Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Ależ Gwen mnie rozczarowała, normalnie "nie chce się wierzyć w głowie". Po bardzo fajnym "Make Me You" można było spodziewać się, że przynajmniej kilka indeksów utrzyma równie dobry poziom, ale niestety tylko nieliczne piosenki, jak na przykład opener "Misery", celujący wokalnie w Charli XCX, coś sobą prezentują. Pozostałe mogłyby męczyć się na plejlistach komercyjnych stacji radiowych poprzedniej dekady, jak reggae'owe "Where Would I Be?", albo męczyć się na współczesnych plejlistach, podpinając się pod majorlazerowe "klimaty", tak jak "Send Me A Picture", albo trapowe, jak "Asking 4 It" z Fettym. Takie rzeczy, jak dance-ballady bez krzty charakteru jak "Rare" pomijam. Generalna refleksja jest taka, że za mało tu popu w popie, a za dużo rozwlekłości i braku pomysłów. Czyli zawód, bo Gwen, co udowodniła nie raz, naprawdę stać na granie dobrego radiowego popu. Szkoda tylko, że tym razem zupełnie się nie udało. –T.Skowyra
Charlotte Lindèn Ercoli od jakiegoś czasu wrzuca sobie na SoundClouda swoje sypialniane nagrywki pomykające między chillwave'owym vibem, dyskretnym italo i delikatnym dream-popem. Najnowsza z nich, czyli "I Know You Love Me, But Do You Think Of Me, Romantically" może i jest trochę niedbale, lo-fi'owo sklejona, ale za to kojarzy mi się z jakimś bezbronnym popem Sally Shapiro czy wczesnej Annie, a nawet brzmi trochę jak zaspana Madonna z lat osiemdziesiątych. I nie chodzi tylko o wycofany, skryty w miękkiej powłoce wokal, ale ogólnie o przyjemny, senny drive wirujących synthów cedujący uroczy refrenik. Ciekawe, co w przyszłości wykluje się z tego niepozornego projektu, jakim jest Charles. Warto obserwować, bo coś czuję, że na jednym dobry tracku się nie skończy. –T.Skowyra
Skręt w stronę bardziej tanecznych klimatów Yumi Zouma zasygnalizowali już na swojej drugiej EP-ce, w utworze "Alena", a "Keep It Close To Me" potwierdza ten kierunek. Nowy utwór zespołu przypomina mi trochę muzykę duetu Sobcek, a trochę kawałki Sakanaction, gdyby odrobinę wyczyścić je ze stadionowości, bo akurat znak rozpoznawczy w postaci wszechobecnego eteryzmu pozostaje nietknięty. Brakuje mi tu jednak tej lekkości sklejania motywów i układania fajnych melodii, jaka charakteryzowała "The Brae", "Catastrophe" czy "Song For Zoe & Gwen", a będąc zupełnie szczerym, właściwie niewiele z nich pozostało. Nie o takie Yumi Zouma walczyłem, choć może to tylko mała obniżka formy. –W.Chełmecki
Kto nie słuchał Forever (Part II), ten ciapa, a już "Gone" to jazda absolutnie obowiązkowa. Zdaje się jednak, że dzięki All My Friends o Snakehips wreszcie usłyszy więcej osób, choćby ze względu na listę zaproszonych gości. W hymnicznym, niezwykle nośnym utworze tytułowym możemy usłyszeć Tinashe i Chance'a, wielowarstwowy, strapowany beat "Money On Me" zdobi swoją nawijką surfujący na fali wznoszącej Anderson.Paak, a w drake'owym "Dimelo" udziela się młodziutki, ale już nieźle rozpoznawalny Tory Lanez. EP-kę dopełnia wyluzowany, zadłużony w dorobku r&b zeszłej dekady i okraszony fajną linią basu jam "Falling" z Maliką na wokalu. All My Friends oceniam nieco niżej niż poprzednie wydawnictwo duetu, ale i tak polecam – wszak tak solidnego grania z pogranicza r&b i ościennego synth-popu nigdy za wiele. –W.Chełmecki
Muszę przyznać, że do tej pory jeszcze zdarza mi się zapętlić "No Type" i przy rozkręconej na full muzyce powtarzać za chłopakami "bad bitches is the only thing that I like". Zasadniczo dzięki chwytliwości tego kawałka dobrze pamiętam każdy moment na imprezach, na których ktoś już po paru kolejkach postanawiał zarzucić jakimś trapem. Teraz Rae Sremmurd co jakąś chwilę wypuszczają single promujące ich drugi album, który miałby być kontynuacją debiutu, co sugeruje jego tytuł – SremmLife 2.
