Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Oho, widzę, że "Give U The World" to nie była jednorazowa akcja i damsko-męski duet XXANAXX znalazł zupełnie inną, o wiele ciekawszą drogę od tej, którą znaliśmy z debiutu. Zamiast nudnego klepania bitów postawił na więcej przestrzeni, popracował nad układem refrenów i bez żadnych skrupułów zaznajomił się z nowinkami i nowoczesnym graniem popu. Dowodem tego jest wydany jakiś czas temu "Meltdown". I choć może nie jest to piosenka spełniająca moje marzenia, ale wyraźnie czuć, że przebojowość refrenu nie jest wymuszona, a i cały kawałek nie jest nużący, tylko naprawdę niesie za sobą coś wartego uwagi. I bardzo mnie to cieszy, ponieważ nowe otwarcie przy okazji albumu numer dwa może przynieść wiele dobra. Trzymam kciuki. –T.Skowyra
Gdzie jest George? Jasne, niby wszystko jest ok, ale coś tu naprawdę nie gra i to od dłuższego czasu. Wygląda na to, że Aluna została jakby sama na placu boju i dwoi się oraz troi, żeby coś ugrać. Współpracuje z kim tylko może, żeby jakoś ciągnąć wózek pod nazwą AlunaGeorge, ale niestety nie są to próby pokroju przebojów z Body Music, tylko niezbyt błyskotliwe songi brzmiące jakoś przypadkowo, bez ciekawych pomysłów, no i przede wszystkim bez hooków, które są niejako esencją popu. Jasne, ten nowy "My Blood" może i jest dość poprawnie wyprodukowany, ale tak właściwie to dla kogo jest ta piosenka? Kto będzie tego słuchał? Przypadkowy, masowy odbiorca? Pewnie tak. Więc George, daj jakiś znak i zrób coś, bo nie o taki sofomor AG walczyłem i wciąż walczę. –T.Skowyra
Nieoczywiste hołdy zawsze spoko, dlatego pamiętając kameralny występ D'Angelo u Fallona dziś zrobimy sobie dobrze przy próbie naszego ulubionego slackera. "It's Gonna Be Lonely" to jeden z pierwszych wielkich momentów Prince'a w moim osobistym katalogu, więc tym bardziej ucieszył mnie ten wybór. DeMarco pozostał wierny oryginałowi w kwestiach aranżu, może chwilami nieco przesadził ze swobodą ekspresji wokalnej, ale ani przez moment nie zniosło go w stronę karykaturalnego przegięcia. "No i fajnie!". –K.Bartosiak
"Confetti to przestrzenne dźwięki i krótkie historie o otaczającej nas codzienności. Cztery różne osobowości, cztery różne spojrzenia na muzykę i mnóstwo pomysłów stanowi odzwierciedlenie nazwy zespołu" – jakkolwiek miałko i oklepanie nie brzmiałby ten opis grupy na bandcampie, wygląda na to, że w stolicy powstał zupełnie nowy zespół, który celnie trafia na listę rodzimych wykonawców gitarowego popu. Czy ktoś wie, co się dzieje z Crab Invasion? Czekam i czekam na nowy materiał i nic, ale w sumie taki "Lunatyk", może być całkiem niezłym substytutem Crabów z czasów Extend Your Life (w dodatku w polskojęzycznej odsłonie). Poza "Lunatykiem" na EP-ce znajdziemy tylko dwa inne utwory, czyli "Przyjdzie Taki Dzień", gdzie mówiąc w skrócie panowie zdradzają chęć "żeby każdy na juwenaliach ich znał, żeby małolatki krzyczały łaaał" i "Nuda", którą poza tekstem wyraża tykająca gitara i ogólny brak szczególnego pośpiechu. Pierwsze wydawnictwo Confetti pozostawia pozytywny niedosyt, bo po zaledwie trzech utworach ma się ochotę na więcej, a widać, że Warszawiacy mają szansę zaskoczyć nas swoim Terroromansem, czego oczywiście im życzę. –A.Kasprzycki
Kiedyś na wuefie bywałem bramkarzem. Raz, gdy chciałem przerzucić ciężar gry na drugi koniec boiska, niestety źle ułożyłem stopę i piłka po uderzeniu z całą siłą odbiła się od twarzy stojącego 5 metrów ode mnie kolegi. Niby wcześniej sam o nią prosił, ale wyszło jak płyta Babyfather – czyli niezbyt. BBF Hosted By DJ Escrow nie należy do najlepszych wydawnictw na koncie Deana Blunta. Ciężko znaleźć naprawdę dobre momenty, bo jeśli nawet istnieją, to są drastycznie przyćmione przez te irytujące, jak chociażby trzyczęściowe "Stealth" z jednostajnie powtarzanym "This makes me proud to be British".
