Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Lustwerk zawsze siekał wzorowy deep house, a dj mix 100% Galcher był jednym z najświeższych spojrzeń na przerzutą scenę tej klubowej niszy, gdyż oprócz klasycznego oldskulowego soundu kojarzonego z monofonicznymi analogami potrafił też zachwycić progresją w stronę zmarginalizowanego house rapu. Dziś Glacher połączył siły z Alvinem Aronsonem i sumptem swojego całkiem świeżego labelu wypuścił pozycję dużo bardziej "techno", niż moglibyśmy się po nim spodziewać. Studio OST to takie swobodne sprawozdanie z najntisowych trendów podszyte quasi-ambientowymi loopami (rzućcie uchem choćby na wyróżniające się "ITCZ" i "Speed City" czy dwuminutowe preludium), które dobrze "zdelayowane" i "zreverbowane" stworzyłby całkiem interesujące niezależne byty. Para producentów pływając na przecięciu gatunków, ale zachowując przy tym wszystkie przymioty wyróżniające ich solową twórczość, łączy laidbackowy medytacyjny charakter z parkietowym zacięciem i taka propozycja może znaleźć fanów nie tylko w osobach, które dały się Lustwerkowi i Aronsonowi oczarować już trzy lata temu. –W.Tyczka
Może The Saturdays nie cieszyły się nigdy w Polsce aż taką popularnością co inne brytyjskie girlsbandy, jak chociażby Sugababes, ale doczekały się wzmianki w "Fakcie", co o jakimś sukcesie świadczy. Od jakiegoś czasu odpoczywają i wstrzymują się z wydaniem kolejnego albumu. Okres przerwy dobrze wykorzystała jedna z Sobótek – Vanessa White. Ze względu na szeroką skalę głosu pozostałe dziewczyny nazywały ją swoją Christiną Aguilerą. Teraz Vanessa postanowiła dać upust swoim namiętnościom do R&B.
Chapter One to [chwilowe?] pożegnanie Vanessy z dance–popem. Jeśli pokochaliście ją w czasach, gdy razem z The Saturdays supportowała Jonas Brothers, jej solowa EP–ka może sprawić, że spadną wam kapcie. Tutaj Brytyjka raczej składa ukłony dla Janet Jackson czy Brandy. Ale nie jest to jakieś revivalowe wydawnictwo, świeżości dodają mu też featuringi – jak np. raper Wretch 32 w "Lipstick Kisses". Z kolei w "Relationship Goals" znajdziemy polski pierwiastek – Chloe Martini. Wkład utalentowanej ciechanowskiej beatmakerki jest niezaprzeczalny, wsparła White swoim wrodzonym wyczuciem do zlepiania dźwięków, czyniąc kawałek najmocniejszym punktem EP–ki.
Chapter One wydaje się być dowodem na to, że kiedyś każda dziewczyna w końcu dorasta i przestają ją bawić piosenki o szukaniu miłości na dysotece. –A.Kania
Mniej więcej rok temu Antony & Cleopatra wydali pierwszy singiel pt. "Sirens". Później pojawiło się "Take Me", teraz przyszła pora na "Love Is A Lonely Dancer". Mimo że duet ma na koncie tylko te trzy utwory, zdążył już dość wyraźnie nakreślić estetykę, w której zamierza się obracać. Ich muzyka to przede wszystkim soulujące kawałki do tańca. Potrafią zgrabnie połączyć amerykański ejtisowy house z disco z lat ‘80, do tego dorzucają jeszcze UK garage. Ich zamiłowanie do retro klimatów znajduje odbicie w teledyskach – wszystkie są czarno–białe.
