Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Co się dzieje? Jeszcze parę chwil temu na wysokości Write About Love Belle & Sebastian byli ekipką, która zna już wszystkie swoje wady i zalety, spokojnie obok siebie koegzystuje i od lat codziennie rano robi sobie tę samą herbatę. W planach nie było już żadnych zaskoczeń: mieli dawać fajne koncerty na Off Festiwalach i spokojnie nagrywać sobie takie same albumy z dwiema, może trzema porządnymi piosenkami. Tymczasem "The Party Line" wychodzi poza starannie wypracowaną przez nich strefę komfortu i zaczyna czerpać garściami z popowych rejonów przeoranych przez MGMT z okolic ich debiutu. Co jakiś czas fajnie posłuchać sobie prostego hiciku na indiedyskotekę (łoł, ale oldskul). Dzięki, ziomki, dzięki wam w luźny sposób wróciliśmy na chwilę do czasów, kiedy nie istniał patrycjat. -R.Gawroński
Jak każdy poczciwy naiwniak dałem się porwać magii "Heartbeat Overdrive" i uwierzyłem, że oto na moich oczach powstaje zespół, z którym będzie mi się obcowało na bieżąco tak przyjemnie jak farciarzom wczutym w Cocteau Twins na przełomie 80s i 90s. Nie do końca się pomyliłem, bo i owszem, jest taka grupa, ale nazywa się A Sunny Day In Glasgow, a nie Ballet School. Debiutancki longplay tych drugich zawodzi na każdym poziomie. Bardziej niepotrzebna rzecz od albumowej wersji ich najlepszego singla to chyba tylko poznańskie zniczomaty. Gorsze jest jednak to, że cała reszta praktycznie w ogóle mnie nie rusza. "Lux" fajne fajne, ale odkrywczego songwritingu to ja tu nie słyszę, choć motywik oczywiście wart zapętlania. Narzekać też nie zamierzam, ale trochę szkoda życia na płyty na 5.0. -K.Bartosiak
Kiesza zaspokaja mój głód energetycznego popu. Już przy okazji "Hideaway" Kamil Babacz pisał, że jej patenty nie należą ani do zbyt odkrywczych, ani szczególnie wysublimowanych, ale ma dziewczyna niesamowity talent do wyciskania z nich tajemnej mocy, która wręcz zmusza do tańca. Dzięki swojej bezpośredniości, która estetycznie odsyła z jednej strony do tych bardziej ekstrawertycznych odsłon diw lat 90., a z drugiej do vocal-trance'owych bangerów dekady późniejszej, "No Enemiesz" zostanie pewnie moim ulubionym z dotychczasowych singli Kieszy i na dniach skłoni mnie do sprawdzenia całego albumu. Tymczasem, na parkiet, nudziarze! -K.Michalak
Taylor Swift to bardzo sympatyczna dziewczyna, która już kilka razy pokazała swój potencjał, ale jakoś do tej pory nie udało się jej go w pełni rozwinąć. Mocne hooki przeplatane kompozycyjnymi mieliznami, brak szczęścia do wizjonerskich produkcji, w efekcie zawsze środek skali. Ale David Rees udowadnia, że mogłoby być inaczej - "T4oube" albo "We Are Never Ever Getting Girl/Boygether" nie tracą nic z radiowości oryginałów, a zaczynają przy tym brzmieć niczym futurystyczne produkcje z PC Music, zaś "Twengerbibbytwo" ze swoim post-ironicznym sznytem z pewnością dałby radę podbić parkiety w hipsterskich lokalach. Spojrzenie na ten mashupowy eksperyment z drugiej strony jest równie ciekawe - oto okazuje się, że Aphex Twin wcale nie jest taki wymagający i trudno przyswajalny, jak go malują, a w jego szaleństwach drzemie ekstremalnie zażerający pop. Oby więcej tak odkrywczych zestawień! -K,Michalak
Californiaman, projekt o którym pisaliśmy wcześniej tutaj, to zajawka dla ludzi, którzy większość swojej muzyki mają otagowane jako "Oldies". Szwed brzmi niczym mieszanka wszystkiego, co możecie usłyszeć w Waszym ulubionym radiu AC i, nomen omen, nie inaczej jest z tym kawałkiem. Jakże sympatyczne i - paradoksalnie - odświeżające jest to granie tak wiernie a zarazem kreatywnie emulujące brzmienie i kompozycje klasyków. Chyba najbliższym odniesiem mógłby być dla niego Dungen, ale chłopaki zamiast zgłębiać psychodeliczne stany udają się na samochodową przejażdżkę po soft-rockowych okolicach z funkowym vibem. Dobre dziady! -K.Michalak
