Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Zakreśl odpowiednią odpowiedź*:
1. Ambient to:
a) eleganckie dźwięki kołyszące do snu i wspomagające poranną medytację, hipnotyzująca repetycja stanowiąca tło dla powtarzalności codziennej rutyny, urocza melancholia, podskórny niepokój, celebracja minimalizmu nieprzeszkadzającego w czytaniu ulubionej powieści, muzyczny odpowiednik "coffee-table book".
b) pęknięte formy, powykręcane i popsute konstrukcje, pierwszy w życiu przyjęty cios w twarz, rozedrganie emocjonalne zakończone przepoconą bawełną, niemy krzyk Harlana Elisona, moment w którym odważyliśmy się w końcu wyjść z jadalni i pójść w stronę tego zaułku by spotkać JEGO. – Ł.Krajnik
*legenda: odp. a) płyta niedobra, odp. b) płyta dobra
Można by tu przywołać jakąś standardową okołojesienną kliszę: album jak znalazł na jesienną chandrę – obudzi was do życia, pobudzi i wyciągnie za fraki ukryte pożądanie. Jednak pomimo że te wszystkie klisze są prawdą, to jednak szablonowość jest taką łatką, którą do Mythos raczej trudno przylepić. Mamy tu taki splot house'u z r&b, koło którego tegoroczne wypociny AlunaGeorge i How To Dress Well nawet nie leżały. Hooki z "Can't Hang On" powodują burzę zmysłów w szklance soku z owoców tropikalnych, a te z "Chasing Tides" – wyśpiewane przez Younga, są jak cisza przed burzą albo jak kompres po gorączce sobotniej nocy. –A. Kania
Autorce tej płyty przyśnił się monumentalny, wręcz epicki pop pełen pięknych ozdobników, urzekających harmonii i budzących zachwyt songwriterskich rozwiązań. Była to wizja tak idealna, że aż nierzeczywista. No i faktycznie, praktycznemu wykonaniu tej wizji daleko do idei arcydzieła powstałego w rozmarzonej głowie Laury Mvuli. Natomiast trzeba przyznać, że jej najnowszy album zasługuje na miano najwybitniejszego laureata tegorocznej nagrody "Nice Try Award". –Ł.Krajnik
Był taki facet. Każdy jego występ bawił mnie do rozpuku. Wystarczały dwa pierwsze zdania jakiegokolwiek monologu i po prostu nie wyrabiałem ze śmiechu. Gdy już czułem, że zaraz pęknę, to ten gość dorzucał taki kawałek, że zbierałem szczękę z podłogi. On był prawie jak gwiazda rocka. A jaką miał świetną, kolorową kurtkę!
Problem w tym, że całe show opierało się wciąż na tym samym, powtarzanym w kółko żarcie. Identyczny prolog, podobne rozwinięcie i puenta, którą znałem na pamięć. Nawet mu się nie chciało dodać kolejnego dowcipu do tego skromnego repertuaru. Uparcie od kilku lat używał jednego akordu.
Tak więc, najpierw ja odkryłem tę tajemnicę, a potem cała reszta. Niektórzy fani nawet prosili o wprowadzenie wspomnianej drugiej anegdoty. Ludzie wysyłali maile z gotowymi historyjkami, a nawet chóralnie wykrzykiwali propozycje grepsów podczas występów. Niestety wszystkie te próby skończyły się fiaskiem.
W końcu anulowano całe tournée i teraz ten koleś opowiada swój jedyny żart do lustra. –Ł.Krajnik
Davor Bokhari pewnym krokiem przechadza się po supermarkecie ze współczesną "elektroniką", ale czasem lubi też wpaść do małego kiosku z sentymentalnym asortymentem. Nie bez powodu Wojtek pisząc o jego ostatnim singlu "Forever" zasygnalizował, że Dark0 świetnie czuje się w "operowaniu hipertekstualizmem, tym razem w wersji tumblrowej". Dodatkowo przy okazji tegoż tracka, ale również całej EP-ki Oceana, wyczuwam delikatne pokrewieństwo z dość enigmatycznym projektem Doss – ta muzyka oddycha najntisowo-nostalgicznym tlenem zmieszanym z rave'ową parą. Rezultat takiej fuzji może nie jest oszałamiający, ale dzięki wzorowemu wgryzieniu się w temat, ten mały zbiór prawilnie sprawdza się w roli umilania czasu "tu i teraz". To całkiem spory atut. –T.Skowyra
Przyznam się, że kocham się w Rosalie. od czasu ubiegłorocznego Spring Breaka. Rzadko mi się zdarza zupełnie zahipnotyzować na koncercie, a wtedy tak było – wszystko w wydaniu scenicznym Rosalie. się dla mnie zgadzało. Jedynym mankamentem, który nie potrafił mi przysłonić tego, jak Rosalie. wygląda, rusza się i śpiewa, były nierówności materiału. Dobrze wiedzieć, że poznańska wokalistka idzie w dobrą stronę. Enuff od nierówności nie jest wolne, ale to chyba dlatego, że "Pozwól" i "So Good" wybijają się na ewidentne hity. Pierwszy, zrobiony przez Jordaha, pokazuje, co mogłoby się stać, gdyby Iza Lach w wydaniu r&b okazała się faktycznie tak dobra, jakbyśmy tego chcieli. Refren podany w nieskończonej, rozbujanej pętli to prawdziwy earworm – mamy tu mocnego kandydata na polski singiel roku. Przy okazji cieszy, że wspomagana doświadczeniem Michała Wiraszki Rosalie. nie traci, ale zyskuje w utworach po polsku. Nie mniej imponuje refren tego numeru z korzeniami w post-disco, zrobionego z Mentalcutem. Nie będę zarzucał reszcie materiału niedostatku takich zaraźliwych momentów, bo czuję, że nie o to chodziło. Pojawienie się Rosalie. na scenie cieszy mnie nie tylko dlatego, że wreszcie w Polsce ktoś nagrywa dobre r&b, ale i dlatego, że nareszcie jest tu ktoś, kto wie, że mniej to często więcej. –K.Babacz
