Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
O ile na “Un Rêve A Deux”, jeśli w ogóle, Tonique’a diametralne formowanie nowego języka french disco raczej nie interesuje, to stara się on z niego wycisnąć wszystko to co daje poczucie nośności. Jego przepis na lekkie disco française wykorzystuje znajomy bas, cięte gitary, pętle akordów i leniwą bujankę, odświeżając te elementy tak, by nie odstawały metryką na dzisiejszych plejlistach. I to w zasadzie tyle, chociaż nie można nie zauważyć, że nowa EP-ka rezygnuje z totalnej przebojowości i czerpania wprost z daftpunkowych schematów vide “Near You”. Sakramentalny przebieg kompozycji się nadal zgadza, ale działa tu na nieco lżejszych obrotach. Z tanecznego rytmu obok pauz w zwrotkach wymyka się w szczególności mrukliwy mostek, dzięki któremu ta ospała francuszczyzna nabiera jeszcze więcej wmontowanej popołudniowej blazy podyktowanej przez wokalistkę. I chociaż nie ma tu żadnych zadatków na sen, nad plażą lekko się chmurzy. –K.Pytel
Po kilku sekundach, gdy usłyszałem wokal Romy, pomyślałem sobie, że teraz główną inspiracją xx są Everything But The Girl (zwłaszcza, że pamiętam singiel z ostatniej płyty Jamiego), jednak to tylko wrażenie przy pierwszych sekundach. W dalszej części "On Hold" górę bierze właśnie Jamie XX wykręcając solidny pod względem rzemieślniczym, roztańczony beat, który spokojnie mógłby znaleźć się na jego In Colour. Natomiast od fragmentu na wysokości 2:03 wkrada się ta ostentacyjna, songwriterska przeciętność xx – to nawet nie jest Cocteau Twins dla ubogich, może jakiś gest solidarności z fanami Beach House? Nie wiem, w każdym razie londyńskie trio wciąż nie jest w stanie nagrać kawałka w pełni udanego (nie pomogły nawet sample z Hall & Oates), ale cieszy fakt, że przestali przynudzać po całości. Zawsze coś. –T.Skowyra
No grubo panowie, nie powiem. 4 minuty jakiś mroczny łucznik z nożem ściga przez leszczyny pannę w rytm dramatycznej nawijki rapera w piżamie, aby wszystko, co skumulowało się w tym absolucie, eksplodowało w patetycznym refrenie Wiśniewskiego, wizualnie oddanym za pomocą pełnego tęsknoty wzroku emigranta próbującego dostrzec nim − Polskę. Nie ukrywajmy, kto w tym ultra ważnym projekcie jest najciekawszy. Wiśniewskiemu jako artyście można zarzucić wiele, jednak postępujący geometryczny progres jaki robi w wypuszczanych co roku solowych kawałkach to jest niepojęty fenomen zasługujący na tkliwe wyróżnienie. Koleś na skraju wypalenia daje taki absolut (tak, dwa razy w jednym akapicie umieszczę to słowo, bo w końcu zasłużył), w 4 minuty (trochę) przebijając "filiżankę", blokując podium wielce szlachetnego gatunku piosenki-chujowej, wydawałoby się, że na całą dekadę, gdyby nie to, że zrobił to już dwukrotnie na przestrzeni ostatnich lat − szacun.
Cokolwiek tu dodam to i tak wyjdzie płasko, więc wkleję prywatę, bo bardziej od jakości, obuchem w potylicę, bije mnie siła reminiscencji tego kawałka i samego Michała, dzięki któremu za szczeniaka porzuciłem katowanie Honoru. Obczajcie ”Moje Serce Bije Z Prawej Strony”, nie wiem czy za wklejanie tego nie grozi sztuma, ale abstrahując od tego, fakt że te zaśpiewy tak płynnie scalały się z sobą, było wystarczającym dysonansem poznawczym, aby skutecznie zejść ze świetlistej drogi białej Europy. Szczere dzienks Michał. −M.Kołaczyk
Z "Chantaje" mam mały problem, bo z jednej strony to klasyczna Shakira, czyli jakby nie patrzeć – drętwy latino-pop, Wojtek rzucił określeniem "post-reggaeton" (znamienna obecność Malumy) dzięki temu spojrzałem na ten kawałek z nieco innej perspektywy i od razu uruchomiło mi się skojarzenie z wczesną M.I.A., a od niej wcale nie tak daleko do Major Lazer.
