Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Już za kilka dni ukaże się kolejna, druga po Forever (Part II) EP-ka Snakehips, All My Friends. Obok numeru tytułowego, który stał się pewnego rodzaju hitem, na małej płycie pojawi się również kawałek goszczący jednego z największych wygranych tego roku, czyli Andersona .Paaka. Brytyjskie duo nie straciło rezonu i podrzuca kolejny soczysty background lekko iskrzący kolorytem świetnego "Gone", a Paak, którego flow wciąż kojarzy się z Kendrickiem, kładzie na podkład kilka porządnie nawiniętych linijek. A to oznacza, że być może tym razem Snakehips nie wymięknął na całej długości EP-ki. Zagadka rozwiąże się 15 kwietnia, ale skoro dwa trafienia już zaliczyli, to prawdopodobieństwo, że całość zatrybi prawilnie jest bardzo duże. –T.Skowyra
Nowy album PJ Harvey powstawał w specjalnie skonstruowanym studiu umożliwiającym publice podglądanie zespołu podczas pracy nad materiałem. Nawet fajny pomysł, pytanie tylko, czy przyniesie zadowalający efekt. Angielka udostępniła już pierwsze fragmenty The Hope Six Demolition Project: "The Wheel" oraz "The Community Of Hope", które jakoś nie zapowiadają wielkich zmian w kierunku obranym na nudnawym Let England Shake. Kilka dni temu pojawił się trzeci utwór zapowiadający longplaya. I tym razem robi się już trochę zabawnie, bo "The Orange Monkey" brzmi jak przyśpiewka pomagająca zabić czas starym marynarzom odbywającym potwornie długi rejs. Dlatego jeśli zdecydujecie się posłuchać, to polecam uzbroić się w odrobinę rumu – wtedy z pewnością lepiej wejdzie. –T.Skowyra
Jeśli ktoś zastanawia się, dlaczego Moderat cieszy się w naszym kraju taką estymą, to mogę szybko udzielić takiemu komuś odpowiedzi. Jedno słowo: Trójka. Niemieccy producencki są wręcz znakiem firmowym ALTERNATYWNEJ linii trójkacore'u, właściwie od lat grając ten sam repertuar oparty na burialowym stepie. Jeśli chodzi o mój stosunek do Moderatu, to przyznaję, że z trudem przychodzi mi odróżnianie ich kawałków, a wysłuchana płyta prędko wylatuje z pamięci. To może nie jest jakieś katastrofalne granie – jest tylko zwyczajnie nudne, oklepane i z metką 2009 roku. Dlatego niestety poddaję się przy słuchaniu sprawnie skleconych utworów, takich jak: "Running", "Reminder" czy "Intruder", ale wiem, że są tacy, którym skacze ciśnienie na wieść o przyjeździe tria na polskie festiwale. Toeachizown. –T.Skowyra
Wszystkie znaki na ziemi i niebie mówią, że norweski producent nie zamierza spuścić z tonu. I cóż, póki co nie przestaje iść w dobrym kierunku. Po niezwykłym "Life Of Peder" (do odsłuchania tutaj), Lido prezentuje "Crazy" zapowiadające jego debiutancki album. Utwór zdaje mi się jeszcze głośniejszy, cięższy, a do poczucia pompatycznego, symfonicznego charakteru numeru nie jest niezbędny teledysk (całkiem zabawny zresztą). Mimo wszystko to ciągle jednak ta sama, dobrze nam znana muzyka – bezwstydnie przebojowa, pocięta, dynamiczna i wielowątkowa. "This song is an important turning-point in the story on my album. For me it's exactly the first impression I wanted to give people of the vibe from new music I'm about to release". Jaki więc kształt przybierze debiut? Kiedy to nastąpi? Na te pytania póki co odpowiedzi nie znamy, ale na pewno warto czekać. Ja czekam i to z bardzo dużymi oczekiwaniami. Mam nadzieję, że się nie rozczaruję. –A.Barszczak
