Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Ostatni raz tak zajebiście niewymuszonego, bezpretensjonalnego typa słuchałem w dniu premiery... <tu miał być spoiler>. Nie no, oczywiście najprostszym, a jednocześnie leżącym najbliżej prawdy punktem odniesienia dla zachwytów nad mikstejpem Tuta jest Cilvia Demo EP. I wiem, wiem, taka analogia może wydawać się na pierwszy rzut oka mało odkrywcza, no bo przecież mówimy o dwóch chłopakach wywodzących się z Atlanty, dwóch zajebiście dobrych ziomkach w muzyce i na co dzień. Nic jednak nie pradzę na to, że odpalam dowolny bit z pierwszej części Preacher's Son i słyszę IDENTYCZNE, warunkowane stosunkiem 1:1 patenty, którymi czarowały i stopniowo rozkochiwały w sobie moje poczucie estetyki podkłady na ubiegłorocznej EP-ce Rashada. Mocne werble wspomagane raz po raz saksofonem, przenikające się zmysłowe wokale soulowych wokalistek, nawet większość motywów melancholijnego, nienachalnie pobrzmiewającego w tle pianina przywołują obraz atmosfery debiutu Rashada i, wbrew pozorom, nie powiedziałbym, że tak wysoko postawiona poprzeczka działa na niekorzyść Tuta. Podsumowując: choć rap do tej pory nie dostarczył słuchaczom jakiejś spektakularnie dużej ilości fajnego materiału, to i tak nie przeszkadza mi to wyróżnić Preacher's Son pisząc, że na tę chwilę jest to dla mnie najbardziej wciągający materiał roku, bardziej nawet niż Drake czy Lupe. Warto dać szansę, zapewniam. –R.Marek
Spadkobiercy szkoły dysonansu spod znaku Jesus and Mary Chain na Transfixiation nie sprostali pokładanym w nich nadziejom. Owszem, skroili naprawdę solidne, doskonale przylegające do siebie gitarowe ściany hałasu oraz nagrali melodie dokładnie z pogranicza podręcznikowego shoegaze’u, goth rocka i garażowego noise’u, które strawi prawdopodobnie każde ucho (zaznaczmy tutaj, że przymiotnik "lekkostrawny" nie był najczęściej używanym do opisu ich twórczości epitetem), doprawiając je stricte punkowymi perkusyjnymi blastami, ale zabrakło polotu. Słuchając czwartego studyjnego albumu A Place To Bury Strangers trudno wyzbyć się wrażenia, że momentami można było docisnąć pedał do podłogi jeszcze mocniej, puszczając przy tym wodze fantazji i kierując w stronę najlepszych bangerowych odjazdów towarzyszących dotychczasowemu opus magnum trampkarzy z Brooklynu – Exploding Head. Za grzecznie i zbyt zachowawczo, by zapracować na plusa, ale pamiętajmy, że to wciąż fajne, rytmiczne piosenki, o które w tej konwencji w 2015 roku raczej nie będzie łatwo (patrząc na kalendarium zapowiedzianych premier), a ich koncerty zapewniają niezapomniane, euforyczne doznania. –W.Tyczka
Przewrotność historii życia dwójki braci pokazuje, że jeśli naprawdę się chce, to jednak można. Swego czasu ponoć bezdomni próbujący wedrzeć się do szerszej świadomości za pomocą filmików wrzucanych na YT, dziś autorzy kilku totalnie nośnych hiciorów, które bez problemu jesteś w stanie z miejsca zanucić ty, ty i ty. Najsilniejszą bronią debiutu Sremmurdów są naturalnie bity – większość utworów została wyprodukowana przez takiego jednego kolesia o ksywce Mike WiLL Made-It, a że Mike słabych bitów nie ma w zwyczaju dawać, ba, na tym etapie żadnym faux pas nie będzie mówienie w jego kontekście o podium w klasyfikacji mainstreamowych producentów obecnej dekady, to i tutaj nie było opcji, żeby zawiódł. Poza singlowymi pozycjami (jeżeli ktoś jakimś cudem nie słyszał, to niech pod żadnym pozorem nie odpala "No Type" – obrzydliwie zaraźliwe ścierwo z ósemkowym refrenem) na szczególną uwagę zasługują jeszcze: ostatni indeks, czyli beztrosko kretyńskie "Safe Sex Pay Checks" oraz rapowana quasi-ballada w postaci "This Could Be Us". Naprawdę ciężko przewidzieć, jak potoczy się dalsza kariera tego duetu, jedno jest jednak jasne – choć "SremmLife" nie będzie okupować końcoworocznych rankingów, to z pewnością stanowi bardzo ciekawą zapowiedź dalszych poczynań chłopaków. –R.Marek
