dancehallowa podstawa dominują w tej konstrukcji. Lanberry czasem wznosi się ponad te klisze, ale ostatecznie nie przedstawia tak wyrazistych melodii, jakbym sobie życzył. Refren trochę rekompensuje niedociągnięcia, ale wobec tej wokalistki poprzeczka została zawieszona całkiem wysoko i "Zagadka" pozostawia pewien niedosyt. –J.Bugdol
Przy pierwszym odpaleniu You Only Live 2wice w gruncie rzeczy byłem zaskoczony. Witający nas "20 Karat Jesus" absolutnie niszczy, pokazuje gospodarza z jego najlepszej strony, bit po którym się porusza zachwyca wielowarstwowością i dostojeństwem, a przełamanie przed trzecią minutą, które wprowadza niemal westowy klimat ślicznie dopełnia całość i stawia pytanie – czemu o tej płycie nie jest głośno? Niestety, czego później doświadczyłem, reszta albumu nie sięga poziomu openera. Pomimo niepodważalnej kompetencji Gibbsa na mikrofonie, bardzo dobrych podkładów, które przy okazji budują koherentną wizję i specyficzny, podniosły klimat (spójność wizji, której brakowało na bardzo dobrym skądinąd Shadow Of A Doubt) raper z Indiany wciąż nie potrafi popełnić dzieła na miarę swoich możliwości. Ale hej, słucham tej płyty już któryś raz i ciągle mi się podoba, złego słowa o niej nie powiem. Może następnym razem będę już w pełni usatysfakcjonowany? –A.Barszczak