Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
"That's when I start promising the world to a brand new girl I don't even know yet", ale gdy spojrzała prawdzie w oczy: raczej zawód. W porównaniu do zeszłorocznej płyty Skepty, znakomitej i walczącej do końca o miejsce w pierwszej dziesiątce naszej listy rocznej, Godfather oferuje jedynie blade wariacje na temat grime'u. Otrzymujemy zestaw podobnie brzmiących tracków, odartych z przebojowości i mocarnych wersów. W sukurs przychodzą potężne linie basu, ale to niewielkie pocieszenie. W zasadzie wybijają się jedynie "U Were Always, Pt.2", który – co symptomatyczne – niewiele ma wspólnego z klasyczną muzyką pirackich rozgłośni radiowych w Londynie, i pędzący na złamanie karku "Back With The Banger". "Lips any girls"? Możliwe, nawet jeżeli noszą teraz na ręce Rolexa, który kiedyś należał do mnie, ale przeciętny grime na mojej liście roku? Nah, that's not me. –P.Wycisło
"I wanted to make a record that returned to the core values of dance music. In a lot of ways, I don't think I'm doing something new with this record. I'm doing something old" – powiedziała o "He Is The Voice I Hear" Marea Stamper, autorka omawianego utworu. Sama prawda, bo rzeczywiście fuzja jazzowej trajektorii i krwistego, ognistego disco nie jest niczym nowym (ostatnimi czasy taki gościu jak Parov Stelar odświeżał, ale i trywializował tę formułę). Ale Black Madonna nie celuje w pionierskie szczyty ze swoją małą, ponad dziesięciominutową suitą, tylko godzi intelektualny ładunek z przebojowością i radością disco. Stamper jest bardziej powściągliwa od Todda Terje czy Lindstrøma, ale za to ze świetnym skutkiem próbuje kontynuować to, co robiła choćby Donna Summer wraz z Giorgio Moroderem (swoją drogą utwór został zadedykowany takim osobom jak Frankie Knuckles, Larry Levan, Arthur Russell, Walter Gibbons oraz Loleatta Holloway) i za to należy się szacunek. "Cinematic" – takie słowo przychodzi mi na myśl, gdy słyszę, jak rozwijają się poszczególne wątki i motywy "He Is The Voice I Hear". Krótko mówiąc: znakomite granie. –T.Skowyra
"Great Expectations" nie odbiega zbytnio od poprzednich wydawnictw Ellingsena. To trochę taka nordycka wersja DeMarco (a trochę sophisti-Real Estate), przypominająca zresztą w swojej linearności niedawny singiel Kanadyjczyka, "My Old Man". Pokal ma zawsze na tyle ciekawe podejście do dłubania w akordach i aranżach zwrotek, że przy paru modyfikacjach mogłyby one funkcjonować jako niekończące się refreny. Nie zrozumcie mnie źle – nie chodzi o spektakularne hooki, to raczej przyjemność wynikająca z nerdowskiego śledzenia ciekawych progresji i aranżów w ramach indie-popu, zresztą przezroczysty, chłodny wokal (jako atut i jako wymowne odzwierciedlenie etykietki "cloud pop") ułatwia zadanie. Nie inaczej jest teraz – cała uwaga schodzi na intrygujący podkład. Po raz kolejny wychodzi na to, że Pokal jest obecnie jednym z najrówniejszych ziomków "w okolicy" i ja tam bym nie pogardził kolejną EP-ką. –J.Bugdol
Słusznie powiedział red. Łachecki, że najlepszy Stormzy, to Stormzy z podwórka. Takie "Shut Up" (45 milionów wyświetleń obecnie, wow) było świeże i olśniewające. Ale czy to znaczy, że coś się popsuło? Nic z tych rzeczy. "Big For Your Boots" porywa nośnym hookiem, podniosłym (ale w dobrym guście) bitem i oczywiście doskonałą dyspozycją Big Mike'a, który gdyby swoją charyzmą obdarzył kilku MC to i tak każdy z nich byłby co najmniej przekonujący. Długo oczekiwany debiut, który teraz już wiemy ukaże się pod tytułem Gang Signs & Prayer za niecałe trzy tygodnie raczej bez problemu przebije Wiley'owego Godfathera, a kto wie, może nawet spełni pokładane w nim oczekiwania? Przekonamy się już wkrótce. –A.Barszczak
Popkulturowa wiedza panów z Foxygen funkcjonuje na tej płycie trochę jak wirus w filmach George'a A. Romero. W ciągu kilku sekund niszczy potencjał kompozycji i zamienia je w karmiące się pastiszową nostalgią żywe trupy. I niech was nie zwiedzie zewnętrzny powab barokowego glamu. Bebechy tych utworów pachną smrodkiem twórczości fan-fiction. Jedyne, co ratuje Hang przed absolutną katastrofą, to poczucie humoru autorów. Oczywiście są to dowcipy w duchu zappowsko-biafrowskiej rubaszności, ale na szczęście mniej ordynarnej niż na ... And Star Power. –Ł.Krajnik