Kiedy ostatnio słyszałeś/słyszałaś kawałek, który przypomniał Ci jak żyć? Kiedy ostatnio z jakiegoś dzieła muzycznego płynęła niczym niezmącona mądrość, ten słynny "przekaz"? Wiem co powiecie – "Stary, nie pamiętam, to było tak dawno! Kto jeszcze o tym myśli?". No to sprawdźcie to – Kuban w niebanalny sposób porusza tematy takie jak: nonkonformizm, nie poddawanie się presji innych i działania wbrew oczekiwaniom innych, a także przypomina, że pieniądze to nie wszystko i nie można się poddawać. Podaje też swój osobisty przepis na jutro – wiara w siebie, luz, konsekwencja. W obliczu tego trudno zebrać słowa, aby opisać przygotowany przez duet Returners podkład łączący nowoczesne brzmienia z klasyczną duszą. Jednym słowem: polecam. –G.Mrzesiak
Są z Bloomington w stanie Indiana, jest ich czworo i właśnie wydali swoją kolejną kasetę w nakładzie zaledwie 150 egzemplarzy. Jej tytuł to po prostu Tape #3. Wiemy też, że wszystko zaczęło się od solowego projektu Drew Auschermana, który zaprosił do współpracy basistę Kevina Krautera, perkusistę Jamesa Allena oraz gitarzystę Keagana Beresforda. W zasadzie na tym kończą się ogólnie dostępne informacje na temat grupy Hoops. Mógłbym spróbować dopytać o więcej, chociażby pod nagraniem zamieszczonym na Youtube, ale ktoś już mnie uprzedził i otrzymał ripostę "najpierw opowiedz coś o sobie”. W takim wypadku również zachowam anonimowość i skupię się na samym materiale.
Trójka jest dotychczas najkrótszą kasetą Hoops, bo trwa zaledwie 12 minut. Czuję niedosyt, ale może to właśnie dzięki temu, ani przez chwilę nie byłem znużony. Pięć utworów składających się EP-kę to absolutne strzały w dziesiątkę niskobudżetowego piwnicznego popu. Jeśli potrzebujecie kogoś, kto gra muzykę zbliżoną do rdzennego Ariela Pinka grubo przed podpisaniem kontraktu z 4AD, gdy jego nagrania były naprawdę lo-fi, koniecznie sprawdźcie nowe nagrania Hoops. –A.Kasprzycki
Julien Ehrlich po latach spędzonych w grupie Smith Westerns, uznał że przyszedł czas, by do swojego zestawu perkusyjnego dołożyć dodatkowy mikrofon i na dobre zacząć dzielić się ze słuchaczami swoim falsetem. Dołączył do niego gitarzysta Max Kakacek i to właśnie ten duet stworzył songwriterski trzon nowo powstałego zespołu Whitney. Cały skład to kliku slackerów zasłuchanych w numerach Everly Brothers (coverują ich na koncertach), którzy uciekają od wielkomiejskiego klimatu Chicago do okolicznych lasów. Właśnie dlatego "Golden Days" nie brzmi jak sztywno przemyślana kompozycja, a raczej jak efekt kilku jesiennych jamów przy ognisku. Pierwsza połowa utworu to zwrotki plus refren, po których przychodzi czas na łagodne gitarowe solo z użyciem slide’a. Outro rozpoczyna się od trąbki, która obok gitarowych partii wycinanych przez Kakaceka, jest najważniejszym instrumentem w Whitney. Na dowód sprawdźcie poprzedni singiel ”No Woman” zwieńczony podniosłym dialogiem między tymi dwoma intsrumentami.
