Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Nie tego spodziewałem się po dziesiątym regularnym wydawnictwie Wilco. Tytuł i okładka sugerowały raczej jakiś album-żart z ironicznym humorem podstarzałego nauczyciela, za to Tweedy zaserwował nam w zdecydowanej większości wyciszoną wycieczkę w przeszłość, w której dowcip pojawia się od wielkiego dzwonu. Płyta znacząco różni się również od ostatniej propozycji Amerykanów. Na Star Wars przesterowane gitki cięły w każdą stronę, na Schmilco Tweedy z rzadka odstawia swojego akustyka. Po łagodnym, nostalgicznym starcie, rozruszać próbuje nas galopująca perkusja w "Cry All Day", ale tak na dobrą sprawę pierwszym ciekawszym utworem jest "Someone To Lose" z tańczącym basem w zwrotce. Takich momentów na płycie jest jednak zdecydowanie za mało (jeszcze obiecujący, ale jakby niedokończony "Locator") i przez większość czasu Wilco jadą na własnych, sprawdzonych, alt-rockowych patentach, co nawet przy zwartym, półgodzinnym albumie trochę nudzi. –S.Kuczok
![]()
−T.Skowyra
Ostatnio pisałem o Justice, a teraz przed wami kolejny, znacznie mniej znany duet z Francji, czyli panowie Simon Mény i Pierre Rousseau kryjący się pod nazwą Paradis. Ich debiut sprawia wrażenie zgrabnej stylistycznej kompilacji, bo podczas słuchania Recto Verso wciąż ma się wrażenie, że gdzieś już słyszało się tę barwę syntezatora albo zna się skądś ten motywik. Niemal na całej długości słychać ciepłe pady Junior Boys z okolic So This Is Goodbye, da się wychwycić charakterystyczną motorykę i koloryt Diogenes Club (tytułowy albo "Miroir (Deux)"), znalazło się miejsce dla melancholijnego trip-hopu ("Quand Tu Souris" lub "Miroir (Un)"), a na przeciwnym biegunie odnajdziemy zrytmizowany flow podebrany od Sally Shapiro ("Paradis (Reprise)"). Natomiast moje dwa ulubione indeksy to zabarwiony disco polowym sznytem, dostojny "Toi Et Moi" oraz mknący na najbardziej nośnym refrenie "Garde Le Pour Toi".Generalnie jest to przyjemny, momentami jesienny, momentami taneczny, klawiszowy pop niezłej próby. Problem polega na tym, że kolesie nie potrafili znaleźć własnego muzycznego języka i czasami przeginają z długością pętli, co wynika z niezbyt imponującego, ale jednak solidnego songwritingu. Mimo to propozycji Francuzów słucha mi się znakomicie – w końcu obecnie mało kto leci w takie granie. –T.Skowyra
U Katie Dey bez zmian. Rok po premierze doskonale przyjętego bandcampowego debiutu asdfasdf, hipnagogiczna księżniczka postanowiła pójść za ciosem i wypuściła kolejny pokręcony materiał utrzymany w duchu DIY bedroom popu z drugiej setki najczęściej odtwarzanych w tym miesiącu na SoundCloudzie piosenek. Na Flood Network nie brakuje gitar, ciepłego glitchu, ledwo słyszalnych linijek i niezrozumiałych elektronicznych figur. Wszystko 100% lo-fi – ale nie z przymusu, a z wyboru. Niestety dłuższy materiał ma ten mankament, że każda kolejna minuta obniża tę cholerną siłę rażenia, którą epatowała zeszłoroczna krótkograjka. Stanęło więc na tym, że u Dey można się zachwycać niesłychanym wyczuciem (bo mianem "etatowej songwriterki" takich zjawisk się nie nazywa) w dadaistycznym wyklejaniu tych gatunkowych mozaik, ale bez treściwych, skondensowanych quasi-singlowych petard, do spotkania artysta-słuchacz może dochodzić nieco rzadziej niż raz w miesiącu. –W.Tyczka
