Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Kolektywne, redakcyjne podkochiwanie się w Wilburnie zawsze wydawało mi się na swój sposób nie tylko urocze, ale i zabawne. No bo, umówmy się, gdzie takiemu panu-od-monolitów Future do singlowej swobody i wyrazistości Thuggera? Jeffery już od dobrych trzech mixtape'ów rzuca same trójki, a posłuchawszy S/T, to już w ogóle wypadałoby urządzić jakiś wirtualny ostracyzm wszystkich tych, którzy podważają status czarnego Bowiego. A rys dwudziestopięcioletniego reprezentanta Atlanty przywołuję dlatego, że "Heatstroke" to w istocie trochę takie one man show (:-(), gdzie "king of the jungle, tycoon" w stu procentach leci na wajbie z naszego 7.6. Umówmy się więc, że chórki i refren Grande i Pharrella to tylko filler dla najlepszego rapowania i najśmieszniejszych metafor oraz porównań tej dekady. Produkcyjnie? Bez wątpienia najlepszy utwór na Random Access Memories. –W.Tyczka
Bezkres kosmosu z pewnością jest w stanie pomieścić bardzo wiele, ale zdaje się, że kompozycja "Saturn", to nawet jak na takie niedookreślone gabaryty wszechświata, nieco zbyt wiele. Owszem, tematyka tej niepojętej materii fascynowała największych tego świata już od czasów przedplatońskich, stąd nie dziwi fakt, że kiedy Sufjanowi nie wyszło z udźwięcznianiem podziału terytorialnego USA, to postanowił unieść się ponad te Stany (bynajmniej nie do Kanady) i sięgnął zdecydowanie wyżej. Szkoda tylko, że efekt finalny potwierdza fakt, że kosmosowi należy dać wybrzmieć tak, jak zrobiła to NASA, a nie ubierać go w kubraczek ponowoczesnej poezji. Wywód Stevensa brzmi jak żart. Pseudo-teologia idzie pod rękę z popkulturową naiwnością, a reszcie supergrupy nie udaje się zatuszować tego lirycznego niedowładu. Pitchowany, zdehumanizowany głos spiritus movens projektu irytuje po pierwszych czterech linijkach tekstu, mostek pachnie tanim elektronicznym pop-trancem z początku milenium, a powtarzane w nieskończoność elektrofonowe akordy przyprawiają o ból głowy. Magiczna formuła z końcówki utworu, zapętlone słowo "love", nie wymaga dodatkowego komentarza. –W.Tyczka
Nowy sześciostrzałowiec Anohni to czysty appendix do poprzedniego – swoją drogą dość jakościowego – elektronicznego wydawnictwa. Czy potrzebny? Jak najbardziej, biorąc pod uwagę, że ten krótki zbiór kawałków, teoretyczne mogący być drobnym zestawem odrzutów, nie zanudza, nie pomiata, zwyczajnie zadowalając, niestety bez dostarczenia w zamian jakichś większych przeżyć. Dobra może z wyłączeniem wybijającego się na pierwszy plan walącego w świętości, "Ricochet", w którym Anohni w nieco zbanalizowany sposób daje efektowny upust nagromadzonej nienawiści powodowanej bezsilnością – reszta utworów uporczywie trzyma wyrównany poziom, wierna podjętej stylistyce. Jest jeszcze kwestia ukrytego przez wokalistkę kawałka dla zadeklarowanych fanów, ale nie będę ukrywał, że niby materiał atrakcyjny, jednak nie na tyle, aby się tutaj emocjonalnie, w najbardziej kiczowaty i łzawy sposób, mailowo przed nią rozbierać. W każdym razie, pomijając ten drobny niuans: to, co otrzymaliśmy, raczej powinno choć trochę zadowolić tych, których Hopelessness dostatecznie nie nasycił. −M.Kołaczyk
Nieco zapomniani, college-rockowi protoplaści powracają z drugim albumem od czasu reaktywacji w 2008 roku i raczej nie zaskakują pod kątem wyborów artystycznych. Na In Between dominuje leniwa, akustyczna psychodelia, zakorzeniona w jangle’u The Byrds oraz "popowej" odsłonie Velvet Underground i bliższa folk-rockowej sielance The Good Earth niż miękkiemu post-punkowi Crazy Rhythms – niekwestionowanego opus magnum zespołu. Feelies gdzieniegdzie podbarwią hinduską ragą ("Stay The Course") czy gitarowym brudem (repryza utworu tytułowego), ale ich siłą pozostaje przede wszystkim cierpliwość i medytacyjne wycofanie, czyli coś, w czym zawsze byli dobrzy, a co czasami jest jedynym, czego potrzeba nam w zgiełku wielkomiejskiej dżungli. –W.Chełmecki
Nie zaszkodzi powtórzyć to raz jeszcze – The God Complex z 2014 MIECIE i z miejsca wskoczył do naszego porcysowego kanonu. Trzy lata później kolejny już materiał GoldLinka nie budzi już takiej ekscytacji. Przez wzgląd na stare czasy daję jednak koleżce szansę i nie czuję się zawiedziony. House'owe wątki zepchnięte zostały jeszcze bardziej na bok, a utwory zróżnicowane są jak nigdy. Zdecydowanie na plus z zestawu wyróżniłbym żywy "Roll Call", nieco tajemniczy "We Will Never Die" i energiczny, bujający benger w postaci "Kokamoe Freestyle". Reszta? Też fajna, trudno wskazać jednoznacznie odstający, słabszy kawałek. Jak więc wygląda sytuacja? Lekkim rozczarowaniem był poprzednik, a At What Cost spełnia moje oczekiwania i utrzymuje wysoki poziom. Choć rewolucji nie ma, to głupotą byłoby narzekać na tak dobrą muzykę. Następny udany strzał. –A.Barszczak