Tytuł nowego singla zobowiązuje i w klipie do tegoż utworu pojawiają się tancerki, z peruki trochę podobne do tej która wyginała się u Sia. Osobiście preferuję jednak ten do "Take Me", w którym przewija się cała plejada gwiazd w parach – od Johna i Yoko, przez Jay-Z i Beyoncé, po Britney Spears i Justina Timberlake’a. Właściwie muzycznie też ten utwór bardziej przypadł mi do gustu – jakaś subtelniejsza lekkość się z niego sączy. W "Love Is A Lonely Dancer" jest wyraźniejsza linia basu, z kolei wokal jest mniej romantyczny. Jednak jakby nie patrzeć, Antoniusz i Kleopatra z pewnością jeszcze niejednego podpieracza ścian zmuszą do puszczenia łokci w ruch. –A.Kania
Pablo Yeezy'ego już od momentu ujawnienia okładki stał się częścią popkultury i cały czas działa na wyobraźnię nie tylko użytkowników Tidala (250 mln odsłuchań w 10 dni – not bad), ale i muzyków całego globu. Remixy numerów z najnowszego longa Westa przygotowali DJ Premier ("I Love Kanye"), Rick Ross ("Famous") czy Tyler, The Creator ("What The Fuck Right Now"), tymczasem Lido poszedł jeszcze dalej tworząc swoisty medley oparty na cząstkach tracków z TLOP. Norweski producent powycinał najbardziej lidowe fragmenty, następnie zazębił, a potem wkleił je we własne dźwiękowe uniwersum. Moim ulubionym momentem jest future-bubblegumowy wjazd "Father Stretch My Hands Pt. 1", ale w zasadzie cały "Life Of Peder" to niezła jazda. Ciekawe, czy Kanyemu się spodobało? –T.Skowyra
W różnych miejscach czytałem, że to bardzo popowa płyta z ciekawymi tekstami napisanymi, co podkreślano, PO POLSKU, a także natknąłem się kilka razy na porównania Julii do Marii Peszek czy Meli Koteluk. Zwykle wiem, jak kończy się słuchanie płyt opatrzonych podobnymi opisami czy referencjami. Ale nic to, wyhajpowany "Tarantino" nie zapowiadał klęski, ale nawet zachęcał do zapoznania się z całym Proxy. Jeśli chodzi o lyriksy, to jakoś nie trafiają do mnie linijki typu: "Wiesz o mnie więcej niż Google", "Chodzę po Tesco i myślę o seksie" czy "Śniło mu się, że życie to pasek ładowania" – miało być świeżo i intrygująco, a wyszło jakoś sucho i schematycznie (mamy 2016 rok!). Natomiast MUZYCZNIE mamy pop-rock z dużą ilością klawisza i całkiem miłym basem, choć jest dość bezpiecznie, bez przebojowych zrywów i z bardzo ograniczoną zawartością hooków (choć są: np. w "Tesko" gdy Julia śpiewa "chyyyybaa kręęęęci mnieee KA-PI-TA-LIZM"). No i jest jeszcze powtarzająca się maniera akcentowania ostatniej sylaby w wersach, która z czasem nieco irytuje, choć ostatecznie wokalnie jest okej. Tak jak cała płyta, której nie można jakoś konkretnie zdissować, ale też nie można znaleźć argumentów świadczących o jej znakomitości. Czyli trochę ŚREDNICA. –T.Skowyra
Ciekawa (heh) okładka, utwory zatytułowane literami alfabetu i w dodatku chyba najambitniejsze solowe dzieło. Prins Thomas mógłby zagrać w Grze O Tron starszego brata Jona Snowa, ale cieszę się, że ten sympatyczny Norweg nie tylko swoją aparycją potrafi zaskarbić sobie moją uwagę. Kompletnie straciłem go z radaru zaraz po wypuszczeniu solowego debiutu, ale wspomnienia są na tyle dobre (szczególnie biorąc uwagę rewelacyjne kolaboracje z Hansem-Peterem Lindstromem z naciskiem na wydane w 2009 roku II), że siłą rzeczy zwróciłem uwagę na Principe Del Norte, zwłaszcza że wspomniany już ziom Thomasa, a mianowicie Hans-Peter, zaskoczył nas już w tym roku kapitalnym utworem "Closing Shot".