Nie wiem wielu rzeczy, ale wiem czym jest zabawa. Lawd Forgive Me to zabawa. Max McFerren, jeden z reprezentantów internetowego labelu 1080p dostarcza nam kolejną porcję kasetowego wygrzewu i przy pomocy swojego komputera oraz niczym nieskrępowanej wolności twórczej serwuje szaloną przejażdżkę przez najróżniejsze muzyczne pejzaże. Całkowicie nieprawdziwe są pogłoski o domniemanej nieprzystawalności soundu McFerrena do stylistyki wytwórni – ta czystość, wręcz suchość dźwięku, szczególnie zestawiona z brakiem spójności i dbałości o brzmienie jest bardzo lo-fi. Oczywiście w rozumieniu post-ironic (hehe). Na przykład ten patent z agresywnym cięciem wokali wstępujący kilkukrotnie na płycie. Wiele można by o nim powiedzieć, ale na pewno nie to, że brzmi profesjonalnie. Zresztą przez całą długość materiału czuć, że taki właśnie był zamiar i to jest fajne. A jak się broni sama muzyka? Czasem jest irytująco (" Lifeswork"), czasem nudno ("Acid"), czasem kozacko ("What Justifiable Confidence!"), a czasem klasycznie (closer) i mimo wielu mankamentów wrażenie po słuchaniu pozostaje dobre. Naprawdę dobre. –A. Barszczak
Earl wyluzował – to pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy po odsłuchaniu nowego utworu najzdolniejszego rapera Odd Future. Przyjemny, słoneczny bit przypomina raczej produkcje Madliba z, dajmy na to, zeszłorocznej Piñaty (na której notabene Sweatshirt gościnnie rzucił zwrotkę) aniżeli mrocznych podkładów znanych z Doris. Lirycznie dalej kombinuje, dalej Rap Genius jest przydatny, ale tym razem zamiast swojego ojca namecheckuje Shoenice’a, a sprawy osobiste zamyka w haśle "other shit". Jest fajnie, leci jak sołtys z drabiny, do Earla mam zresztą ciepły stosunek od pierwszego obejrzenia teledysku do "EARL". Jednak, jeśli nasz bohater pozostanie na tej ścieżce, to następna jego płyta może się okazać po prostu nudna. –A.Barszczak
Gdy przy okazji wzmianki o poprzedniej EP-ce Andy’ego Smitha zachęcałem do obserwowania jego poczynań, nie spodziewałem się, że profity będą tak duże. Nowa propozycja londyńczyka pod banderą Greco-Roman ukazuje go wymykającego się wiecznym porównaniom do Disclosure i zawieszonego faktycznie "into the everywhere", z symptomatyczną dla siebie nerwowością wplatającego do house’owych struktur liczne elementy z peryferiów rozmaitych gatunków – od hiperpobudliwych jungle’owych pętelek po zamglone ambientowe tła. Centralnym punktem wydawnictwa jest nagrany z Deptford Gothem na wokalu "Square 1", zachwycający przede wszystkim świetnym, automatycznie wrzynającym się do głowy refrenem i będący najjaśniejszym punktem EP-ki, choć polecam przesłuchać ją w całości. Za gęstą, deep-house'ową ścianą dźwięku Smith przemycił bowiem mnóstwo pstrokatych, chwytliwych motywików i ogromne zasoby ciepła. Co ciekawe, w wywiadach zapowiada, że w najbliższych miesiącach ma zamiar nieco wyszczuplić swoje nagrania i skupić się na znacznie bardziej wymagających, minimalistycznych formach. Przy tekstualnym bogactwie Into The Everywhere oznacza to zwrot o sto osiemdziesiąt stopni; z ciekawością czekam więc na rozwój wydarzeń. -W.Chełmecki