Niewątpliwie Shakira chciała upakować w jednym tracku wszystko to co w tym sezonie modne, czyli głównie inspiracje "muzyką świata" rodem z "Lean On" (doniosłość sukcesu tego utworu, to jak przeorał mainstream – do gruntownego zbadania), ale bliżej jej do Iglesiasa i Fifth Harmony. W "Chantaje" nudny, kliszowy refren zlewa się ze zwrotkami, aczkolwiek wyróżniłbym kilka detali, jak np. 2:15-2:22, wokalne eksperymenty w tle czy outro. Autorskie podejście Shakiry do modyfikowania ścieżki wokalu na podkładzie z coraz bardziej modnej world-music lub – jak kto woli – reggaetonu (który jednak trudno odróżnić od poprzednich kawałków Kolumbijki) jako jej nieco kuriozalna, ale mimo wszystko chlubna próba nadążania, to jakiś tam pozytyw i tak dużo więcej niż mogłem się spodziewać. –J.Bugdol
Ze świecą szukać drugiej metalowej kapeli, która posiadałby taki środowiskowy street credit pomimo tylko trzech EP-ek na swoim koncie i wciąż mocno undergroundowego statusu. Szwajcarski Bölzer zasłynął tym, że tchnął zupełnie nowego ducha w najnudniejszy odłam ciężkiej muzyki gitarowej – death metal. Gatunek tak skostniały, niezajmujący i wtórny, że od biedy nawet techniczne koniobijstwo podstarzałych thrashowców wydaje się być ciekawszym towarzystwem na sobotni wieczór. Stąd wielkie chapeau bas dla duetu, który mimo genre'owej nieprzystępności i progresywnego podejścia do ograniczonej materii, wieścią o swoim debiutanckim długogrającym materiale potrafił zelektryzować nawet najbardziej konserwatywnych sceptyków z metalhammerowym mindsetem uchowanych na treściach ze świętej pamięci Brutal Landu. Jednak czy obdarty z kontekstów Bölzer sprostał wyzwaniu i wraz z Hero dołączył do wąskiego grona zespołów klasycznych w po-metalu? I tak, i nie. Z jednej strony wszyscy spodziewali się pędzącego sczerniałego death metalu z wachlarzem wwiercających się w głowę przebojowych riffów, jak to miało miejsce na krótkogrającej Aurze, a z drugiej każdy doskonale zdawał sobie sprawę, że odcinanie kuponów i granie "tego samego inaczej" może skutkować twórczym zapętleniem, którego doskonałym przykładem jawi się najnowsza dyskografia Megadeth.
Szwajcarzy wybrali opcję bodaj najbezpieczniejszą i dla ich kieszeni najekonomiczniejszą – postawili na sprawność przesuwających się po gryfie palców KzR-a, ale jednocześnie bogato suplementowali swoje kompozycje eterycznymi death doomowymi rozwiązaniami budującymi przez zmienność tempa (a jakżeby inaczej) przaśne quasi-post-rockowe suity. Ponadto dużo tu "białego śpiewu" na modłę "mastodonowskiego" pop-metalu, co mając w pamięci "lo-firystyczne" black'owe zakusy wokalisty drużyny, brzmi dość egzotycznie, by nie powiedzieć groteskowo-patetycznie (vide ostatnie hymniczne frazy w zamykającym album " Atropos"). W ogólnym rozrachunku przystępny i zachowawczy Bölzer jednak wygrywa. Nie wiadomo tylko, czy aby nie dlatego, że próżno na death metalowej scenie szukać jakiejkolwiek świadomej konkurencji, bo drugiego gamechangera pokroju Aury to oni z całą pewnością dzisiaj nie nagrali. –W.Tyczka