Norweskiej elektroniki nigdy mało, nie ma o czym mówić. Prins Thomas w pierwszej części odstawia na bok nu-disco, dyskoteki i inne takie drążąc w nieco bardziej eksperymentalnych, nazwijmy to kosmiczno-progresywnych rejonach. Potwierdza jednak formę, klasę i nieszablonową wyobraźnię. "A1" to próba rozczytania na nowo muzyki krautrockowych tuzów z Ashrą oraz Clusterem na czele, natomiast syntetyczny "A2" mógłby stanąć w szranki z czymkolwiek z The Inheritors Holdena i uwierzcie mi lub nie, ale nie stałby na przegranej pozycji. Niemieckie inspiracje dominują przez całą płytę, niezależnie od tego, czy weźmiecie mrugającą do Can, wspaniale rozwijającą się impresję "B" czy zatopione w new-age’owym transie "C". Wspomnienia z klubowej przeszłości odżywają jednak w "E" - house’owej, budzącej skojarzenia z produkcjami Johna Talabota kompozycji, ale jest tego więcej. Weźmy chociażby "F", gdzie czarowne plecionki w duchu Pantha du Prince kłaniają się w pas lub najbardziej berlińskie w zestawie "H". To oczywiście truizm z mojej strony, jednak jest to naprawdę fajne uczucie, że podczas słuchania najnowszego dzieła Norwega właściwie się nie nudziłem, a momentami wręcz zachwycałem. I to w dodatku przez ponad półtorej godziny. Szacun. –J.Marczuk
Widzę, że Jessy Lanza swoimi nowymi utworami planuje pokazać nam swoje inne muzyczne oblicze. Szkoda, że nie udało nam się opisać wcześniej "It Means I Love You", gdyż ta zgrabna mozaika eksperymentalnego popu, wpływów PC Music oraz inspiracji footworkową estetyką zdecydowanie budzi uznanie, jednak traktuję ją bardziej jako eksplorację muzycznych zajawek Lanzy niż pełnoprawny singiel. Inna sprawa, że chyba ciut bardziej wolę piosenki z Pull My Hair Back, niemniej na drugi album Kanadyjki zatytułowany Oh No (premiera już w maju) wciąż ostrzę sobie zęby. "VV Violence" to już zupełnie inna historia. Nie spodziewałem się aż tak bezczelnie popowego utworu od Lanzy. To już nie jest rzeźbienie w strukturach r&b czy zajawka na Teklife, ale ewidentny flirt ze nagraniami chociażby wczesnej Madonny (na siłę moglibyśmy doszukać się również wpływów electroclashu). Oczywiście popowa kanciastość to jedno, natomiast dbałość o detale produkcyjne i zajawka na podkręcanie bpm to drugie – cały czas Kanadyjka to ma. Jeśli ktoś czekał na Lanzę zwiewną i eteryczną to z pewnością może być nowym utworem autorki Pull My Hair Back zaskoczony, ale ja kupuję w pełni taką artystyczną dezynwolturę. –J.Marczuk
W Krakowie, gdzie pcham to gówno od paru lat, można spotkać wielu muzykujących ludzi. Pod każdym krzaczkiem piosenka, wiadomo. Mimo to, poza projektami wychodzącymi ze Stajni Sobieski, nie udało mi się w tych latach namierzyć prawdziwie obiecujących rzeczy w żadnym stylu gitarowym. Spod powierzchni składów niezłych, których nazwy szybko zapominam, nagle wyskoczył projekt, o którym jeszcze wczoraj nie wiedziałem nic poza Bandcampem, do którego przedwczoraj na fejsie zalinkował kolega. Zajawiłem się w przysłowiowy chuj pierwszym z brzegu “Reminiscences”. W roku, w którym na sceny świata powracają zreaktywowani At The Drive-In, w mieście pojawia się Stay Nowhere, którego frontman dzieli z Cedrikiem Bixler-Zavalą podobne myślenie o ekspresji wokalnej. Akurat ten numer najbardziej przechyla się w stronę emo i skojarzył mi się również z niedawno przeze mnie przesłuchiwanymi La Dispute, ale też – żeby poszukać zacniejszych odniesień – Fugazi. “Undefined”, “Fragile” i “Decadent” są już mocno podkręcone dynamiką post hardcoru, lo-fi’ową surowością, jak również chwytliwą melodyjnością. Zamykające z kolei zestaw “Don’t Lie” jest krótką balladą z tłustym przesterem.
