Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Missy zawsze lubi próbować nowych rzeczy i nie boi się kolejnych zmian. Co więcej, potrafi wejść w nową skórę w imponujący sposób czego dowodzi "I'm Better". Proste, że Elliott jest lepsza od sporej grupy dziewczyn papugujących obecne trapowe patterny, bo nie tylko korzysta z aktualnej stylistyki, ale jeszcze dokładnie wie, czego chce. Trzy plumknięcia, minimalistyczny bit, Lamb na ficie, niepokojąca atmosfera – nie wiem, ale gdyby Desiigner urodził się kobietą, to może właśnie tak brzmiałyby jego single? W każdym razie "I'm Better" zarówno na płaszczyźnie produkcji, jaki i dziwnych, unikalnych hooków zgarnia całkiem sporą pulę. Będzie jakaś płyta, Missy? –T.Skowyra
Spoglądam na teledysk i zastanawiam się przez chwilę, czy to Lionel Messi w koszulce z napisem "Wu-Tang Clan" nagrał coś z Nayvadiusem, ale w okolicach 1:01 wchodzi wokalny popis, a ja już nie mam wątpliwości, że to Aaron Ramsey, czyli bezsensowna ekwilibrystyka, przesada i ogólne niezrozumienie zasad gry. Dobra, nie będę ukrywał, że z tą kapelką od zawsze mam na pieńku za produkowanie klasycznie zerowej muzyki. Niestety, nic się nie zmienia, nawet gdy zapraszają moich ulubionych nawijkarzy. Otrzymujemy nudny, bezbarwny, pozbawiony chwytliwości track, którego jedynym mocniejszym punktem jest – cóż za niespodzianka – gościnka Future'a. "I don't understand why you're so cold"? Ponieważ przy piosenkach Maroon 5 umiera się z nudów, drogi Adamie. –P.Wycisło
Lana Del Rey/more of the same – i na tym mógłbym zakończyć, ale to nie Twitter, poza tym nie potrafię "miażdżyć" tak bardzo "w punkt" i "bezlitośnie" jak przysłowiowy Marcin Meller, stąd konieczność dalszego wywodu.
"Love" to bezpłciowy, post-symfoniczny, pseudo-vintage'owy pop nadrabiający braki podniosłą atmosferą. Del Rey dalej próbuje zgrywać jakąś Nancy Sinatrę, a efekt jest prawie tak marny jak ostatnia płyta xx czy większość numerów z eurowizyjnych preselekcji. Jedna z kandydatek do "reprezentowania Polski w Europie" przed swoim występem została nawet ochrzczona mianem "polskiej Lany Del Rey". W kontekście "Love" przyjmijmy, że był to wysublimowany diss, choć wciąż mniejszego kalibru niż standardowe porówniania do Celine Dion. –J.Bugdol
Well, easy easy, jak śpiewał kiedyś pewien nieprzypadkowo wspomniany już w pierwszym zdaniu rudzielec. Z tym że Cosmo Pyke – przeciwnie do Archy’ego Marshalla – nie sprawia wrażenia, jakby w wieku 18 lat przeżywał katusze wieku średniego, a raczej jeździ na rowerze i cieszy się życiem. Wąs diabelski, chord anielski, rzekłby klasyk: to ten sam typ smoothiastej, krystalicznej, jazzowo niemal prowadzonej gitarki co u King Krule, ale podany w anturażu słonecznego przedmieścia i czekoladowych dredów. Urzeka rozmarzony, chwytliwy refren, intryguje zawiły przebieg kompozycji i tak sobie myślę, że warto chłopaka obserwować. –W.Chełmecki
Nasi znajomi z Hoops witają mnie na swoim spotify'owym profilu wiadomością przy "Rules": "New single form our debut LP, Routines". A więc ekipa pogrążona w pinkowym popie przymierza się do wydania albumu, a na zachętę serwuje właśnie "Rules" – krótki, treściwy, gitarowy lo-fi pop z chwytliwością Rosenberga czy Elbrechta, który prędzej czy później zamieszka w waszych sercach (kwestia ripitów). Bo jeśli ktoś potrafi zmieścić tyle drobnych hooków i to w przeciągu zaledwie dwóch minut (pierwsza melodia riffu, wejście violensowego refrenu i końcówka z chillwave'ową euforią gitary), to naprawdę trudno nie docenić. Ja cenię i szanuję, a na longplaya (który wyjdzie w maju) czekam z niemałą niecierpliwością. –T.Skowyra
Jorge Elbrecht nie zwalnia tempa. Jeśli przypadkiem trafiliście ostatnio na jakiś dobrze rokujący band na soundcloudzie czy innym bandcampie, z dużą dozą prawdopodobieństwa możecie założyć, że Kostarykańczyk maczał w nim palce. Nie tak dawno pisaliśmy o znakomitym singlu Drynx, a teraz nie wypada nie wspomnieć o kolejnym dobrze zapowiadającym się projekcie typa. O Presentable Corpse nie wiadomo na razie zbyt wiele, sam zainteresowany opisuje swoje nowe granie jako "music created from the perspective of a deceased songwriter", hehe. W odróżnieniu od wspomnianego Drynxowego reanimowania popu, tutaj Elbrecht sięga po klasyczne Violensowe zagrywki. Pierwsza gitara prowadzi wyrafinowany akordowy pochód, na drugiej Jorge jakby od niechcenia wygrywa eleganckie, ulotne melodie, a refrenowy zaśpiew kontruje wyeksponowaną, zgrabną linią basu. Nad wszystkim unosi się ten Smithsowo-Prefabowy vibe, który towarzyszył już wielu wcześniejszym nagraniom najpopularniejszej ekipy Elbrechta. Czekamy na więcej! –S. Kuczok
Jessie Kanda od porównań do twórczości Arki raczej nie ucieknie. Egzotyczni chłopacy, w swoich dwudziestokilkuletnich życiach, popełnili wspólnie chyba zbyt dużo galeryjnych sound- oraz video-artów, by powykręcane beaty pierwszego nie miały wpływu na NSFW obrazki tego drugiego. I odwrotnie, czego dowodem Heart. W erze pre-babyfatherowej pokusiłbym się o stwierdzenie, że alias Doon Kanda serwuje coś na kształt najgorszego możliwego wcielenia Wenezuelczyka. Coś, co leży pomiędzy odrzutami z Mutanta a nigdy nie wydaną stroną B EP-kowego dyptyku i pierwszego mixtape'u.
