Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
(fragmenty manifestu "Outsider House wg 100% Silk" autorstwa Hugo Kuli)
(...) nowy trend w muzyce elektronicznej. Jeszcze niedawno nikt nie kojarzył nowatorskiej nazwy, ale już jutro cały świat będzie celebrował tę stylistykę. "Outsider" to banalnie proste słowo oznaczające osobę wiecznie płynącą pod prąd. (...) Te dwa wyrazy zwiastują nadejście popkulturowego fenomenu. (...)
(...) jesteśmy najbardziej punkową-niepunkową wytwórnią XXI wieku (...)
(...) więc jak osiągnąć absolutną błogość? Trzeba wprowadzić w życie szlachetną ideę "Do It Yourself". Należy również zignorować ustalone przez resztę sceny reguły i skupić się na nieszablonowych smakach oraz doznaniach.(...) Pozwalamy dźwiękom na płatanie figli. One się po prostu pojawiają, równie naturalnie jak miauczenie u kota. (...)
(... ) a co najważniejsze – celebruj pół-amatorszczyznę! Jak zbawić klubową kulturę? Estetyką lo-fi. Jak nadać dźwiękom witalności? Estetyką lo-fi. Jak walczyć z miałkością hitów typowych nocnych imprez? Lo-fi, lo-fi, lo-fi, lo-fi.(...) –Ł.Krajnik
Od jakiegoś czasu bardzo kibicuję Uziemu. Zeszłoroczne mixtejpy (z naciskiem na vs. The World) pokazały na co go stać, zwrotka na "Bad And Boujee" pokazała go światu, a "XO TOUR Llif3" pokazuje, że to jeszcze nie wszystko. Chłopięcość i lekkoduszność, która tak bardzo charakteryzowała jego nagrania niby pozostaje, ale skonfrontowana zostaje z "prawdziwym życiem" i autentycznie poruszającymi rozterkami. I tak szeroki przekrój flow poszerza się jeszcze bardziej, a sam Vert czasem wpada w Thuggerowe rejony, choć cały czas pozostaje to pod większą kontrolą: gładsze i przystępniejsze. Na ten moment to jeden z najczęściej słuchanych przeze mnie tegorocznych numerów, a jeśli Luv Is Rage 1.5 jest jedynie przedsmakiem przed bardziej pełnowymiarowym projektem, to już nie mogę się doczekać. –A.Barszczak
Lech Poznań ma powody do świętowania − niedawno skończył 95 lat. Piękny wiek. Na tę okoliczność powstała nawet piosenka, ba, hymn, który ma zagrzewać do boju piłkarzy Kolejorza. Autorzy: Michał Wiraszko z Much i Adam Brzozowski ze Snowmana, czyli muzycy i kibice jednocześnie. I wszystko pięknie, jest nawet nawiązanie do słynnego "You'll Never Walk Alone" Liverpoolu. Ale problem w tym, że gdybym usłyszał przed meczem ten zainspirowany najnudniejszym, pozbawionym jakichkolwiek znamion oryginalności, wysilonym patosem The National, Arcade Fire, późnego Interpolu czy innych miernych zespołów, których nawet nie pamiętam i nie chcę pamiętać, to pewnie przy pierwszej lepszej okazji załadowałbym samobója i poczuł się wtedy odrobinę lepiej. Nie będę się dalej znęcać, bo to trochę nie fair. Mogę jedynie na koniec napisać: elo, nie jesteś w naszej drużynie. −T.Skowyra
Śmierć, podatki, kolejna porządna płyta Spoon. Tak, niektóre rzeczy są pewne jak techno w Trendzie. Ekipa Britta Daniela powraca i nawet jeżeli nie czekałem na to z wypiekami na twarzy, to zawsze jakoś miło robi się na sercu, gdy stare ziomeczki nie zawodzą. Tylko nie dajcie się zwieść piszącym o "alternative-dance", ponieważ delikatne poszerzenie palety brzmieniowej o elektronikę niczego nie zmienia – dziewiąty album Amerykanów to nadal dobry indie-rock, minimalistyczny niezal oparty na repetycji uroczych motywów i charakterystycznym głosie Daniela. Całość wypada odrobinę słabiej niż They Want My Soul, z którym przegrywa w pojedynku na highlighty, ale chyba trochę lepiej niż Transference. Mnie to wystarczy, bo Last.fm nie kłamie, gdy twierdzi, że wychowałem się na muzyce tych typów. –P.Wycisło
Za co kocham Borixona? Za zestawienie jakichś niezbyt wydumanych analogii biblijnych z niedorzecznym namecheckingiem i litanią nazw high-brandów, bo ten paradoks wreszcie pachnie "ameryczką" z prawdziwego zdarzenia. Kocham również otwarte głoszenie postaw hedonistycznych w najbardziej niuskulowych momentach płyty, które niewiele później ściera się z absolutnym wypaczeniem propagowanej doktryny tam, gdzie spotykamy już autorefleksyjną eseistykę oraz próby podjęcia tematów "wartkich i ważnych" (vide brzydota poezji "Nie Płacz Kochanie").
