Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Trzy lata temu jako bonus track do płyty #willpower nagrany został kawałek "Smile Mona Lisa". Dawne dzieje, ale zmuszeni jesteśmy do nich wrócić, bo właśnie ukazał się teledysk do nowej wersji tej piosenki. Numer powstawał podobno pięć lat, a Wikipedia wspomina o jakiejś reklamie Lancii, w której został wykorzystany w 2012, ale zbadanie tej zagadki pozostawię Sarze Koenig i reszcie ekipy z podcastu Serial, bo choć proces twórczy Williama Adamsa intryguje, to nie mogę nie wspomnieć o kilku absurdalnych cechach tego piosenkowego panoptikum. Pierwszym kuriozum, które nie pozwala na poważne traktowanie, jest teledysk (mimo wszystko fajnie zrobione, można ten efekt na pewno jakoś ciekawie wykorzystać), a są jeszcze przecież mruczanka Nicole, groteskowe wypowiedzi muzyka, jak i krótkometrażowy film dokumentalny, przedstawiający will.i.ama zwiedzającego Luwr (nie żartuję). A sama piosenka? Wojtek dosłuchuje się w bicie Dumonta i coś w tym z pewnością jest, ale trochę to zbyt nudne, żeby się nad tym pochylać. –P.Ejsmont
Pochodzący z Waszyngtonu indie popowy kwartet uraczył nas w tym roku sofomorem Mode, na którym wdzięcznie połączył senne melodie, leciutkie jangle popowe frazy i syntezatorowe smużki motywików. Z dziesiątki tracków znajdujących się na długograju nie bez powodu największe wrażenie zrobił na mnie "Dans Un Autre Reve". Już inicjacja snująca się jak Diogenes Club nagrywający dla Cascine przykuwa uwagę, ale pięknie robi się dopiero w dostojnym, rozgrzewającym serce romantycznym, sophisti żarem refrenie zaśpiewanym w damsko-męskim duecie. Jak dla mnie Brett mogliby skupić się wyłącznie na takim songwritingu, bo choć płytka jest sympatyczna, to i tak zwykle zatrzymuję się tylko na tym kremowym, nieprzyzwoicie powabnym, siódmym indeksie. –T.Skowyra
Od początków istnienia Odd Future, Domo Genesis zawsze był Zeppo Marxem tej grupy. Na tle wręcz karykaturalnie przerysowanych osobowości swoich kompanów, jawił się jako postać znacznie bardziej stonowana. Podczas porównań z komiksową krzykliwością dokonań rówieśników, jego twórczość była dość często odbierana jako mało ekscytująca. Jednak teraz, gdy słynny hip-hopowy konglomerat się rozpadł, okazało się, że siła Domo leży w konsekwencji. Ten 25-letni raper to bardziej rzemieślnik niż artysta z prawdziwego zdarzenia. Przez lata nauki poznał wszystkie podstawy swojego fachu i dopracował je do warsztatowej perfekcji. Na Genesis ten profesjonalizm widoczny jest w zgrabnie napisanych numerach opartych na ciepłych, neo-soulowych dźwiękach. Wśród nich, swobodnie dryfujący wokal Domo, w bezpretensjonalny sposób opowiada o swoich marzeniach, zwycięstwach i porażkach.
Oczywiście, że jest to wszystko bardzo przewidywalne, ale ta banalność sprawia, że w utworach, które znalazły się na tym albumie jest coś niesłychanie uroczego. Wszyscy wiemy, że Genesis nie jest w stanie dać światu kolejnego Goblina czy Earla. Natomiast możemy być prawie pewni, że żadna jego płyta nie zawiedzie tak mocno jak Cherry Bomb. Należy chwalić tych, którzy nie boją się artystycznej brawury, jednak trzeba też pamiętać o pracowitych wyrobnikach. Ich metodyczność objawia się w wydawaniu porządnych albumów prezentujących stały, równy poziom. –Ł.Krajnik
Można powiedzieć, że Loop The Loop to właściwy debiut Nathana Jenkinsa, bo trudno wepchnąć wielobarwną i podążającą własną drogą, stroboskopową kulkę You Drive Me To Plastic do kategorii regularnego longplaya. Po pięciu latach londyński soundnaper porywający drobne disco bibeloty i samplowy elektromagnes w prążki wychodzi na ludzi odżegnując się delikatnie od przeszłości, wciąż jednak nie w głowie mu stateczny tryb życia gdzieś daleko na prowincji. Teraz częściej wychodzi na powietrze, próbuje swoich sił w mikro-betabandowych pojedynkach z sobą samym, ale weekendy i tak przepędza na eleganckich dancingach przy szwedzkim stole. Tak to wszystko się kręci: nudy nie uświadczysz, statyka się nie wkrada, tylko uśmiech wciąż maluje się na twarzy. I na zmianę, dobrą czy złą, się nie zanosi. –T.Skowyra
Uśmiechnięta twarz spogląda na nas z kolorowej okładki, a złowieszczy tytuł głosi, że Father czuje się jak gówno. Jeśli czegokolwiek spodziewasz się po płycie, która przedstawia się w ten sposób, to prawdopodobnie trafiasz w punkt. Zmęczony, znudzony freak z Atlanty na swojej drugiej płycie rysuje nam obraz swojego życia pełnego bezwartościowego seksu i benzodiazepin. W przekonującym budowaniu tej wizji pomagają mu gościnnie występujące ziomki (między innymi iLoveMakonnen), a także specyficzna, laidbackowa produkcja po części przypominająca Odd Future z najlepszych lat, która w tym wydaniu jest anemicznym funkiem i obrzękniętym cloud rapem. Nie wiem, czy ten opis brzmi szczególnie zachęcająco, ale zaręczam – warto, bo słucha się tego świetnie. Nie sądzę, że w tym roku znajdę równie nieinwazyjny, leniwy, ale nie nudzący rap. Słuchajcie spowiedzi Ojca. –A.Barszczak