Nie wyobrażam też sobie sytuacji, że ponownie włączam całość i nie pomijam pięciominutowego intra. We wszystkich 23 numerach większość sampli w ogóle nie komponuje się z resztą, przez co wydaje mi się, że nie są pełnoprawną częścią albumu, a przypadkowymi dźwiękami, które włączyły się na innej karcie przeglądarki. Do tego mamy zbyt dużo pozycji skitopodobnych - w pierwszym rzędzie stawiam tu noisowe "PROLIFIC DEAMONS" brzmiące jak monolog Philipa z South Park nawinięty pod odkurzacz przemysłowy. Płyta jest zdecydowanie za długa i chyba nie ma niej choćby jednego utworu do którego chciałbym jeszcze wrócić. Paradoksalnie najlepiej wypada i tak słaby singiel "Meditation". –A.Kasprzycki
Na ten moment pogoda w Warszawie taka jak mina Pepa Guardioli po przegranym meczu z Atletico, czyli krótko mówiąc beznadziejna. Nie włączajcie zatem Potential – drugiego albumu figurującego pod pseudonimem The Range Jamesa Hintona w takich okolicznościach przyrody, ale poczekajcie na cieplejsze dni, bowiem "ładność” muzyki Amerykanina powinna idealnie wkomponować się w prawdziwie wiosenny klimat. Inna sprawa, że producent nie proponuje nam niczego nowego. Klimat wczesnego The Streets daje o sobie znać w rozpoczynającym wydawnictwo "Regular", zapożyczone od Four Teta ciepłe IDM-owe patterny przecinają na wskroś hip-hopowe i soulowe wokale (weźmy chociażby "Floridę" oraz "Five Four"), a i gdzieniegdzie wjedzie wsparty nawiązaniami do house’u oraz grime’u nostalgiczny electropop. Znamy takie historie doskonale, ale nie sposób nie ulec subtelności i zwyczajnemu urokowi tych jedenastu kompozycji. Czasem i to wystarczy, by być usatysfakcjonowanym. –J.Marczuk
Japońskie śniadanie jest lekkostrawne, ładnie podane i nawet całkiem smaczne. Niestety brakuje w nim wyrazistych przypraw, które nadałyby mu intensywniejszego smaku. Konsystencja poszczególnych składników jest aż nazbyt łagodna, przez co dokładniejsza degustacja może zakończyć się jedynie wzruszeniem ramion. Szef kuchni postanowił zaserwować szybką przekąskę, przyrządzoną z dobrze znanych produktów. Efekt końcowy jest przyjemny, ale brakuje w nim ekscytującego momentu zaskoczenia. Da się to pochrupać i poprzeżuwać, jednak o pełnym nasyceniu można tylko pomarzyć. –Ł.Krajnik
Antoni Maiovvi to brytyjski producent, którego dorobek cechuje eightisowa nostalgia, ukształtowana przez zauroczenie syntezatorowymi ścieżkami dźwiękowymi kultowych horrorów klasy "B". Konsekwencja w doborze inspiracji została jednak nieco złamana na jego najnowszym albumie. Pod tajemniczym szyldem Pleasure Model, kryje się coś znacznie bardziej intrygującego niż okołocarpenterowskie pastisze. Dostajemy bowiem płytę będącą brzmieniową reprezentacją technologicznego chłodu XXI wieku. Znajdujące się tu kompozycje wypełnione są metalicznymi dźwiękami, które w obrazowy sposób szkicują wizję cyberpunkowej dyskoteki. Syntetyczne twarze androidów połyskują na tle stroboskopowego blasku, a ich nienaturalnie poruszające się sylwetki drżą do rytmu pulsującego, industrialnego akompaniamentu. Obsesyjna repetycja w hipnotyzujący sposób atakuje zmysły, zaś unoszący się nad całością beznamiętny ton, świetnie pasuje do antyutopijnej wizji mechanicznego świata przyszłości. Idealna propozycja na wieczór poświęcony pielęgnowaniu swojego uzależnienia od internetu. –Ł.Krajnik
Tę koleżankę możecie kojarzyć z duetu Sonnymoon, choć idę o zakład, że znacie ją raczej z gościnnych występów u K Dota. No i dobrze, ale jak sami widzicie wciąż jej mało, dlatego Anna Wise postanowiła uruchomić swoją solówkę. I na razie tak: w swoim pierwszym singlu "Precious Possession" zbliża się do Jamesa Blake'a czy FKA twigs, natomiast w "BitchSlut" bardziej przypomina pierwsze, bardziej rapowe numery Charli XCX. I choć oba całkiem fajne, to jednak tę mikro-batalię wygrywa ten ostatni, a to za sprawą sprytnej melodycznej linijki i w sumie dość porządnego refrenu. Wydaje się więc, że dziewczyna wie, co robi, a w dodatku ma ciekawych znajomych, więc kto wie, co wykroi w przyszłości. Na razie pierwsze kroki wyglądają obiecująco. Czekam na podkręcenie tempa na jakiejś EP-ce, a najlepiej na długograju. –T.Skowyra
Cellars to projekt mieszkającej w LA Alle Norton, która fascynuje się ejtisową dekadą w popie z electro oraz synth-popem i italo na czele. Jej debiut Lovesick doskonale to odzwierciedlał, bo w końcu brzmiał jak coś z pogranicza Ladytron czy Client. Na szczęście urodzona na początku lat 90. Alle szybko zareagowała i za produkcję sofomora Phases odpowiada sam Rosenberg (a lista gości na krążku również daje radę – m.in. Dâm-Funk, koleś z HEALTH czy koleś z Shabazz Palaces). Nie bez powodu, ponieważ Norton wyraźnie porzuciła plastikowy sound na rzecz szlachetnych klawiszowych melodyjek i równie eleganckich, wzniosłych refrenów – oczywiście wszystko rozgrywa się na ejtisowej płaszczyźnie.
Polecam uwadze zwłaszcza stęskniony, nocny synth-dance "Do You Miss Me?", błyszczącą jak perłowy naszyjnik, soft-rockową balladę "Still In Love" lekko przywołująca Fleetwood Mac, lekko Prince'a (wciąż trochę do mnie nie trafia, że już go z nami nie ma...), mocno czerpiący z debiutu Madonny "I'm Feeling" i wreszcie naznaczony piętnem "Black Balleriny", opatrzony wkręcającym się hookiem "Nighttime Girl". Phases pozostawia jednak mały niedosyt, bo to mogłaby być płyta rozsadzająca ten rok, a trochę jej jednak brakuje. Ale to nic, bo i tak Alle z pomocą ziomków wyczarowała całkiem urzekającą kolekcję, którą musicie sprawdzić. –T.Skowyra