Lopa, towiec, Josh, pacan – w kwestii prawilniactwa synonimów terminu "trawka narkotyczna", Boryna na dziś nie ma sobie równych. Wreszcie Kanciaste flow przeciętnego rapera, poprzez konsekwencję i metodyczne działania wydawnicze, doczekało się estetyki, w której z powodzeniem może zacząć brylować. Dlatego osadzone na świetnie wyprodukowanych bitach, prost(acki)e gry skojarzeń i słów ("Yerba", "Jackiechan", "Sashimi") uprawiane przez BRX-a to kwintesencja dobrego, polskiego retard-rapowego słuchowiska. Zajebiście, że Tomek w końcu dogonił sen o niczym nieskrępowanym baunsie, który chciał uprawiać 14 lat temu w ramach Hardcorowej Komercji. Koktajl to najlepsza płyta w dyskografii kieleckiego artysty. Zdecydowanie równiejsze deklamowanie, niż jego pierwsze – silnie singlowe – przymiarki do takiego grania (Rap Not Dead, New Bad Life). Trzeba po prostu jasno zaznaczyć, że lepiej słuchać naturalności narkocentrycznych utworów pióra Borixona, niż dajmy na to wyjątkowo groteskowych weed-loverskich manifestów przebrzmiałego Włodiego z wysokości "Kominów". –W.Tyczka
Czyżby Ramona Gonzalez wracała do formy po niezbyt satysfakcjonującym LP Liquid Cool? True. A czy jest szansa, aby ponownie, z tym właśnie nowym numerem, wspięła się na szczyt naszej listy rocznej w singlowej kategorii? Jest naprawdę dobrze, ale jednak odpowiedź znajdziecie w tytule piosenki. Piosenki zwiastującej nowy album Nite Jewel − Real High, który pojawi się już na początku maja i wiele wskazuje na to, że będzie czego słuchać. Zapętlająca się sekwencja akordów płynie błogo po nieboskłonie (ale przygotujcie się na miłe niespodzianki: 2:48 − so good), a gdzieś między klawiszami, pociągnięciami saksofonu i dolnym rejestrem (przydają się te wspólne jamy z Dâm-Funkiem) chowa się Ramona ze swoim niepewnym, kruchym głosem (ach to jej "true"!). I w tej kreacji, czyli w kobiecym synth-r&b (warto tu wspomnieć, że u nas tym torem podążają dziewczyny z Enchanted Hunters, które już niedługo, mam nadzieję, trochę pozamiatają), Jewel czuje się najlepiej. No i przyznaję bonusowe punkty za nawiązanie do Det Sjunde Inseglet w klipie. −T.Skowyra
Rae Sremmurd i Chief Keef na upbeatowym podkładzie Mike'a, czy to mogło się nie udać? Po bliższym kodeinowym trapom “Gucci On My“ z 21 Savage, Migos i YG (cóż za team!) na pokładzie, Williams uderza w bardziej pogodne tony, wypełnione festiwalem wyluzowanych nawijek i niekończącą się repetycją chwytliwego refrenu. To granie nieaspirujące do zupełnie niczego, miły soundtrack do popołudniowego piwa w plenerze i trzeba przyznać, że nawet z takim podejściem producent wypada całkiem przekonująco. Ransom 2 już w najbliższy Tłusty Piątek, nie przegapcie. –W. Chełmecki
Ze wstydem przyznaję, że pierwszą płytę UL/KR darzę sporą sympatią. Nie wiem, czy to przez słabość do grafomanii, czy jednak z powodu głosu Króla, przywołującego przemiłe skojarzenia z Piotrem Roguckim– nieistotne, nadal lubię do niej wracać. Obawiam się jednak, że nowy projekt Błażeja Króla będzie fundował wszystkim stosunkowo masochistyczną przyjemność. Inna sprawa, że tytuł z pewnością nie kłamie, gdyż kompozycja straszy nieudolnością i dawką subtelności charakteryzującą klasycznie polską piosenkę kabaretową. My tu wszyscy kochamy poezję śpiewaną, ale temu utworkowi bliżej do przeglądu piosenki turystycznej "YAPA" w Łodzi, który zresztą gorąco polecam. Strasz mnie, strasznie, niestety straszne bezkrólewie tu panuje, a płyta Bental, która zostanie wydana za dwa tygodnie, prawdopodobnie nie poprawi tej sytuacji. Z dobrych wiadomości: macie pretekst, by sięgnąć po książkę Kōbō Abego. –P.Wycisło
Jacob Long, reprezentant Kranky kryjący się pod pseudonimem Earthen Sea, stawia na korzenne, tradycyjnie pojmowane dub-techno, jednak zamiast na tej podstawie wznosić industrialne konstrukcje, maluje wyjątkowo wciągające, mroczne, ambientowe pejzaże, które dopełniają jednostajne bity – to bardziej kino noir niż Stalker. Już sama okładka znakomicie portretuje zawartość, bo słuchanie An Act Of Love przypomina trochę podróż w głąb czarnej dziury albo przedzieranie się przez mgłę i ciemność. Warto skorzystać, zanim wiosna na dobre o sobie przypomni, a temat smogu znów zejdzie na dalszy plan. –J.Bugdol
Jay Som "gra i trąbi" już od 2012 i po serii pojedynczych tracków wreszcie wydała w zeszłym roku swój pełnowymiarowy debiut Turn Into. Jej songwriting jest bardziej eklektyczny, niż się na początku wydaje. Z jednej strony opiera się na przełamywaniu bazowego, indie-rockowego, gitarowego schematu, z drugiej – na ubarwianiu go wpływami synth-popu ("Babybee"), dream-popu ("Remain", "Lipstick Stains", "For Light") czy noise-popu ("1 Billion Dogs"). Silne są też wpływy slowcore'owo-shoegaze'owe ("Bedhead"), a czasem słyszę po prosu najntisowe indie Liz Phair ("Take It"). Jay Som próbuje wszystkiego po trochu, bo podobno jedną z głównych inspiracji było dla niej E•MO•TION ("One More Time", które przypomina mi bardziej barwnego soft-rocka lat 70.). Jedno jest pewne – Everybody Works to niesłychanie równy materiał, odznaczający się dużym potencjałem, polecam więc śledzić dalsze kroki tej artystki. –J.Bugdol