Parę chwil Lone był nieobecny, ale wraca we wspaniałym stylu – nowy utwór nie wykorzystuje raczej nowych sztuczek, ale nie szkodzi to jednak w żadnym stopniu, ponieważ te stare użyte są doskonale. "Backtail Was Heavy" bliżej raczej do Galaxy Garden niż do Reality Testing, co jest dla mnie dużym plusem. Najbardziej absorbujący w tym numerze jest oczywiście intensywny, rave'owy bit – być może najbardziej oldschoolowy w karierze brytyjskiego producenta. Jednak nie całość sprowadza się do łupanki; równie ważną rolę odgrywa tutaj rozpływająca się w boardsowych brzmieniach, atmosferyczna koda utworu. To yin i yang każdej dobrej wixy – ekstatyczne uniesienia i chwila zadumy. Nie ma co, Matt Cutler narobił mi smaka na kolejny album, którym mam nadzieję już niedługo! –A.Barszczak
Z triem King można było spotkać się, pośrednio co prawda, na Section.80, gdzie K Dot rapował na podkładzie utkanym z sampla "Hey" pochodzącego z debiutanckiej EP-ki girlsbandu (włączonego zresztą do rozkładu płyty). To był rok 2011, więc minęło sporo czasu. Teraz dziewczyny mają już cały album, który zdaje się, że trochę przepadł w natłoku premier. Zupełnie niesłusznie: We Are KING to zestaw marzycielskich jamów przywołujących natychmiast najntisowe r&b z Janet na czele czy rozleniwiającą atmosferę nagrywek Foreign Exchange, zaś w balladowych fragmentach słychać prince'owski fluid, a może nawet i coś z Jacko. Sprawdźcie, jak klawiszowy "The Greatest" z klasą pokonuje dance'owe dystanse, jak pięknie lśni jedwabny aranż epickiej ballady "In The Meantime" czy jak natchniony "The Story" zostaje z czasem przekształcany w dornikowy balet. A najlepiej sprawdźcie cały krążek, bo łapka w górę zostaje przyznana nie tylko przez wzgląd na moich trzech faworytów. –T.Skowyra
Za sprawą enigmatycznego duetu z wytwórni Drake'a, r&b w końcu wraca do dwóch cnót z którymi ten gatunek był zawsze kojarzony: subtelności i zmysłowości. W czasach gdy The Weeknd wpycha nam do głowy swoje hedonistyczne, halucynacyjne fantasmagorie, a jego poplecznicy dążą do przeobrażenia współczesnego popu w jak najbardziej surową i mroczną formę, dvsn to projekt stojący gdzieś z boku i pielęgnujący swoją autorską wizję. Doświadczanie tej płyty przypomina randkę w eleganckiej restauracji, którą umila zacne towarzystwo i dobry alkohol. Wysmakowane, delikatnie snujące się melodie są więc kompletnym przeciwieństwem proponowanego przez większość nowożytnych piosenkarzy, szybkiego seksu w brudnej klubowej toalecie. –Ł.Krajnik
Jej dyskografia nie wygląda na razie imponująco, bo to zaledwie kilka piosenek, bo i kariera trwa dopiero nieco ponad rok. Najnowszy utwór urodzonej w Oslo Norweżki może sprawić, że jej działania nabiorą rozpędu. Wraz z "Baby" Ania z Północy na dobre odchodzi od electro popowych inklinacji pojawiających się chociażby na "Oslo" i podąża w wyznaczonym na "The Dreamer", satynowo-synth-popowym kierunku. Co więcej, tym nowym songiem Skandynawka przekracza próg baśniowej krainy zanurzonej w malinowo-cyjanowej mgiełce oświetlanej ciepłymi, soft-rockowo-synthowymi lampkami. Wsłuchajcie się upojne melodie oraz w księżycowy refren i nie próbujcie walczyć z tą nocną, czarującą ceremonią dźwięków. –T.Skowyra
Przeczytałem kilka recenzji najnowszej propozycji Massive Attack i wciąż nie mogę zrozumieć, o co chodzi. Większość z nich podkreśla "powrót do dobrej formy", wspomina o dusznej atmosferze i ogólnie jest bardzo pozytywna. Błagam, przestańcie żartować. Soundowe operowanie emocjami składu z Bristolu w latach dziewięćdziesiątych było czymś z pogranicza magii. Było czymś tak autorskim, oryginalnym i nieporównywalnym z niczym innym, że do dziś coś zatyka w gardle, gdy odpali się Mezzanine, więc o jakim powrocie mowa? Te cztery tracki na Ritual Spirit są co najwyżej nieporadną próbą przywrócenia świetności czy nikłym nawiązaniem do wspaniałych czasów i Tricky lub pozostali goście w niczym tu nie pomogą. Wszystko zostało złożone w nieinwazyjną, "nowomuzyczną" kliszę skaczącą od Four Teta do Matthew Deara czy Bonobo. Szkoda, bo nic nie wskazuje na to, aby sytuacja poprawiła się na kolejnych nagrywkach MA. –T.Skowyra