Jakiś tydzień temu duet wrzucił do sieci "Look Alive". Liczyłam na kolejny energetyczny banger, a dostałam muchę zamoczoną w smole. Wokale Swae Lee i Slim Jimmy’ego są gdzieś w tyle, pojawia się jakiś pogłos, do tego ogólny nastrój jest raczej ponury. To już nie jest kawałek, który puszczony w środku nocy wywoła wyśpiewanie refrenu unisono, ale raczej piosenka na dzień po – kiedy kac męczy i brakuje nawet siły na kliknięcie "next". –A.Kania
Brytyjski duet AlunaGeorge nie ma ostatnio dobrej passy. Poprzednio na przeciętnym "I'm In Control" w nieudolny sposób wokalnie udzielał się Popcaan, tym razem przy produkcji pomagał Flume, a zespół notuje kolejny średni numer. Niezamierzenie śmieszny moment otrzymujemy przed pierwszym chorusem, kiedy napięcie dokręcane jest do maksimum, ale brzmi to tak, jakby George zasnął na chwilę nad swoim mikserem, przez co biedna Aluna w teledysku nie może ściągnąć skarpetki! Pierwsza połowa refrenu to ładna melodia wyśpiewana przez niezawodną Francis, ale już w drugiej części zaczyna męczyć niepotrzebnie pocięty podkład. Nie jest to na pewno aż tak irytująca propozycja jak wspomniana nagrywka z Popcaanem, ale do klasy singli z Body Music to w ogóle nie ma tu startu. –S.Kuczok
Największą siłą najnowszego tracka bliźniaczek Tegan i Sary jest kontrast zarysowany między dostojnie zaśpiewanymi, spokojnymi zwrotkami opartymi głównie na wolno płynących synthach, a mocno roztańczonymi refrenami, w których dziewczyny z pasją wyrzucają adresatowi tekstu nieuczciwe zachowanie. Po drugie, jak na perfekcyjny popowy singiel przystało, zabawa została skumulowana do niecałych trzech minut, przez co kawałek ani przez chwilę nie nuży. Dzięki temu "Boyfriend" właśnie awansował u mnie do ścisłej czołówki utworów kanadyjskiego duetu. –S.Kuczok
Naprawdę szczerze chciałem polubić Wyszli Coś Zjeść. Do 1985 również podchodziłem bez uprzedzeń, ale jednak z nowym krążkiem Rasmentów jest trochę tak, jak z ich poprzednim dziełkiem. To rap, który w trakcie odsłuchu nie wprawia w zażenowanie i nie epatuje nudziarstwem, ale już po kwadransie ciszy po odtworzeniu zamykającej album piosenki "Przerwa", ciężko jest się pozbyć wrażenia, że ostatnie dwadzieścia osiem indeksów spłodzonych przez duet w latach 2015-2016 to nienagannie wyprodukowane przypowieści o tym samym. Fenomen składu najlepiej oddaje parafraza fragmentu krótkiej piłki Tomasza Skowyry o ostatniej części tryptyku Moderat: "Rasmentalism są wręcz znakiem firmowym ALTERNATYWNEJ linii rapowego trójkacore'u, właściwie od dwóch lat grając ten sam repertuar oparty na para-obserwatorskich linijkach Rasa i coraz mniej soul-hopowych beatach Mentosa. Jeśli chodzi o mój stosunek do Rasmentalismu, to przyznaję, że z trudem przychodzi mi odróżnianie ich ostatnich trzydziestu kawałków, a wysłuchana płyta prędko wylatuje z pamięci. To może nie jest jakieś katastrofalne granie – jest tylko zwyczajnie monotematyczne i jakby oklepane. Dlatego niestety poddaję się przy słuchaniu sprawnie skleconych utworów, takich jak: «1985», «Jeszcze jeden kieliszek» czy «Wszyscy kłamią», ale wiem, że są tacy, którym skacze ciśnienie na wieść o kolejnej płycie i kolejnym przyjeździe duetu do ich wsi". –W.Tyczka
Ostatni przystanek Skepty przed Konnichiwą to techniczny nokaut (na gitarowym hooku "Regular John" Queens Of The Stone Age) spokojnie na poziomie "Ladies Hit Squad" oraz "That's Not Me". Może nie uświadczymy tutaj tej nośności, która cechowała agresywne "Shutdown", ale brytyjski raper jest na najlepszej drodze, aby w swojej kategorii strącić z tronu legendarny krążek Boy In Da Corner Rascala. W Boy Better Know nigdy nie było tak dobrze – podpisali Drake'a, przez co oficjalnie przestali być insajderską zajawką zrzeszającą najlepiej nawijające na Wyspach postaci (ok, gdzieś się zapodział rookie Stormzy), JME ustąpił miejsca bardziej charyzmatycznemu bratu i Skepta w UK rymuje już nie tylko w paśmie późnonocnym. Tylko dlaczego rewolucja trwała tyle lat? –W.Tyczka
Do Flaming Lips coverujących Bowiego podszedłem z całkiem pozytywnymi oczekiwaniami – z połączenia tak wybitnych muzyków powinno przecież powstać coś dobrego, nie? Niestety, po rozpoczęciu odsłuchu uderzyło mnie poczucie zbędności całego przedsięwzięcia. To przecież po prostu znane każdemu doskonale "Space Oddity" odziane w nowocześniej brzmiącą produkcję, która jednak nie sili się na jakąkolwiek próbę skłonienia słuchacza do odkrycia kawałka sprzed prawie 50 lat na nowo. W momencie piosenkowego zakończenia odliczania zacząłem się łudzić – może teraz cover naprawdę się zaczyna? Tak się nie stało. Flaming Lips sprytnie podczepili się pod śmierć Bowiego, składając mu bezpieczny hołd, który nikogo nie powinien urazić. Sukcesu artystycznego jednak nie stwierdzono. –P.Ejsmont