Kto spodziewał się doznać na Hyperview więcej violent pop punku i post-hardcore’u, tego niestety rozczaruję – obejdzie się bez pięści w moshpitcie. Zamiast agresywnych gitar i wyrazistego wokalu kojarzonego z początkami działalności kapeli, na tę chwilę przychodzi nam zmierzyć się z ich niemrawą, gazingującą odsłoną wspieraną eksploatowanym dziś przez setki grup (aż do porzygania) rozmytym dreamy wokalem. Próżno szukać bardziej statystycznego i osowiałego kawałka wśród wszystkich dotychczas zarejestrowanych nagrań zespołu, niż pierwszy singiel z płyty – "Chlorine". Jamie Rhoden szczerze moduluje ku chwale lat ubiegłych tylko w najlepszym "Rose of Sharon", gdzie szczątkowo słychać tę charakterystyczną surowość Title Fight. Eksperymenty stylistyczne mające docelowo poszerzyć grono odbiorców, na gruncie muzycznym zdecydowanie im nie służą, dlatego kciuk w dół – bezdyskusyjny zwód. Chyba, że w 2014 lubiłaś/eś hasać do przeciętnych Cheatahs oraz grałaś/eś w bierki przy Nothing. –W.Tyczka
Przy całej mojej sympatii do Florence nigdy nie mogłem skumać, skąd tak ogromny hałas i dlaczego aż tylu ludzi "nie może się doczekać nowego albumu". Z tego samego powodu pękam ze śmiechu, widząc euforyczne komentarze pod pierwszym teaserem tej właśnie płyty, który jest niczym innym jak napompowanym do granic pretensjonalności, beztreściowym intrem. Nie wiem, być może album okaże się fajny, ale póki co czas najwyższy pogodzić się ze smutną konstatacją, że większość "dzisiejszej młodzieży" kojarzy Kate Bush jedynie z balem przebierańców, a "Unravel" słyszało pierwszy raz przy okazji zamieszania wokół Vulnicury. –W.Chełmecki
Kanadyjski producent i DJ Ryan Hemsworth powołał do życia swój netlabel Secret Songs już dobrych kilka miesięcy temu, ale wciąż brakowało mu dużego nie–singlowego debiutu. Puszczona w eter i udostępniona do nieodpłatnego pobrania EP–ka autorstwa Leno Lovecrafta zdaje się perfekcyjnie wypełniać tę lukę. Platinum Planet wciąż nadaje na tych samych częstotliwościach, na jakich grały poprzednie extended playe nowozelandczyka, czyli raz jeszcze maluje taneczną muzykę elektroniczną wykorzystując całą paletę najcieplejszych jej barw. Emocje w High Definition oraz holograficzne wodospady konstruuje sięgając po pitchowane na j–popowy wzór wokalizy (pozdro Manicure Records, szkoda, że idziecie w bubblegum bass), chiptune’owy pop, a momentami nawet skandynawskie przestrzenne disco. Słuchajcie tych cukierków na PC, oglądajcie w 1080p. –W.Tyczka
Podczas niedawnych ogłoszeń kolejnych artystów tegorocznego OFF Festivalu na falach radiowej Trójki doszło również do wymiany opinii Grzegorza Hoffmana i Artura Rojka na temat ostatniej płyty tej sympatycznej skądinąd szkockiej grupy. W skrócie: szef muzyczny PR3 był raczej na nie, natomiast dyrektor artystyczny katowickiej imprezy raczej na tak i ogólnie, że "fajne piosenki". I ja też jestem raczej na tak, choć niewątpliwie mamy tutaj do czynienia z "odgrzewanym kotletem", który serwuje nam dowodzona przez Stuarta Murdocha formacja. Otwierające album "Nobody's Empire", muśnięte elektroniczną farbą "The Party Line" oraz "Plan For Today" czy urocze "Ever Had A Little Faith?" to owszem fajne tracki, które niewątpliwie sprawdziłyby się jutro w niejednej kawiarni przy pączku z ajerkoniakiem i herbacie, ale ile razy mieliśmy już z podobnym indie popem do czynienia i to nie tylko w wykonaniu B&S? Zabraknie nam kalkulatorów, żeby to wszystko policzyć. I choć oprócz wyżej wymienionych utworów znajdziecie na Girls In Peacetime Want To Dance pewnie kilka innych niezłych momentów to zdecydowanie w te ponure lutowe wieczory stawiałbym bardziej na Tigermilk jeśli już o B&S mowa. -J.Marczuk