Co do faktografii, zasadniczo mamy do czynienia z duetem na gitarę i bas, wywodzącym się z punkowych składów Whale Heart Music i W Kilku Słowach. Do niejakich Emila i Dafiego na potrzeby zarejestrowania tej demówki dołączył żywy trzeci człowiek na perkusji. Zanosi się na to, że w bliższej przyszłości usłyszymy o nich coś więcej, choć niekoniecznie będzie to podążanie w kierunku obranym na [Demo] (2014). Majaczy to ciągle w oparach tajemnicy, niemniej warto się zainteresować. –Michał Hantke
Nie jestem amatorem songów okolicznościowych, ale tu słyszę pewną świeżość (może dlatego, że pierwszy raz zetknąłem się z twórczością zespołu Anno Domini i może dlatego, że entuzjazm wykonawców autentycznie robi wrażenie i przez pierwsze pół minuty teledysku jarałem się, że to będzie klip z rozbudowanym scenariuszem jak teledyski Aerosmith za starych dobrych czasów; niestety w dalszej części filmiku rozdają jakieś ulotki, co nie jest optymalnym rozwiązaniem fabularnym) – na pierwszy rzut ucha podniosły motyw sympho-polo zalatuje Rubikiem i brakuje w nim tylko wokalu Michała Wiśniewskiego, ale idiofoniczne kombinacje w tle nadają kawałkowi fajnej werwy jak z Let’s Get Ready To Crumble Russian Futurists. Rzeźbię trochę w gównie w tym momencie, ale czy ten zabawny wtręt instrumentalny na wysokości 1:18 to nie jest kicz-jazz przekształcony na chwilę w środkowe Kombi? –M.Zagroba
Pamiętacie jeszcze taki zespół jak Global Communication? Tak, to właśnie ich legendarne dziełko zatytułowane 76:14 wylądowało na 94. miejscu w ramach naszego płytowego podsumowania lat 1990-1999 w muzyce. W 2016 roku Mark Pritchard – połówka legendarnej formacji nie bawi się już w ambient-techno, lecz stawia na subtelną folktronikę przywodzącą na myśl dokonania Four Teta oraz świetne Ambivalence Avenue autorstwa Brytyjczyka Bibio (zwróćcie uwagę chociażby na samplowane dźwięki fletu).
Zdecydowanie, sznyt w duchu Warp (zresztą album Pritcharda ukaże się w maju w tej zacnej oficynie) daje mocno po oczach, jednak prawdopodobnie nie zajawiłbym się tak mocno tym kawałkiem, gdyby nie gościnny udział Thoma Yorke’a. O wokalu Thoma nie mam zamiaru dłużej pisać, bo wiadomo jak on działa, jednak sądzę, że lider Radiohead nie powstydziłby się takiej produkcji na swoich solowych albumach, ale i na dwóch ostatnich krążkach Radiogłowych. Możliwe, że na swoich solowych wydawnictwach Thom również podłubie mocniej w folktronice? A może tak właśnie będzie brzmiał nowy album Radiohead? Tego nie wiem, ale póki co mariaż Pritcharda i Yorke’a to całkiem niezły substytut w kontekście czekania na nowy album zespołu z Oxfordu. –J.Marczuk