Po prawie dziesięcioletniej przerwie mój ulubiony żeński band wraca na barykady indie rocka. "Bury Our Friends" nie przynosi rewolucji (kto by się jej zresztą spodziewał), ale jest zgrabnie poprowadzonym, rzetelnym trackiem na miarę, powiedzmy, numerów z The Woods (do wymiataczy z One Beat jeszcze trochę brakuje). Tęskniłem za tą fuzją gitarowej agresji, która swój szczytowy moment osiąga w wybuchającym, hitowym refrenie. Ach, no i jest przecież Corin i jej wokal! Oby płyta tria była odczarowaniem wszystkich grajków z zapaści, w której znajdują się obecnie gitary. -J.Marczuk
Panda Bear jest chyba ostatnią osobą, którą podejrzewałbym o romansowanie z nudnym korpo-popem. No dobra, "Mr Noah" jest nieco zbyt mroczny na łatkę korpo-popu, ale przeraźliwie nudny to kawałek. Charakterystyczne wokalizy nic tu nie pomagają i brzmią jak ponury żart (modne wyrażenie ostatnio) z Person Pitch - Panie Noah, dlaczego? -K.Michalak
No i proszę, okazuje się, że można. Debiut, choć niezbyt przekonujący, pokazał, że damsko-męski duet XXANAXX patrzy w dobrą stronę (AlunaGeorge to całkiem słuszny wzorzec jak na początek), tylko jeszcze nie potrafi tego przełożyć na jakość kawałków. Wydaje się, że w numerze nagranym na drugą część kompilacji Heartbreaks & Promises to się udało. W "Give U The World" od razu można poczuć chwytliwy, taneczny vibe, kojarzący się z hitami Duke'a Dumonta, czy słonecznymi songami Bondax. Zdecydowanie kupuję takie granie i liczę na to, że XXANAXX już za jakiś czas odegra się za falstart w postaci Triangles. -T.Skowyra
Mike Scheidt zbudował swoją karierę na klarownych pryncypiach. W muzyce Yob brak jakiejś brzmieniowej wolty, utwory przesuwają się w tempie glacieru, wyciskając ze sluge/ doom metalu całą jego zastygłą i medytacyjną esencję. Proste zasady. Mimo to, zespół, który zaczynał pod wyraźnym wpływem Sleep, sam cieszy się dziś estymą, jaką mogą się poszczycić może dwie, trzy inne ekipy. To wcale niejednoznaczny status legend z początków czasu, który mimowolnie uchwycił Tom Breihan ze Stereogum: "The band has been making music like this for a long time, and they’ve got six albums to their name — albums that I always kept in the mental >>that sounds cool, I’ll check that out<< file and then never got around to checking out". Cóż, lepiej sprawdź je sobie, kolego, bo przecież, choć nowa płyta to czołówka w rankingu wagi ciężkiej, to i tak nie ma startu do Elaborations Of Carbon i jego najntisowych wycieczek, gdzie Scheidt śpiewa miejscami jak Perry Farrell albo do monolitycznego Catharsis, który właściwie zdefiniował brzmienie grupy na lata. I teraz już nie wiem: czy muzyka Yob jest tak dobra, bo zespół gra według niezmiennego przepisu i dosyć ściśle się go trzyma, czy po prostu nadal utrwala na tym polu własne reguły gry. -W.Kowalski
Co prawda, to jest numer z wydanej przed chwilą kompilacji The Ramen Skate Sessions, ale dla mnie "Hope", to pomost między soulfulowo-melancholijną EP-ką Reborn, a czymś zupełnie nowym w solowym dorobku Chloe. Krystaliczne klawisze, wijące się i szwendające hi-haty, opadające basy, a nawet smyczki na 1:29!, związane charakterystyczną narracją producentki — wszystko to po raz kolejny pokazuje, że Anna Żmijewska już za chwilę powinna zostać pierwszoplanową postacią szeroko pojętego popu w Polsce. Bo jakoś nie chce mi się wierzyć, że mająca ukazać się w Roche Musique, nowa EP-ka Chloe Martini, okaże się klapą. Zwłaszcza nie po takim tracku, który możecie odsłuchać poniżej. -T.Skowyra