Niech was nie zwiedzie refleksyjny opener: The Divine Feminie to album pełny popułudniowego chillu, ciągnący się leniwie, choć leniwie na innych zasadach niż znakomite The Sun’s Tirade Isaiaha Rashada. Mac Miller podczas krótkiej przerwy wydawniczej przeżył najwyraźniej duchowe oświecenie, bo niezależnie czy to medytacyjny, 8-minutowy tasiemiec DJ-a Dahi ("Cindarella"), post-gospelowy kolaż ("Stay"), czy opowieść życia losowej staruszki ("God Is Fair, Sexy Nasty"), z tracklisty sączy się festiwal pozytywnych wibracji, tak innych niż schizowe rozkminki o latającym ptaszku z Watching Movies…. Nie będę was okłamywał: w tym miesiącu pojawiło się kilka lepszych wydawnictw z kręgu hip-hopu i księstw przyległych, ale warto dać też szansę temu sympatycznemu białasowi o wiecznie zjaranych oczach – The Divine Feminie to bowiem doskonała odtrutka na wrześniowe, końcowoletnie zblazowanie. –W.Chełmecki
Eeeej, naprawdę lubię tych zdolnych wariatów. Jakiś czas temu chwaliłem ich pierwsze single i dopatrywałem się wpływów Steely Dan. Teraz, gdy pojawił się "Who's Got You Singing Again", mogę tylko powtórzyć swoją opinię: PREP muszą kochać płyty Fagena i Beckera, co słychać w kompozycyjnej warstwie piosenki (wiadomo, harmoniczna elegancja, a już to charakterystyczne "zaznaczenie terenu" na 1:43 nie pozostawia złudzeń). Poza tym ogarnijcie, jak bardzo to jest ICH kawałek – imponują mi tym, że nie mając nawet płyty potrafili wykreować swój własny, rozpoznawalny, wyluzowany styl (PREParowany sophisti-funk?). Plus potrafią pisać tak zajmujące refreny, że wsłuchuję się jak zaczarowany. No i te fletowe igraszki jak z rajskiego ogrodu, w którym karty rozdają Cardigans... Eh, dajcie mi ich longplaya (bo z 4-utworowej EP-ki Futures, która ukaże się w październiku, znam już trzy wałki :| ), bo zapowiada się wyśmienite granie i oficjalne, zaszczytne miejsce wśród naszych ulubieńców w rodzaju Jensenów, KNOWER czy Inc. Serio serio. –T.Skowyra
Okryty chwałą po Summertime '06 Vince, teraz znajdujący się w innym świecie, mentalnie, choć chciałby inaczej, ciągle tkwi w tym samym miejscu. Może teraz jeszcze łatwiej mu się zdystansować od brudnej przeszłości, ale nie odetnie się od niej nigdy. Opowieść trwa dalej. Enigmatyczno-dokumentalny styl został zachowany, DJ Dahi i No I.D. dalej siekają ponure i skostniałe bity, a James Blake, który do nich dołączył jedynie delikatnie zmienia ton wyrazu całości. Przez sample Andrzeja 3000, gitarową solówkę, absolutnego wymiatacza w postaci "Loco" i całą resztę z tej muzyki wydziela się okrutnie przykry nihilizm i rezygnacja, ale bez gimnazjalnych proweniencji. Staples to chłopak, który za wcześnie zezgredział, ale obrazy które dzięki temu maluje fascynują, miast odpychać. Co prawda Prima Donna nie sięga wyżyn zaprezentowanych na genialnym debiucie, ale nic to nie szkodzi, a mimo że nasz bohater mówi "sometimes I feel like giving up" to czuję, że to jeszcze nie koniec. Do zobaczenia jeszcze raz na Poppy Street. –A.Barszczak