Coraz bardziej podoba mi się ten duński zespolik. Okazuje się, że "Can't Remember How It Feels" nie był jednorazowym wybrykiem – kolejny singiel to nie tylko kontynuacja okładkowej serii z wodnymi żyjątkami (swoją drogą piękne są te covery), ale również następny synth-popowy song, do którego łatwo przywiązać się na dłużej. "Even Love" imponuje formalną elegancją i lśniącą przejrzystością, ale pod tą wręcz chłodną, "skandynawską", klawiszową nawierzchnią kryje się gorączka, pasja i ból ("Even love can't erase my memory! / Even time can't erase what you see!), a zatem cała garść emocji, które ciężko wyrazić słowem. Ale właśnie dlatego Chinah mają w zespole Fine Glindvad – charyzmatyczną wokalistkę i songwriterkę, której barwa i styl śpiewania przypominają mi nieco bolesne, fleetwoodowe pieśni Stevie Nicks. Więc jestem jak najbardziej na tak i mocno czekam na EP-kę Hints, która powinna ukazać się już niebawem. –T.Skowyra
Najnowsze dzieło Japandroids każe zapytać o powód aż pięcioletniej przerwy kanadyjskiego duetu. Trzecia pozycja w ich dyskografii sprawia bowiem wrażenie odrabianego na kolanie zadania domowego, a nie efektu wielomiesięcznej pracy. Osiem rodzących się w bólach piosenek to w gruncie rzeczy całkiem ładne single, które jednak nie oszałamiają w kontekście całego materiału. Co prawda mają w sobie przebojowość letnich hitów, ale tracą aromat po kilku odsłuchach, zaś unosząca się nad płytą atmosfera stadionowego rocka również podnieca tylko przez chwilę. Skrojone pod gust modnej młodzieży hymny, zbyt często przekraczają cienką granicę oczywistości, żeby można było je wyśpiewywać bez cienia wstydu. –Ł.Krajnik
Australijczyk Lewis Day siedzi w house'owym graniu już od pewnego czasu, ale dopiero w styczniu 2017 wydał via Running Back swojego debiutanckiego longplaya. Nazwa labelu sporo mówi o zawartości materiału: Lonely Planet absolutnie pasuje do programowej myśli oficyny, która w zeszłym roku wydała m.in. Rojus Leona Vynehalla. Tornado Wallace również bawi się w podrasowany egzotyką i pastelowymi kolorami, natchniony, niepozbawiony retro-wpływów house, a wszystkie puzzle układa w zwartą i miarodajną całość opowiadającą o samotnej planecie Ziemia. Pomilczmy chwilę przy ambientowym wstępie rozlegającym się pośród ciszy tropikalnych lasów, posłuchajmy przestrzennych akordów gitary rozcinających moroderowe synthy w "Trance Encounters", zaszyjmy się w przypominającej Baltic Beat Bartosza Kruczyńskiego, ezoterycznej błogości "Voices" czy przeżyjmy huśtawkę nastrojów w brzmiącym jak kawałek Daniela Drumza z Untold Stories w jaskrawym remiksie Todda Terje "Kingdom Animal". Nie ma co, zuch z ciebie Tornado – wykręciłeś naprawdę świetną rzecz. –T.Skowyra
Laster, Winterwomb, dalej: grindcore reprezentowany przez pastiszowe Tamagotchi Seppuku i The Drip. Gdzieś tam multigatunkowe Uniform oraz Code Orange, a na deser najcięższe wcielenie avant-jazz-progowego Utopianisti. To był bardzo udany styczeń w sektorze "ciężkich brzmień", który jednocześnie otworzyło i przypieczętowało amerykańskie trio Dumal. Ich The Lesser God nie jest niczym odkrywczy, ba – nawet nie kryje się za bardzo ze swoim epigoństwem, a mimo tych zasiedziałych w black metalu riffów i raczej generycznych wokaliz, zostało poukładane w nadzwyczaj melodyjną całość. I właśnie w tej melodyjności doszukiwałbym się kluczowego aspektu decydującego o wysokim współczynniku repeat value. Najpewniej nie będzie to żaden top pitchforkowego Show No Mercy i zaraz po premierze debiutu Pillorian o chłopakach całkowicie zapomnę, ale teraz porwali mnie na tyle, że nie mam nawet ochoty sięgać po EP-kę Wolvencrown czy Fides Inversa, bo tak wygodnie mi się siedzi na tej ich polanie. –W.Tyczka
Jak słychać, Albarn zamiast pisać piosenki jeszcze mocniej zajął się komentowaniem rzeczywistości. "Zaangażowany politycznie" "Hallelujah Money", wypuszczony tuż przed inauguracją Donalda Trumpa na czterdziestego piątego prezydenta Stanów Zjednoczonych, to gospelowy synth-pop z Benjaminem Clementine'em ostrzegającym przed nadchodzącą zmianą. Szkoda tylko, że przekaz został opakowany w niezbyt atrakcyjną formę – Ben zwyczajnie przynudza na majku swoim wzniosłym tonem, gospelowy śpiewy to tani chwyt, a dopiero końcówka i refren Albarna ratują cały utwór przed kciukiem w dół. Jeśli tak ma wyglądać nowy krążek Gorillaz, to ja wolę sobie zapuścić "Feel Kukle". –T.Skowyra