Jednak dziś wiem już, że zawsze można postąpić zdecydowanie gorzej (vide gościnki u Deana Blunta właśnie), a na debiutującego grafika-plastyka warto spojrzeć w całkowitym oderwaniu od chaotyczno-neurotycznych street bassowych klasyków jego kilkuletniego współpracownika. Wtedy dostaniemy bardzo przyzwoity, progresywny opener utrzymany w stylu Buriala złapanego na speedzie w okresie zmagania się z hipomanią oraz cztery ni to IDM-owe, ni glitch hopowe szkice piosenek. Pierworysy za krótkie na jakikolwiek spust nad interesującą kolażowością tekstur i zbyt długie by zwyczajnie zignorować ich obecność. Kanda eksperymentuje i szuka własnych środków wyrazu, a efekty tych badań niespodziewanie przyklepuje Kode9 i Hyperdub puszcza swoim sumptem ten trzynastominutowy debiut. "(Nie)Zwykłe czary wieją", niemniej ten pan z racji swoich naprawdę interesujących muzycznych przyjaciół może odebrać całkiem niezłe "muzyczne wykształcenie" i wciągu najbliższych kilku miesięcy pozytywnie zaskoczyć. –W.Tyczka
Kolejny po "Take It Back" kawałek Figgy'ego nagrany wspólnie z wokalistką Angelicą Bess znaną z Body Language znowu okazuje się zgrabnie przygotowanym dancefloorowym pewniakiem. W ogóle muszę napisać, że niezwykle podoba się kierunek, w którym zmierza producent: zasłuchany w funku, disco i zapewne w pierwszych płytach Madge (ze szczególnym akcentem na mój ukochany debiut) konstruuje bezpretensjonalne tańce, przy których można się do woli wyskakać. Ale w "Eyes On You" obecna jest również pewnego rodzaju zaduma – może trochę naiwna, ale za to pełna wdzięku i parkietowego romantyzmu. Czekam na cały długogrający album z tak obiecującymi piosenkami, choć EP-ką też bym nie pogardził. Ale na razie: kto ma ochotę na disco romans? –T.Skowyra
Power-popowe zastrzyki energii, plażowe niemal brzmienie i rozmemłany, 70’sowy songwriting – tak w skrócie prezentuje się Voyager, druga płyta pochodzącej z Montrealu grupy Fleece. Do swojej muzyki Kanadyjczycy przemycają też coś z post-bitelsowskiego psych-rocka i wypolerowanej nowej fali po linii Police, a w niektórych wystudiowanych przebiegach akordów swoje odbicie ma jazzowe wykształcenie większości zespołu. Z blendu tych wszystkich mniej lub bardziej świadomych inspiracji wyszedł album gęsto zaaranżowany, szanujący harmonię i niezwykle ciepły, który umiejscowiłbym gdzieś pomiędzy Unknown Mortal Orchestra, Field Music i zeszłorocznym krążkiem Thomasa Cohena. Co tu dużo mówić, po prostu dobre granie. –W.Chełmecki
FlyLo napisał wczoraj, że nowy album Thundercata zajebisty i ja mu wierzę. Single też to mówią: najpierw Bruner oddał hołd songwritingowi mistrzów z Clube de Esquina, następnie z pomocą zacnych gości pofrunął w przepiękną krzyżówkę białego soulu i soft-rocka, a teraz DAJE FUNK. Hard-funk, synth-funk, sophisti-funk, nazywajcie sobie to jak chcecie – ważne, że zażera. Jak rozumiem, "Friend Zone" to taki walentynkowy żarcik skierowany do mnie w kontekście coraz bardziej niezdrowej miłości do Amerykanina, ale co tam, nie obrażam się, a już niedługo widzimy się pod sceną na koncercie w ramach Wirld Wide Warsaw. Po takich piosenkach jak ta, nie jestem w stanie nie jechać. –W.Chełmecki