O "Golden Days" nie można za wiele powiedzieć, poza tym, że to po prostu przyjemna piosenka, z której bije urocza naiwność wokalisty. Płyta Light Upon The Lake ukaże się już w czerwcu i może okazać się jednym z ciekawszych tegorocznych debiutów. W kategorii "muzyka do spacerów z psem” pewnie nawet zdobędzie pierwsze miejsce. –A.Kasprzycki
Liss pochodzą z Danii, ale nie spodziewajcie się tutaj nordyckiego chłodu i surowości, ale raczej ciepłych wibracji Steviego Wondera, George’a Michaela i Kenny’ego Logginsa. Po przesłuchaniu ich trzech dotychczasowych singli (każdy fajny na własnych prawach, szczególnie ciągnący z Prince’a i sophisti-popu "Try", moje top 1 przeoczeń zeszłego roku), jestem skłonny ochrzcić ich duńską odpowiedzią na inc., choć akurat "Sorry" najmniej napędza to porównanie. W zamian mamy przebojowe, uroczyste r&b z kilkusekundowym intro puszczającym oko do "The Most Beautiful Girl In The World", mocnym wejściem refrenu oraz pietyzmem i rozmachem na gruncie producencko-aranżacyjnym. Jeśli zapowiedziana na maj EP-ka utrzyma poziom singli, to ja nie mam pytań. –W.Chełmecki
To ja może – zamiast argumentować dlaczego Santigold na 99 Cents chciałaby być popową idolką miłośników Gang Gang Dance, a jest tylko takim-takim echem M.I.A. i Grimes – zajadę anegdotką: ostatnio odprowadzałem zajebanego jak szpadel najlepszego kumpla do domu. Przyjaciel gibał się na wszystkie strony, mylił kierunki i sylaby, omal nie zsunął się ze skarpy. Jako że miał też przy tym dobry humorek, umilał nam wędrówkę muzyką ze swojego Samsunga. Pod koniec drogi puścił Santigold, a właściwie ja puściłem na życzenie, bo akurat nie dawał rady trafić w ekran. Na pytanie co mu się w tym podoba, długo nie umiał znaleźć odpowiednich słów. Po dłuższej rozkmince zakomunikował w końcu: "nO boe to-tHHOo-to jest takiije sp-spokhhho". Koniec anegdotki. –W.Chełmecki
Od kilku ładnych lat out-of-the-box thinking w obrębie mainstreamowego drone metalu to domena amerykańskiego The Body. Duet z Portland przechodził już przez wszystkie etapy unifikacji ciężkiej muzyki gitarowej z innymi (zaryzykujmy określenia) eksperymentalnymi formami: począwszy od zespolenia majaczeniowych riffów z zarówno instrumentalnym, jak i generowanym komputerowo ambientem, przez noise (rock), hardcore punk, niskotonowy doom, czy ostatnimi czasy death industrial i power electronics. Przesuwający granicę muzycy zaliczali zarówno intrygujące wzloty (Christs, Redeemers, I Shall Die Here) oraz spektakularne upadki (xoroAHbin) i wciąż brakowało im definiującego dotychczasową tułaczkę albumu. Lukę tę planowali wypełnić "popowym" w ich rozumieniu No One Deserves Happiness. I rzeczywiście coś z podsumowania dziedzictwa w tym krążku jest. Przede wszystkim rezonuje w rejonach bliskich zeszłorocznemu The Tears Of Job, ale nie popełnia raz jeszcze błędu niezbyt przystępnego i nieproporcjonalnego podzielenia materiału na konkretne mikrokompozycje. Oprócz tego odświeża starą fascynację podniosłymi wokalizami, która kiełkowała w ich twórczości zaraz na początku kariery, na wysokości awangardowego All The Waters Of The Earth Turn To Blood, a także dalej eksploruje sludge'ową głębię spod znaku Thou.
Wszystko to składa się na całkiem sympatyczną śpiewaną industrialną całość, która śmiało mogłaby wpisać się w kanon nieortodoksyjnego post-metalu, gdyby nie wrażenie, że The Body potrafią wykrzesać z siebie jeszcze więcej i skompilować mniej chaotyczną, nie tak rwaną płytę, bo przecież wertując ich nie tak znowu obszerną dyskografię, na luzie wskazać można 6 utworów, które dużo lepiej zagospodarowałyby siedem minut, które roztrwoniło "Prescience". Goście podejmowali współpracę z zajebistymi personami, potrafią spłodzić naprawdę fenomenalne numery, ale brakuje im jakiejś produkcyjnej ogłady. Wypadałoby trochę zwolnić, nie bombardować trzema krążkami rocznie i może już czas zatrudnić koordynatora działań zbiorowych pokroju Kanye Westa? –W.Tyczka