Koen Holtkamp – połówka zakotwiczonego w stajni Thrill Jockey duetu Mountains – nagrał dwuczęściowy, elektro-akustyczny kolaż, rozkoszną popową suitę zaklętą w eksperymentalną formę. Pierwsza część Voice Model jest gęsta i przytulna, niezwykle harmonijna, subtelnie podszyta mądrością indyjskich rag; druga natomiast zdecydowanie bardziej chaotyczna, nadgryziona robotyczną neurozą i zwieńczona statycznymi, zadłużonymi u Fullertona Whitmana medytacjami. W teorii obu można słuchać osobno, ja jednak sugerowałbym zachować porządek zaproponowany przez autora: te dwie zbalansowane, komplementarne scenki stanowią bowiem swoiste yin i yang paraleli życia, jaką Holtkamp zdołał utkać w tym kwiecistym, nieco ponad trzydziestominutowym wydawnictwie. Voice Model to treściwa, szalenie wciągająca płyta dla każdego, kto ceni sobie twory ambientopodobne w przystępniejszym ujęciu. –W.Chełmecki
Ja pieeeerdooooooole, jaka drętwa ta nowa Metallica. Trzeba zacząć od tego, że w ogóle trudno przesłuchać cały ten cały Hardwired... To Self-Destruct – po co nagrywać tak zupełnie pozbawione kreatywności, w opór schematyczne i zwyczajnie nudne płyty? Że niby riffy fajne? No dobra, przez 15 sekund każdego kawałka może i jest ok, ale czego mam słuchać przez pozostałe 75 minut? Że niby wciąż jest to słynne zaciąganie Heidfelda (jeeeeeheeeejaaaaaaa!!)? Nie no, daję sobie spokój, nic mądrego nie wymyślę jeśli chodzi o plusy tej totalnie zbędnej płyty. No i jeszcze koszmarna okładka, która już zapisała się w "historii Internetu". Prawie osiemdziesiąt minut beztreściowego, hardrockowego onanizmu to dla mnie zdecydowanie za dużo. –T.Skowyra
Od pierwszej sekundy Eternally Even rozpuszcza słuchacza w roztworze oldschool-psychodelii połączonej z funkującą podbudową. Kolejny solowy Jim James to bardzo miła, przyjemna i nie śpiesząca się nigdzie robota. Muzyczny slow motion w praktyce, składający się z wielopoziomowych, rozmytych krajobrazów, których różnorodność budowana jest na sporej baterii instrumentów i zabiegów formalnych. Te drugie niestety od czasu do czasu trafiają kulą w płot, wytrącając z równowagi misternie tkaną, ciepłą i lekko odrealnioną atmosferę luźnego tripa, na szczęście nie na tyle, aby brutalnie zrujnować postępującą imersję słuchacza w dostarczony materiał, zaniżając finalny odbiór płyty. Do absolutnej redukcji świadomości w nacierającej sonicznej fali brakuje tu zdecydowanie głębszych (jak się bawić w retro, to na całego, do diabła z półśrodkami) bawełnianych zaśpiewów, no ale cóż; to co dostaliśmy to i tak wart odnotowania album będący dużo doskonalszym partnerem wieczornego chilloutu od nasączonego syfem blanta. −M.Kołaczyk
Drugi już teaser zapowiedzianego na styczeń albumu umiejscawia ekipę Dylana Baldiego gdzieś w środku tracklisty weezerowskiego Pinkertona, choć – powiedzmy to na głos – zaledwie jako przyzwoity wypełniacz. Warstwa instrumentalna poczciwie przywołuje przebojowe oblicze Cloud Nothings, ale kolejne segmenty melodyczne zmierzają donikąd, z doklejonym chyba w Photoshopie refrenem na czele, co sprawia wrażenie, że utwór trochę nie trzyma się kupy. "Internal World" potwierdza więc popowy kierunek Life Without Sound; niestety nie napawa przy tym przesadnym optymizmem, choć nadal po cichu liczę na więcej takich cukiereczów, jak "I’m Not Part Of Me". –W.Chełmecki
Powiedzieć, że gdzieś się Charli pogubiła, to jak nic nie powiedzieć; osobiście chcę wierzyć, że ktoś jej po prostu wcisnął chrzczone dragi, bo inaczej "After The Afterparty" wytłumaczyć się nie da. Kino klasy zet, raper klasy ziet, bit sklejony przez SOPHIE chyba dla żartu i hook ciosany bambusem w zlepku styropianu – halo, panna, ogarnij się. Nie wiem, być może miało to być jakieś "We Can’t Stop" w wersji Kero Kero Bonito, ale ostatecznie wyszedł potworek, który zachwyci co najwyżej fanów Chainsmokers. Nie tędy droga. –W.Chełmecki