–W.Chełmecki
Kiedy Steve Hauschildt, po nieudanym albumie Just To Feel Anything, żegnał się ze starającym się jeszcze bardziej wsiąknąć w gatunkowy klimat analogowej elektroniki późnych lat sześćdziesiątych zespołem Emeralds, to wydawało się, że chęć rozpoczęcia solowej, progresywno-syntezatorowej działalności mija się z celem. No bo skoro trzech łebskich chłopaków z Cleveland nie potrafiło zupełnie płynnie przejść z drone'ów i sczerniałego ambientu do czystych postmodernistycznych eksperymentów z rockistyczną manierą, to dlaczego jeden z nich miałby temu zadaniu sprostać? Na szczęście wyobrażenie o artyście zderzone z rzeczywistością okazało się zupełnie różne. Trochę biję się w pierś (i powinniśmy wszyscy), bowiem nie napisaliśmy ani słowa o znakomitych post-krautowych ambientach z zeszłorocznego Where All Is Fled Steve'a, a powinniśmy, gdyż Strands z wyróżniającym się tytułowym singlem – uwspółcześnionym wajbie kosmische musik złotej dekady lat siedemdziesiątych – stanowi coś na kształt wolnej kontynuacji myśli podjętej w ramach poprzedniego krążka. To pasaże przede wszystkim absorbujące w skutek momentami quasi-idmowych rozwiązań zaprezentowanych w retro-stylistyce, czyli coś stojącego w zupełnej opozycji do wybitnie-żadnego-background-ambientu, którym naszpikowany jest dzisiejszy Bandcamp. –W.Tyczka
Thom Gillies (ex-TOPS) i June Moon (Forever) serwują zwiewną pościelówę ocierającą się o soft-rocka, balladowe r&b i blue-eyed soul, a wszystko spaja post-pinkowa wizja ejtisów. Wydaje się, że Exit Someone to projekt służący rozwinięciu sophisti-popowych fascynacji Gilliesa, które przewijały się już w macierzystym Vesuvio Solo. Nieco podobny, tytułowy singiel "Don't Leave Me In The Dark" z tegorocznego LP Kanadyjczyków, śmiga gdzieś po moich playlistach z 2016, ale od teraz jest dla mnie tylko uboższym indie odpowiednikiem "Fade 2 Black".
Z gatunkowej mieszanki wyszedł naprawdę przepyszny koktajl. "Fade 2 Black" wygrywa jazzującymi progresjami i atmosferą melancholijnego czillu z urzekającym dwugłosem, który płynie przez prawie cały track. Miło zabłądzić gdzieś na wysokości 2:11 kiedy wjeżdża mostek i melodyczno-harmonicznymi zakrętami prowadzi z powrotem do głównego motywu – od razu widać tutaj duży potencjał songwriterski. W całym kawałku, względnie skromny aranż jest na tyle wciągający, że po wielu przesłuchaniach wciąż nie mam dość. Bardzo liczę na to, że Exit Someone równie dobrze poradzą sobie na zapowiadanej EP-ce. –J.Bugdol
Powiedzmy to sobie otwarcie: nowy maxi singiel Buriala, który "omyłkowo" wyciekł w trakcie trwania jednej z magazynowych wyprzedaży w sklepie płytowym, związanej z obchodami Black Friday w Toronto, nie zachwyca. Trzecia próba odejścia od formuły regularnego burial-stepu plasuje się gdzieś pomiędzy obrzydliwą bassową kolaboracją z Zombiem (swoją drogą jakim cudem dwóch tak doskonałych antropologów kulturowych mających naprawdę dużą wiedzę o mid-najntisowych rave'owych trendach popełniło tak szkaradne "Sweetz"?), a znośnym dialogiem z Toddem Edwardsem (szybsze "Temple Sleeper" z chałupniczym proto-d'n'b i powykręcanymi brejkami). Ambientowe "Young Death", zbudowane z przestrzennego loopu poddawanego tylko delikatnym mikrozmianom i firmowych dla Bevana zdehumanizowanych wokalnych sampli, brzmi zaledwie jak pozbawione "wobble'owania" Truant / Rough Sleeper. Z kolei synthowa wycieczka zatytułowana "Nightmarket" mieści w sobie tyle różnych nieokreślonych wizji tej kompozycji, że bardziej przypomina wyrwany z rąk artysty notes pełen chaotycznych zapisków, map mentalnych i zredagowanych w dziwny sposób przepisów "na hit". Na sam koniec dodam jeszcze, że piszę to z perspektywy gościa, który w Burialu widzi więcej, niż późnonocne powroty do domu pierwszą linią metra z słuchawkami na uszach i wzrokiem wlepionym w tunelową czerń. –W.Tyczka