Preoccupations (były Viet Cong) w posępnym post-punkowym klimacie wydaje swoje pierwsze/drugie self-titled. Nowa nazwa, stara twarz, jakość i muzyka prawie taka sama. Pierwsze skrzypce gra jak zwykle brud przesterowanych gitar wymieszany z neurotyczno-depresyjną ekspresją. Pod powierzchnią, całość szczelnie wypełniona zostaje okołonoise'ową i eksperymentalną strukturą, która silnie scalona z klasycznie brzmiącymi utworami, skutecznie potęguje gęstą atmosferę zaszczucia i izolacji. Wysoce skondensowana faktura, może czasami burzyć czytelność utworów, a wspomniana fuzja momentami wpada w chaos, tworząc na gruncie jednego utworu schizoidalne rozdarcie na niezależne od siebie ścieżki, ale czy poetyka takiego dysonansu nie jest tym czego od gości oczekiwaliśmy? O dziwo najbardziej przystępnie wypada tu trzyczęściowy, epicki jak na standardy gatunku, 11 minutowy "Memory", czy też bardzo przyjazne jednominutowe miniaturki, jednak z czasem bledną w konfrontacji z ciekawszymi wychodzącymi poza ramy konwencji, pozostałymi płytowymi kawałkami. Po przebiciu się i przyjęciu drugiego strzału ponownego przesłuchania, z ułożoną już na spokojniej całością, Preoccupations wymiata i zmusza, gdy da mu się szansę, do stałej kilkugodzinnej repetycji (KP to KP – ale ostatecznie 6.8). −M.Kołaczyk
Jak robić najmiększe piosenkowe core'y, to tylko z Bradem Woodem. Legendarny w midwestowym światku producent raz jeszcze, po datowanym na rok 2014 Is Surivived By postanowił wziąć odpowiedzialność za ostateczny kształt albumu emigrujących dziś z Deathwish do Epitaph Records Kalifornijczyków z formacji Touché Amoré i raz jeszcze finalny efekt jest bardziej niż zadowalający. Amerykańscy hardcore'owcy na Stage Four plasują swoje brzmienie dokładnie pomiędzy agresywniejszym skramz z debiutu, melodyjnym pop punkiem z poprzedniczki (25.09.2013, "Harbor", 2:17 – pamiętamy), a konsekwentnie podpierdalaną od ascendentów stylówką. Chłopcy nie pozwalają się rozryczeć z bezsilności nawet pomimo przejmujących tekstów wykrzyczanych przez żegnającego się ze swoją niedawno zmarłą na raka matką Jeremiego Bolma, ale też żadne z tego hulanki pokroju Modern Life Is War. Mają w sobie jednak coś ujmującego, gdyż żadnej z ich płyt nie da się nie lubić, nie czerpać choćby najmniejszej przyjemności z obcowania z tymi melodiami. Podsumowując: no ślicznie zagrali w tym roku ci nasi core'owi Green Day, no ślicznie! A końcówka "Skyscreaper" to spokojnie level ekspresyjnej końcówki "Satellite" Loma Prieta. –W.Tyczka
Nie będę owijał w bawełnę – z d&b nigdy nie było mi specjalnie po drodze, znaczy się – może i byłoby, ale nie miałem nawet większej okazji tego zmienić, przekonać się o tym. Wtem, całkiem przypadkiem, natrafiłem na Mellow Vibe i muszę przyznać, że żałuję swojej wstrzemięźliwości. Pod aliasem DJ Zozi, kanadyjska producentka, znana wcześniej jako D. Tiffany wysmażyła, ponownie pod egidą 1080p, świetny, zwarty materiał, który zrzuca okowy outsider house'u i rzuca się rozkoszne fale, rozmarzonego, sennego jungle. Nic nie poradzę na to, że te dwadzieścia minut najbardziej kojarzą mi się z beztroskimi czasami grania po nocy w pierwszy Unreal Tournament. Ilekroć słyszę tytułowy track, przed oczami stają mi dwa zamki zawieszone w przestrzeni z mapy "Facing Worlds". A z moich ust trudno o lepszą rekomendację. –A.Barszczak