Bruner Jr. w tegorocznym, rodzinnym pojedynku na długograje przegrywa, ale nieznacznie. Debiutancki LP Ronalda to pędzący przed siebie potwór złożony z elementów jazz-fusion, soulu czy nawet trapu. Warsztatowe popisy w stylu "Open the Gate" przeplatają się tu z trackami, które po odpowiednim edicie miałyby spory radiowy potencjał. Weźmy choćby takie "She'll Never Change" – z wiodącą, relaksującą linią basu i próbką możliwości wokalnych Amerykanina, który wielokrotnie udowadnia na tym materiale, że śpiewanie to kolejna jego mocna strona, zaraz po obsługiwaniu zestawu perkusyjnego. Wachlarz zagrywek jest tu o wiele większy, a Bruner w każdym odnajduje się wyśmienicie, ale w sumie trudno się dziwić, skoro typ bębnił już chyba dla wszystkich w branży, a w jego bogatym CV można znaleźć gościnki u Kendricka, FlyLo, Kamasiego Washingtona czy Suicidal Tendencies (!). Uszanowanko! –S. Kuczok
Zayn Malik nie ma lekko. Koleś był w One Direction, coś więcej trzeba dodawać? A jednak doceniam starania tego chłopaka, bo zamiast zostania kolejnym Edem Sheeranem tego świata wolał szukać ciekawszej drogi. Nagrany wspólnie z producentem Oceana album Mind Of Mine (co prawda marny, ale ze dwa numery się broniły), wspólne kawałki z Kehlani, M.I.A. czy Snakehips (przebojowy "Cruel") − to wszystko pokazywało, że na Zayna nie można patrzeć z góry i BEZPODSTAWNIE go krytykować. Zwłaszcza, że najnowszy kawałek nagrany wspólnie z PARTYNEXTDOOR, "Still Got Time", to przyjemny, drake'owy (patrzę na przytulne, podlane tropikaliami wałki z More Life) joint, który może nawet wrzucę na swoją playlistę, gdy lato będzie w pełni. Jasne, za mało wyrazisty song, ale Zayn wciąż ma czas i kto wie, może w przyszłości jeszcze wszystkich nas zaskoczy? −T.Skowyra
Zupełnie straciłem z radaru francuskiego producenta, bo właściwie pamiętam go z wydanej dziesięć lat temu płyty Monsters & Silly Songs. Tymczasem z tego, co się zorientowałem, Joakim nie próżnował i od tego czasu wydał kilka nowych płyt. Gdy słucham longplaya Samurai, wydaje mi się, że gość konsekwentnie gra swoje, nie zwracając uwagi na to, jak obecnie kręci się muzykę przy użyciu software'ów. Jeśli coś się u niego zmieniło, to na pewno nowy materiał jest dojrzalszy w porównaniu z wcześniejszymi próbami i ciekawie prezentuje się pakiet odniesień. Jest pływający krautrock w "In The Beginning", odświeżone "dojrzałe disco", ulepione jakby z części dostarczonych przez Yellow Magic Orchestra jeszcze z czasów debiutu w "Numb", jest kraftwerkowa autostrada "Not Because You're Sad", jakieś feng shui w "Jocho" i przede wszystkim sporo relaksującego new age'u (tytułowy, "Green Echo Mecha" oraz "Mind Bent"). Piosenki też się trafiają − "Exile" to nic wielkiego, ale fajnie, że Joakim potrafił odnaleźć się w tylu sferach i w każdej dać sobie w miarę radę. Jak prawdziwy samuraj. −T.Skowyra
Meksykańska mieszanka PREP i Chaza Bundicka wjeżdża z kolejną dawką podbitego funkiem soft-rocka, tym razem w mniejszym stopniu zaraźliwą niż w "Changes", ale być może jeszcze bardziej wysmakowaną. Pod lazurową taflą napędzanych klawiszami akordów mienią się zamglone twarze Fagena, Rundgrena, po trochu Rodgersa i Harrisona, a liczne instrumentalne wtrącenia delikatnie bez choćby cienia nerwowości rozburzają jej powierzchnie. Czy tak właśnie brzmi lo-fi pop skierowany do Marka Niedźwieckiego? Sam nie wiem, ale ja tam nie pogardzę. −W.Chełmecki
Właśnie rozpoczyna się Twoja wspaniała podróż. Wciskając przycisk "play", przenosisz się do onirycznej krainy, w której wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie. Po lewej grupka fałszywych surferów wyśpiewuje anielskie arie na cześć słoneczników. Po prawej cztery grzywki polują na gigantycznego morsa. Groteskowej scenie przygląda się cierpiący na cukrzycę kapelusznik, który z powodu choroby przeszedł na emeryturę. Za nim stoją wyjątkowo włochate niedźwiedzie – sommelierzy częstujący każdego jagodowym winem. Na koniec wycieczki Królowa Kwasu wraz ze światowym mistrzem pinballa zabierają Cię na Księżyc, gdzie spędzisz resztę swych dni w towarzystwie najsłynniejszego obywatela wyspy Caspiar. Fajny trip, nie? –Ł.Krajnik